Kraków jest cudowny! Ma kin więcej niż dwa (tyle w tej chwili ostało się w Toruniu po likwidacji mojego ulubionego Orła; to i tak więcej niż w prawie dwukrotnie odeń większej Bydgoszczy – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę) i nie tylko na wielkie amerykańskie hity nie trzeba czekać miesiącami.
Zaś szczególnie cudowne w Krakowie jest kino Ars (jako się już niegdyś rzekło), gdyż ponieważ albowiem choć cuchnie nieco popcornem, to umożliwia zakup biletów przez Internet. A ja lubię robić różne dziwne rzeczy via sieć.
I wczoraj, właśnie w Arsie, miałam przyjemność obejrzeć najnowszy film Petra Zelenki, czyli Braci Karamazow.
Z mości Zelenką znamy się (jednostronnie, oczywiście) od, zdaje się, przypadkowo oglądniętego Roku diabła (jeśli nie liczyć Samotnych, do których popełnił scenariusz, lecz których nie reżyserował). I od tamtego czasu lubimy się mocno. Ale Bracia Karamazow to och i ach, i w ogóle: nie wiem, co rzec.

Nie jest to komediodramat jak Opowieści o zwyczajnym szaleństwie lub Samotni (lub tyle innych czeskich filmów, które miałam przyjemność obejrzeć). Znowu bohaterami są swego rodzaju dziwacy, znowu fabuła ociera się o sprawy szalenie trudne, tym razem jednak poskąpiono nam, widzom, tej atmosfery lekkości, tego optymizmu, tego – jak to coś ładnie nazwać? Nie wychodzimy z kina pokrzepieni, a film zostaje przypisany pod kategorie dramat i psychologiczny.
Bo Bracia Karamazow to opowieść smutna i przejmująca. Niewesołą atmosferę pogłębia muzyka niejakiego Jana A.P. Kaczmarka (aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest ona zbędna; czy film bez muzyki, surowszy, nie byłby jeszcze bardziej dramatyczny?).
(Oba zdjęcia, jak zwykle, zapożyczone z FilmWeba.)
Fabuła ma się tak:
Do Krakowa przyjeżdża grupa teatralna z Pragi, która w ramach projektu finansowego z UE ma wystawić w hucie na Nowej Hucie sztukę Bracia Karamazow na podstawie wiadomego dzieła pana Dostojewskiego. Grupa przeprowadza próby, które my, widzowie filmu, oglądamy – i tak zostajemy wciągnięci w świat Dostojewskiego. To jedna warstwa filmu.
Drugą jest to, co na zewnątrz sztuki – tarcia w zespole i osobista tragedia jednego z pracowników huty. Ów człowiek w godzinach pracy ma możliwość oglądania aktorów podczas próby, z czego skwapliwie korzysta – i bierze spektakl tak bardzo do siebie, że zaczyna żywić przekonanie, iż jest on wystawiany specjalnie dla niego.
Szczęśliwego zakończenia nie ma.
Jakie wnioski? Pierwszy, który mi się rzucił do głowy: że sztuka nie jest mniej rzeczywista niż rzeczywistość. Nieustannie obracam temat w głowie, więc przychodzą i wnioski dalsze, ten pierwszy jednak mnie samej spodobał się najbardziej, więc to nim się dzielę.
(Bracia Karamazow, reż. Petr Zelenka, Czechy – Polska 2008)