Archiwum kategorii: gaudeamus igitur

Filozofka a lakier do paznokci

Co tam Michaele J., co tam Patricki S. Barbara Skarga zmarła – i to jest njus, który mnie obchodzi.

Jeśli chodzi o prof. Skargę, to mam 3 (słownie: trzy) skojarzenia. A pierwsze z nich to… lakier do paznokci. O pięknym kolorze, którego nie potrafię nazwać. Cielisty? Tak, to słowo chyba jest najbliższe. Od pięciu czy sześciu lat namiętnie takiego szukam – i nie, nie ma. Wszystkie są albo za bardzo pomarańczowe, albo za bardzo brązowe. Chyba w końcu machnę ręką i przerzucę się na fiolety i czerwienie.

Właśnie pięć czy sześć lat temu, będąc na pierwszym roku studiów, miałam przyjemność uczestniczyć w wykładzie prof. Skargi. Nie pamiętam, o czym mówiła (smarkata byłam, pewnie wiele nie rozumiałam). Pamiętam, że była mała, chuda, pomarszczona i miała pięknie pomalowane paznokcie. I że była wiosna, i że w auli był tłum.

Moje drugie skojarzenie to fantastyczne felietony na gazeta.pl (czyli pewnie w Wybiórczej), zwłaszcza te z czasów IV RP. To ich zasługa, że nie myślę o prof. Skardze wyłącznie jako o historyczce filozofii, ale też – a właściwie przede wszystkim – jako o filozofce.

A trzecie skojarzenie? Kwintet metafizyczny, który stoi na mojej półce i łypie rogiem z wyrzutem. Bo przez tyle czasu go nie przeczytałam. Bo żeby mieć bodziec do lektury, potrzebowałam informacji o śmierci prof. Skargi.


Skończyło się dzieciństwo


Stało się. Dali nam dyplomy i kazali iść. W świat iść.

Skończyło się dzieciństwo. Baczność! – mówi Pani.
Skończyło się! – od teraz będziemy chadzali
czwórkami. Lub parami. Już się nie schowamy.
Już będziemy zmuszeni głosować. I tańczyć
wszystkie przedziwne narodowe tańce.
Będziemy jednym ogromnym różańcem.
- M. Świetlicki

Może jednak nie będzie tak źle? Speech dziekana był optymistyczny, bardzo optymistyczny.

Ale humaniści lubią sobie kadzić. Jacy to oni nie są, mądrzy i oczytani, i niezbędni światu. A ja pracy stałej szukam i znaleźć nie mogę. Choć humanistką tak do końca nie jestem (a może właśnie dlatego, że nie jestem).

Nic to. Wezmę sobie do serca te mądre rzeczy, jakie o mnie podobnych wypisywane są na ulotkach, reklamujących wydział – myśleć niekonwencjonalnie potrafi, jasno formułować swoje myśli potrafi, przekonująco argumentuje, nie ma dlań niezrozumiałych tekstów, myśli wielotorowo, nieschematycznie i rozwiązuje każdy problem, ma szerokie horyzonty, kreatywnością i elastycznością cechuje się – wysmażę dziesiąt kolejnych listów motywacyjnych i w końcu trafię. W pracę trafię. Bo przecież muszę.

Skończyło się dzieciństwo. Baczność! – mówi Pani.
Napiszemy felieton do kolorowego
pisemka. To doprawdy jest
zajęcie dla prawdziwych mężczyzn. I poprowadzimy
telewizyjny program kulturalny.
Mieliśmy tonąć, jednak utrzymamy

się na powierzchni. I skończyło się
dzieciństwo. Baczność! Już skończyło się.
Więc wywalczmy sobie dostęp
do ciepłych zagranicznych mórz i internetu.
Stworzymy jedną supersprawną zgodną
sieć komórkową. Baczność! Lepsze papierosy,

lepszy alkohol. Wciąż lepsze i lepsze
podpaski i pampersy, samochody, proszki.
- wciąż Świetlicki

No właśnie.


A więc to tak!

Najpierw trzeba było wymyślić sobie kierunek studiów, co nie było łatwe, jako że w rachubę wchodziło prawie wszystko, z bibliotekoznawstwem, astronomią i filologią francuską włącznie. Cóż zrobić, jeśli prawie wszystko wydaje się ciekawe? Stanęło więc na dziedzinie najszerszej z możliwych – filozofii.
A potem były kolokwia i egzaminy, przeważnie ustne, przeważnie w atmosferze sympatycznej, czasami nawet bardziej, były zajęcia w pubach, piwa z wykładowcami i współstudentami, i czas płynął miło, czasami nawet bardziej…
Aż nadeszła chwila, w której trzeba było się dookreślić, wybierając specjalizację. Później – zdecydować się na to a nie inne seminarium magisterskie. W końcu – wybrać sobie temat pracy.
Pisząc pracę, odkryło się, że filozof, którego uważało się za mądrego, aż tak mądry nie jest i odkryło się, że mimo zainteresowania tematem, pisać się za bardzo nie chce, i rozmawiało się ze współstudentami, którzy mieli ten sam problem, żaliło się i wspierało, i słuchało rad starszych, a czas mijał, mijał, mijał… Ale napisało się, oczywiście. I złożyło. I czekało.
Jeśli w trakcie studiów miało się tak wiele miłych egzaminów, ten ostatni nie mógł być inny. Z promotora biła życzliwość, z recenzenta biła życzliwość, z szefa komisji również, choć ten jako jedyny egzaminowanej nie znał. To on, gdy było już po wszystkim, ogłosił wyrok: jest mi bardzo miło oznajmić, że nie jest już pani studentką, jest mi bardzo miło oznajmić, że ten ostatni egzamin zdała pani na 5

I tyle. Pozostaje mi odebrać kiedyś dyplom, tak dawno temu składane dokumenty oraz indeks. No i zastanowić się nad kolejnymi studiami. Zaoczne, podyplomowe? Zobaczymy.

…a pomyśleć, że pod koniec liceum moja klasa wprawiana była w liczeniu zadań z egzaminów wstępnych na WAT, pomyśleć, że mogło coś strzelić mi do głowy, pomyśleć, że mogłam mieć taką obronę.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.