Wędrowanie

Błogosławiony, który idzie

Posted by: Lidia on: 8 listopad 2009

Kiwaj się, ruszaj się, ruszaj. Tylko tak mu umkniesz. (…)
Więc ruszaj się, kiwaj, kołysz, idź, biegnij, uciekaj, gdy tylko się zapomnisz i staniesz, pochwycą cię jego wielkie ręce, zamienią cię w kukiełkę, owieje cię jego oddech, cuchnący dymem i spalinami, i wielkimi śmietniskami za miastem. On zamieni twoją barwną duszę w małą płaską duszyczkę, wyciętą z papieru, z gazety, i będzie ci groził ogniem, chorobą i wojną, będzie cię straszył, aż stracisz spokój i przestaniesz spać. Oznaczy cię i wpisze w swoje rejestry, da ci dokument tego upadku. Zajmie ci myśli nieważnymi rzeczami, co kupić, a co sprzedać, gdzie taniej, a gdzie drożej. Będziesz się odtąd martwić drobiazgami – ceną benzyny i jak ona wpłynie na spłatę kredytu.
- Olga Tokarczuk, Bieguni

Zatrucie obdarowało mnie L4, zamknęło w domu, pokrzyżowało mnóstwo planów, ale sprawiło, że doczytałam Biegunów Tokarczuk (lepszy epitet niż wspaniała nie przychodzi mi do głowy, ale ja po prostu bardzo lubią Tokarczuk z tą jej lojalnością wobec kakofonii i dysonansu naszego doświadczania świata, wobec niemożliwości jego ujednolicenia, wobec jego chaosu). Bieguni szturchnęli mnie – i znowu zaczęłam rozmyślać, gdzie by tu w przyszłym roku wybrać się na wyprawę. Chorwacja? Grecja? Toskania? Najlepiej jeszcze dalej, gdzie Unia Europejska nie sięga… I jeszcze, jeszcze przypomniałam sobie, jak kiedyś marzyło mi się, że omnia mea mecum porto, wszystko co mam, noszę ze sobą, ale tak dosłownie, wszystko co posiadam, mieści się w tobołek, plecak, walizkę, mogę się bez trudu przenieść gdziekolwiek indziej. Niestety, pożądanie książek zwyciężyło i teraz każda przeprowadzka jawi się jako wielki kłopot, nawet ta do budującego się domu, w którym książki będą miały własny pokój. O dalekiej wyprawie nie wspominając – bo co wtedy pocznie kot?

Kto się zatrzyma – skamienieje, kto przystanie, zostanie przyszpilony jak owad, jego serce przebije drewniana igła, jego ręce i stopy będą przedziurawione i przybite do progu i powały.
- O.T., B.

(Olga Tokarczuk, Bieguni, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007)

Tagi:

