Miało być inaczej – z Kairu miałam udać się do Macedonii – ale… nie wyszło.
Zbłądziłam.
Trafiłam do Izreaela.

(Zdjęcie z: http://picasaweb.google.pl/autotrof/TelAviv)
Stamtąd pochodzi niejaki Etgar Keret – poeta, prozaik, felietonista, wykładowca – ostatnio bardzo u nas popularny. W języku polskim ukazały się cztery zbiory jego opowiadań. Ja przeczytałam Rury.
I co? I bomba!
Opowiadania są różne. Jedne śmieszne, inne smutne, jeszcze inne straszne. Jedne nudne, inne wciągające. Jedne dobre, inne słabe. A wszystkie krótkie. Bo, musicie wiedzieć, że Keret to “mistrz krótkiej formy”.
Mieszkańcy Izraela niczym nie różnią się od nas, zamieszkujących Europę Środkową. Też chadzają do szkół. Też obchodzą urodziny. Też się zakochują. Też się upijają z powodu rozstania. Też bywają powoływani do wojska, a w ich wojsku bywa równie absurdalnie jak w każdym innym. Ale… Wielu z ich bliskich bywa żołnierzami. Wielu ginie nagle. Wielu swe ukochane / swych ukochanych poznaje podczas służby (tak, tam także kobiety są do wojska powoływane).
Po lekturze Rur pozostało mi wrażenie, że większość opowiadań traktuje o wojsku właśnie i o miłości właśnie.
Oto jedno z nich – nie najlepsze i nie najgorsze, nie o miłości i nie o wojsku. Chociaż…
Jest takie miejsce, co nazywa się Hubeza, niedaleko Tel Awiwu. Mówiono mi, że ludzie w tej Hubezie ubierają się na czarno i że są zawsze, ale to zawsze szczęśliwi. – Nie wierzę w te wszystkie bzdury – powiedział mój najlepszy przyjaciel, a właściwie to chciał powiedzieć, że nie wierzy, że ludzie są szczęśliwi. Wielu ludzi nie wierzy. Wsiadłem więc do autobusu, co jedzie do Hubezy, i całą drogę słuchałem z mojego walkmana pieśni wojennych. Ludzie w Hubezie w ogóle nie giną na wojnach. W Hubezie ludzie nie idą do wojska. Wysiadłem z autobusu na głównym placu. Ludzie z Hubezy przyjęli mnie bardzo miło. Z bliska łatwo mi było dostrzec, że są naprawdę szczęśliwi. Dużo tańczą w tej Hubezie i czytają grube książki, i ja tam z nimi w Hubezie tańczyłem i grube książki też czytałem. I nosiłem tam w Hubezie te ubrania i spałem w ich łóżkach. I jadłem ich jedzenie i całowałem buzie ich niemowląt. Przez całe trzy tygodnie. Ale szczęście to nie jest rzecz zaraźliwa.
(Etgar Keret, Rury, przeł. A. Maciejowska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007)