Cztery noce z Anną

Nareszcie! Po trzykroć. Nareszcie znowu byłam w kinie, nareszcie poszłam do Krakowskiego Centrum Kinowego Ars i nareszcie obejrzałam film Cztery noce z Anną.
A było to w piątek i od piątku zastanawiam się, co o Czterech nocach z Anną napisać. Bo że koniecznie trzeba mi coś napisać, tego jestem pewna.

Cztery noce z Anną

Cztery noce z Anną to film z gatunku tych, które pochłaniają widza całego i nie pozwalają mu na jednoczesne rozmyślanie o tym, co na obiad, że na zewnątrz zimno, a krzesło twarde. Widz ma siedzieć grzecznie i gapić się w ekran, bo a nuż odwróci wzrok właśnie wtedy, gdy bohater zrobi taki grymas, a bohaterka rzuci takie spojrzenie. Tu ważny jest każdy detal i żal przeoczyć choćby sekundę obrazu.
A na ekranie – małe miasteczko z niewysokimi domkami, strzelistym kościołem z czerwonej cegły, rzeczką i obskurnym szpitalem. Tam mieszka nasz bohater. Dziwny on jest trochę, taki jakby… kanciasty, i milkliwy, i w ogóle. W pewnym momencie wyciąga z wiadra rękę. Ludzką. Odciętą.
Psychopata, myślimy sobie. Nawet jeśli ta ręka to dlatego, że on pracuje w spalarni szpitalnych, ekhm, odpadów. Poza tym przecież ordynator mówi do niego: Okrasa, ja wiem, że wy macie wyrok. No za co taki dziwak może mieć wyrok, jak nie za coś psychopatycznego?
Na dodatek nasz bohater podgląda kobietę. Pielęgniarkę. Kobieta nie spełnia kryteriów żadnego kanonu piękna, a ten mimo wszystko czuje do niej jakiś dziwny pociąg. No, dziwak jak nic! Nieśmiały, ale to go przecież nie tłumaczy – widzieliśmy rękę… ma wyrok… podgląda… Widzi gwałt – właśnie na tej pielęgniarce – a nie reaguje.
A jednak! Fabuły opowiadać, rzecz jasna, nie będę, ale nie zdradzę tajemnicy, jeżeli powiem, że mylimy się bardzo! Leon Okrasa, grany przez Artura Steranko, jest bardzo nieśmiałym mężczyzną, silnie zakochanym w pielęgniarce Annie (w tej roli Kinga Preis – nieładna, ale…), który, owszem, włamuje się do ukochanej (jak sugeruje tytuł, czterokrotnie), lecz nie po to, aby gwałcić i rabować, nie, nie, nie – on przyszywa urwany guzik przy jej bluzce, maluje jej paznokcie u stóp i podrzuca pierścionek w prezencie urodzinowym. Tak, jest dziwny – dziwny, bo bardzo, bardzo nieśmiały. Tylko tyle. Błędnie go ocenialiśmy, a ludzie mają rację, mawiając, że pozory mylą, choć brzmi to jak banał.

Cztery noce z Anną(źródło obu zdjęć: FilmWeb.pl)

A ja, ja jednak musiałam zamyślić się na chwilę lub na moment odwrócić wzrok, bo nie wszystkie filmowe wydarzenia są dla mnie jasne, lecz nic to – z przyjemnością powtórzę seans, kiedyś…

Jeśli natomiast chodzi o pierwszą mą wizytę w Arsie, to zawiedzionam odrobinę – bo tłoczno było i popcornem cuchnęło. Ars ma jednak niewątpliwe plusy, z których mniejszym jest fakt położenia nieopodal Pijalni Czekolady Wedel, większym zaś możliwość rezerwacji i kupna (tak! tak! tak!) biletów przez Internet. Na pewno tam wrócę, choć nadal najbardziej lubię Mikro (a właściwie Mikroffalę).

(Cztery noce z Anną, reż. Jerzy Skolimowski, Polska – Francja 2008)


Odpowiedzi: 5 to “Cztery noce z Anną”

  • Hubert Krakowski

    1.Grupka facetów pcha starego bodajże Poloneza. Kamera ucieka z prawej na lewą stronę podczas gdy samochód pchany jest w stronę przeciwną (albo… na odwrót)

    2.Rzeka. Wędka. Martwa krowa płynie.

    Dwie sceny z początku które tak dobrze pamiętam. Film był świetny, owszem, wiesz, był też tak “uzalezniający” że widzowie przy napisach końcowych, podczas pięknej piosenki na zakończenie nie opuszczali swoich miejsc. Pierwszy raz spotkałem się czymś takim.
    Pozdrawiam.

  • Lidia

    Miałeś lepszy seans niż ja.
    U mnie jakieś dziewczątka śmiały się głośno, na szczęście pomogła zwrócona im uwaga.
    A po seansie, przyznaję, uciekłam. Bo to taki smutny był film…

  • renton.boy

    Ja również dobrze wspominam "4 noce…". Nie miałem szcześcia do towarzystwa – panna obok cały czas praktycznie gadała, a najśmieszniejsze było to, że tak się rozgadała, że musiała raz zapytać chłopaka co babcia bohatera powiedziała ;> ah, te Panie w kinie ;>>>
    bohater faktczytnie "dziwny". ale dla mnie jako mężczyzny zastanawiające jest, czy to nie jest ktoś, kto przez swoją nieśmiałość i inność nie był od początku skazany na bycie samemu. co z tego, że wrażliwy, co z tego, że taki i owaki… tacy szans nie mają… szkoda? nie jestem kobietą by mi go było szkoda ;)

    ja polecam w lecie lodziarnię prawie na przeciw Arsu ;) i zdecydowanie Ars i "Pod Baranami" wygrywają u mnie w rankingu krakowskich kin. Kino w Pasażu (Rynek 9) też byłoby świetne, tylko trzeb tam trochę bardziej troskliwej ręki, trochę zadbania o to wszystko…
    i polecam pójście do Arsu kiedyś wczesną wiosną (kwiecień) przejść się rano (seans na 10-11) przez św. Jana… fajny nastrój przed filmem.

  • Lidia

    Ach, Rentonie, cóż za seksistowski komentarz. :P
    Zapamiętam to o lodziarni i o wczesnej wiośnie. :))

  • Rentoine

    ależ Pani Lidio, ja i szowinizm? ;>
    a tak na moment wracając do św. Jana i okolic – moim ulubionym wczesnym spacerem było przejście się od Teatru Słowackiego, mijając bramę floriańską, przez Zaułek Czartoryskich aż do św. Jana. jeśli rzeczywiście istnieje coś takiego jak "magia miejsc", to rano, gdy jeszcze nie ma potwornych tłumów – tam właśnie jest chyba miejsce magiczne. Co ciekawe zresztą – św. Jana z jakichś dziwnych powodów jest omijana przez turystów. Na Floriańskiej i Rynku mogą być tłumy, a na św. Jana jakoś spokojnie… może dlatego tak właśnie lubiłem to miejsce.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.