Schizofrenia

Posted by: Lidia on: 3 listopad 2009

Kakita Yuka i Mirumoto Nakamura zostali wprowadzeni do największego namiotu w obozie, w którym już czekał na nich głównodowodzący Daidoji Ichiro. Obok niego stał brat, młody shugenja Daidoji Saburo i kilku innych Żurawi, których Kakita nie rozpoznawała. Dwoje z nich trzymało daisho Kakity i Mirumoto.
Mirumoto wciąż był bardzo słaby z powodu ran, odniesionych minionej nocy i z trudem stał o własnych siłach.
Daidoji Ichiro gestem nakazał oddać Kakicie i Mirumoto ich daisho, po czym rzekł:
- Szpiedzy Matsu! Macie coś na swoją obronę?
- Jak już mówiłam, nie jesteśmy szpiegami – odpowiedziała Kakita. – I swoim ostrzem mogę tego dowieść. Lecz tak wielu poddanych Cesarza zginęło tego ranka, że być może lepiej będzie, jeśli spróbujemy oczyścić się z zarzutów nie kataną, a opowieścią. Szczególnie, że część naszych słów będzie mógł potwierdzić Daidoji Saburo.
Ichiro prychnął:
- Saburo ma zbyt miękkie serce i łatwo ulega także tym ludziom, którzy nie są godni zaufania. – Na te słowa shugenja tylko niżej skłonił głowę. – Jednakże macie rację, że wiele krwi rozlano dzisiejszego dnia. Opowiadajcie więc.
- Jeśli pozwolisz, zacznę od początku. Odkąd podczas gempukku poznaliśmy się i zaprzyjaźniliśmy, przemierzamy Rokugan i doświadczamy różnorakich przygód. Tylko dlatego, że udało nam się rozwikłać kilka ciekawych spraw, ośmieliliśmy się udać na zamek Matsu, by samemu sprawdzić, czy śmierć Daidoji Jiro rzeczywiście była nieszczęśliwym wypadkiem. Na zamku Lwów zginął jedyny mieszkający tam Żuraw – to oczywiste, że pierwszym, co przychodziło na myśl, było morderstwo. Niestety, daliśmy się zwieść pysze. W momencie, gdy Daidoji Saburo złożył pierwszą wizytę na zamku z informacją o krwawej waśni i propozycją dla Matsu, wciąż nie mieliśmy dowodów na to, że Żuraw został zamordowany, choć zorientowaliśmy się już, że nie był lubiany przez nikogo, żadnego Lwa, z wyjątkiem szwagra, Funuke, zaiste, wyjątkowego jak na Matsu. Funuke jako jedyny skłonny był nam pomagać, reszta Lwów odnosiła się do nas bardzo niechętnie, wręcz wrogo. Właściwie nic w tym nic dziwnego…
Mimo braku chęci pomocy ze strony Lwów, odnaleźliśmy komnatę, ukrytą w piwnicach, do której z pewnością od wieków nie wchodził nikt. W komnacie znajdowały się dwa tajemnicze zwoje, o których więcej może rzec Saburo; przy okazji jego wizyty na zamku opowiedzieliśmy mu o komnacie, więcej, zaprowadziliśmy go tam. Czy to nie wystarczający dowód na to, że nie jesteśmy i nie byliśmy po stronie Matsu?
Tymczasem na zamku działy się… dziwne rzeczy. Nocami ginęli ludzie; pozostawała po nich tylko plama krwi. Pewnego razu zobaczyliśmy coś, ciemność – ducha? demona? nie wiem, jestem bushi, nie shugenja – to “coś” zaatakowało Smoka, przeżył tylko dzięki przychylności Fortun. Pomyśleliśmy, że owo “coś” musi mieć związek ze śmiercią Daidoji Jiro, ludzie zaczęli ginąć dopiero po niej. Saburo powiedział nam, że jeden ze zwojów, które znajdowały się w ukrytej komnacie, był zaszyfrowany szyfrem Daidoji i opisywał sposób wykonania niezwykłej katany…
Założyliśmy, że ową ciemność przyzwał, może stworzył ów Żuraw, o którym wolimy nie pamiętać, a który mieszkał niegdyś na zamku i do którego musiała należeć ukryta komnata. Kiedy w lesie, w pobliżu miejsca, gdzie zginął Daidoji Jiro, znaleźliśmy klatkę, w której swobodnie mieścił się dzik – a wszak dzik miał być sprawcą śmierci Jiro – zyskaliśmy pewność, że jego śmierć nie była wypadkiem, ktoś do niej doprowadził. Przypuszczaliśmy, że to morderstwo obudziło lub ponownie przyzwało ową “ciemność”. Być może “ciemność” miała jakiś związek z tą śmiercią? Byliśmy przekonani, że pokonanie jej pomoże we wskazaniu winnego śmierci Jiro. Byliśmy też pewni, że nie zwyciężymy “ciemności” zwyczajną kataną. Kiedy widziałeś mnie w obozie, przyszłam do Daidoji Saburo z prośbą o pomoc w wykonaniu nadzwyczajnego ostrza, o którym mówił zwój, znaleziony w komnacie. Saburo zaufał nam i pomógł. Dzięki niemu i miecznikowi Matsu ostatniej nocy pokonaliśmy tę “ciemność”. Walka nie była łatwa, jak widać, Smok znowuż bardzo ucierpiał…
Niestety, pokonanie “ciemności” nie pomogło nam odkryć mordercy Jiro i zapobiec waszemu atakowi na zamek. Oczywiście nie chcieliśmy stawać po stronie Lwów, ale jednocześnie uznaliśmy za niehonorowe walkę po waszej stronie, skoro Lwy zaufały nam na tyle, by nas w ogóle wpuścić na zamek. Zdecydowaliśmy więc, że nie włączymy się do walki, a podczas oblężenia zostaniemy w swoim pokoju. Zresztą Smok walczyć by nie mógł, a ja wierzyłam, że zrozumiecie nasze pobudki. Myliłam się?

