Spać. Nie spać. Spać. Nie spać? Spać!
Albo nie spać.
Czyta(ła)m ci ja Potępieńczą grę na przemian z roznarkotyzowanym jak nigdy Pielewinem i starą dobrą Diuną, grałam w Dragon Age i trochę w Metro 2033 też, na domiar złego wczoraj (a właściwie przed-) obejrzałam Czarnego Łabędzia. I mam w głowie niezły bajzel. Nocami śnię to o zamczyskach, to o próbach, to o rozległych i wilgotnych lasach bądź łąkach, to o potworach jakowyś, niesprecyzowanych, gdzieś tam się czających.
Sama sobie zgotowałam taki los. Trzeba było trzymać się z daleka od szaleńczych wizji i pokręconych opowieści.
Ostatnio śniłam o akademiku, który jak Hogwart był wielki i ciemny, i o uniwersytecie, wyglądem przypominającym zamczysko. Mnie i moją drużynę – złożoną z ludzi, których znam naprawdę lub raczej znałam niegdyś, ale z pewnością nie znających się wzajemnie, dobranych w jakiś bardzo pokrętny sposób – poddawano próbom, polegającym to na odnalezieniu jakiegoś przedmiotu, to na przebrnięciu przez fosę pełną zielonej, mętnej wody, to na pokonaniu strachu przed bestią lub przedziwną maszyną. Tyle potrafię odtworzyć z urywków, które pamiętam pomimo natychmiastowego spojrzenia w okno.
Pamiętam jeszcze, że te próby przeszliśmy zwycięsko.
Co przyśni mi się dziś?
(A za oknem chichoty, chichoty i wycie,
Przed którymi na próżno chowamy się w życie.
Ten niepokój dopadnie nas zawsze i wszędzie?)








