Jakiś czas temu guglając za czymś tam w pracy, wguglałam się na blog Wojtka Orlińskiego, na wpis, którego nie znałam, choć blog od czasu do czasu czytuję, bo lubię. Wpis ów, muszę przyznać, przemeblował mi trochę w głowie i pomógł nazwać coś, co niby po głowie mi chodziło, ale pozostawało niewyrażalne (dość często tak mam, niestety). Aż zacytuję:
(…) anegdota o amerykańskim i radzieckim kapelmistrzu. Ten pierwszy się chwali, jaki jest tolerancyjny, bo w jego orkiestrze jest dziesięciu Żydów, a ten drugi odpowiada, że nawet nie wie, ilu jest u niego, bo nie pytał.
Jakie to kurna tolerancyjne, że pozwalamy istnieć tym wszystkim mniejszościom, dopóki tylko ich przedstawiciele skutecznie ukrywają swoją odrębność. (…)
W normalnym kraju człowiek wie, czy jego kolega z pracy jest buddystą, mozaistą, chrześcijaninem, Sikhem czy transwestytą, bo kolega nie ma obowiązku tego ukrywać i nosi turban, tybetańskie bransoletki albo zdjęcie swojego chłopaka w portfelu.
- całość znajdziecie tutaj, jeśli ktoś ciekaw
Orliński ma rację, niestety. Nie jest normalne, że rozmowy na temat wiary zdarzają mi się tak rzadko i wydają się czymś tak niestosownym. Nie jest normalne, że nie mam zwyczaju mawiać: a ja nie chodzę do kościoła, choć mawiam: a ja nie oglądam telewizji. Nie jest wreszcie normalne, że nie chwalę się planem apostazji, mimo że to bardzo ważna dla mnie rzecz (chyba że w takim miejscu jak anonimowy blog czy równie anonimowy blip), a gdy już głośno o niej powiem, słyszę, że to pokaz, że to demonstracja, że to prowokacja.
Powiedziałam swoim rodzicom, że zamierzam wypisać się z Kościoła i właśnie tak to odebrali. Jako demonstrację, jako prowokację, jako pokaz.
I nie ma dla nich znaczenia, że od początku studiów regularnie nie praktykuję i że nie wierzę w naukę Kościoła (ba, tu i ówdzie jest ona sprzeczna z moimi przekonaniami). Mogę sobie nie praktykować i nie wierzyć, ale mam to zachować dla siebie. Apostazja to demonstracja, a demonstracje są złe.
Ale właściwie dlaczego demonstrowanie swoich poglądów jest złe?
To jest ta nasza dziwna tolerancja: toleruję Cię, póki się ode mnie nie różnisz, nawet jeśli (choć raczej: przede wszystkim jeśli) brak różnicy jest udawany.
Tak się składa, że sprawy Kościoła, religii i wiary nie są mi obojętne. Dla mnie ma znaczenie to, czy Kościół uznaje mnie za swojego członka, czy nie. Chodzi zarówno o statystyki (jak z głosowaniem – jeden głos, jeden gest, nie ma większego znaczenia, ale gdy wiele osób tak uważa i głosu, gestu zaniecha, ma to znaczenie ogromne; Kościół ma w Polsce tak wielkie wpływy między innymi dlatego, że wiele osób zaniechuje), jak i szacunek dla tych, którzy katolicką wiarę wyznają. Przecież przynależność do wspólnoty religijnej osoby, która wiary tejże wspólnoty nie podziela, pozostałych jej członków powinna obrażać.
Dlaczego tak wielu osób to nie obraża? Dlaczego takie zachowanie uważane jest za normalne, a postępek zgodny z przekonaniami – nie?
Tegoroczną Gwiazdkę spędzę ze swoimi rodzicami w Małym Miasteczku; byłoby to wspaniałą okazją na dokonanie apostazji, gdyby nie wymóg dwóch świadków. W Małym Miasteczku drugiego świadka nie znajdę, zwłaszcza że moi rodzice kategorycznie świadkowania odmówili. Chociaż sami tak do końca nie wierzą…
Oni nie do końca wierzą, ja się wypisuję z Kościoła – moglibyśmy o tym podyskutować, ale po tym, co usłyszałam dotychczas, przypuszczam, że żadnej dyskusji nie będzie. Temat zostanie przemilczany, jak przemilcza się wstydliwe choroby.
I tego też nie mogę pojąć – tej całkowitej niechęci do dyskusji na temat katolicyzmu.
A dla mnie apostazja to tylko i aż logiczna konsekwencja przekonań. To, co reprezentuje sobą instytucja, do której zostałam zapisana jako dziecko, nie pasuje mnie, osobie dorosłej, więc się z tej instytucji wypisuję. Proste. Tkwienie w tejże instytucji byłoby niespójnością pomiędzy tym, co mówię, a tym, co robię.
I o to tyle hałasu?