Może tak będzie, a może inaczej, tego ja nie wiem, w tym świecie – w tym systemie – nie ja jestem Mistrzem Gry. Z pewnością bohaterowie przeżyją, bo szykuje się im grubsza kampania, ale fakt posądzenia o szpiegostwo jest dość bolesny, szczególnie dla tak honorowej postaci jak Kakita Yuka. Czyli, ekhm, ja.

No tak, mam kilka imion, kilka fachów i w kilku światach żyję. Żadna książka nie rozmnaża tak ego (tak to nazwijmy, ok?) jak RPG. I tak nie wciąga. Bo od ostatniej sesji minął już tydzień, a ja wciąż zastanawiam się, co tu zrobić…

I (chyba) niczego tak nie żałuję jak tego, że nie skosztowałam RPG wcześniej, podczas studiów, przecież wiedziałam nawet, w którym pokoju trwają nocne sesje. Chociaż grywano tam pewnie w jakieś nawalanki, znacznie mniej ciekawe niż Zew Cthulhu i Legenda Pięciu Kręgów, nawet podzielone przez 2.

P.S. Frajdą jest też to, że dzięki grywaniu w ZC i L5K na dodatkowe 200% będę się smażyć w piekle. Dlaczego Zew Cthulhu, wiadomo – okultyzm i te sprawy, no, zło wcielone. A Legenda…? Bo kultura japońska jest źródłem zagrożenia.
Nie mogłam się powstrzymać ^^, ale więcej o piekle będzie innym razem.

Wirtualni chłopcy

Posted by: Lidia on: 14 październik 2009

Zawiało, zasypało… To ja krótkoszybko i szybkokrótko o książce napiszę.
O książce na lato.
Albo na wiosnę, albo na jesień.
(No, w ostateczności na zimę może być też.)

Znacie to?:

Jest między nami gra
Gra jak świat stara
Jest w głowie dziki szum,
Czuły punkt na falach
Po ulicach snów biegnie nas spora zgraja
Po tych ulicach ze snów wszędzie słychać nasz bluzg
Tacy nikczemni i źli – widzimy się na ekranach
Gęb zakazanych sznur
Nie wypada się bać
Dookoła miłość się skorumpowała
Dookoła świat jak pierworodny grzech
Nie zdążysz nawet dobrze się przeżegnać
My nie mówimy żegnaj koniec cześć
Bo po co?
Sny wirtualnych chłopców
Jak u młodych chłopców

Białorusinki też znają takich chłopców, a Juhasia Kalada nawet napisała o nich książkę. Zatytułowała ją Traktor. Bohaterkami uczyniła dwie przyjaciółki-studentki. Jedna z nich zakochała się w wirtualnym chłopcu, druga namówiła ją do zemsty i wspólnie…
A nie, nie napiszę, co zrobiły!

Książeczka jest taka troszkę babska, niemniej podczas jej lektury zabawę miałam przednią. Serdecznie polecam!

(Juhasia Kalada, Traktor albo błąd w sztuce, przeł. K. Kotyńska, Korporacja Ha!art, Kraków 2007)