Archiwa tagu: kino

Strach się bać

W mijającym tygodniu realizowały się najczarniejsze scenariusze.
Owszem, nie-wyjście do kina, nie-wypad do Horai, a nawet nie-wyjazd do Edynburga to żadne tam wielkie tragedie, ale mimo wszystko, rzeczy raczej niemiłe.
Dla równowagi zaliczyłam drugiego w swoim życiu kaca.
I pierwszy w życiu KrakSpot.

W nadchodzącym tygodniu może wydarzyć się wszystko. Różnica między scenariuszem różowym a czarnym jest tak wielka, że strach się bać.
O różowym nawet nie myślę. Marzę o czymś pośrednim: tym kinie, zastępczym wyjeździe na Morawy i informacji, że po stażu zostaję w pracy.

No nic. No zobaczymy (jak ja nie lubię tego zwrotu!).


Wszystko jest rzeczywistością

Kraków jest cudowny! Ma kin więcej niż dwa (tyle w tej chwili ostało się w Toruniu po likwidacji mojego ulubionego Orła; to i tak więcej niż w prawie dwukrotnie odeń większej Bydgoszczy – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę) i nie tylko na wielkie amerykańskie hity nie trzeba czekać miesiącami.

Zaś szczególnie cudowne w Krakowie jest kino Ars (jako się już niegdyś rzekło), gdyż ponieważ albowiem choć cuchnie nieco popcornem, to umożliwia zakup biletów przez Internet. A ja lubię robić różne dziwne rzeczy via sieć.

I wczoraj, właśnie w Arsie, miałam przyjemność obejrzeć najnowszy film Petra Zelenki, czyli Braci Karamazow.

Z mości Zelenką znamy się (jednostronnie, oczywiście) od, zdaje się, przypadkowo oglądniętego Roku diabła (jeśli nie liczyć Samotnych, do których popełnił scenariusz, lecz których nie reżyserował). I od tamtego czasu lubimy się mocno. Ale Bracia Karamazow to och i ach, i w ogóle: nie wiem, co rzec.

Nie jest to komediodramat jak Opowieści o zwyczajnym szaleństwie lub Samotni (lub tyle innych czeskich filmów, które miałam przyjemność obejrzeć). Znowu bohaterami są swego rodzaju dziwacy, znowu fabuła ociera się o sprawy szalenie trudne, tym razem jednak poskąpiono nam, widzom, tej atmosfery lekkości, tego optymizmu, tego – jak to coś ładnie nazwać? Nie wychodzimy z kina pokrzepieni, a film zostaje przypisany pod kategorie dramat i psychologiczny.
Bo Bracia Karamazow to opowieść smutna i przejmująca. Niewesołą atmosferę pogłębia muzyka niejakiego Jana A.P. Kaczmarka (aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest ona zbędna; czy film bez muzyki, surowszy, nie byłby jeszcze bardziej dramatyczny?).

(Oba zdjęcia, jak zwykle, zapożyczone z FilmWeba.)

Fabuła ma się tak:
Do Krakowa przyjeżdża grupa teatralna z Pragi, która w ramach projektu finansowego z UE ma wystawić w hucie na Nowej Hucie sztukę Bracia Karamazow na podstawie wiadomego dzieła pana Dostojewskiego. Grupa przeprowadza próby, które my, widzowie filmu, oglądamy – i tak zostajemy wciągnięci w świat Dostojewskiego. To jedna warstwa filmu.
Drugą jest to, co na zewnątrz sztuki – tarcia w zespole i osobista tragedia jednego z pracowników huty. Ów człowiek w godzinach pracy ma możliwość oglądania aktorów podczas próby, z czego skwapliwie korzysta – i bierze spektakl tak bardzo do siebie, że zaczyna żywić przekonanie, iż jest on wystawiany specjalnie dla niego.
Szczęśliwego zakończenia nie ma.

Jakie wnioski? Pierwszy, który mi się rzucił do głowy: że sztuka nie jest mniej rzeczywista niż rzeczywistość. Nieustannie obracam temat w głowie, więc przychodzą i wnioski dalsze, ten pierwszy jednak mnie samej spodobał się najbardziej, więc to nim się dzielę.

(Bracia Karamazow, reż. Petr Zelenka, Czechy – Polska 2008)


Wielkie nic

Nie sposób zignorować Oscarów, nawet jeśli nie darzy się ich szacunkiem; przy okazji nominacji chcąc nie chcąc usłyszałam o takich filmach jak Slumdog, Ciekawy przypadek Benjamina Buttona czy Milk. Akurat ta trójka wydała mi się interesująca, ale ja wolę iść do kina na coś polskiego, czeskiego lub włoskiego, a amerykański hit w formie nieoficjalnej kopii (że się tak delikatnie wyrażę) obejrzeć w domowym zaciszu na nowym monitorze od Della (tak, tym w promocyjnej cenie). Produkcje takie jak Slumdog tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że mam rację.

Twórcy Slumdoga nie żałowali sobie i sięgnęli po wszystko, co dobrze się sprzedaje. Bohaterem filmu uczynili więc sierotę, poszukującego swej ukochanej z dzieciństwa, któremu – jako że jest szlachetny i od lat prawdziwie zakochany w swej przyjaciółce – sprzyja Los. Wiadomo, oliwa sprawiedliwa zawsze na wierzch i inne takie, dlatego chłopak mknie jak burza przez teleturniej Milionerzy i jest już o krok od wielkiej wygranej, która, jak się domyślamy, ma mu dać nie tyle olbrzymie pieniądze, co szansę odzyskania ukochanej dziewczyny. Na topie są produkcje bollywoodzkie, zatem akcję Slumdoga osadzono w Indiach i sięgnięto po hinduskich aktorów. A żeby było ciekawiej, dorzucono garść gangsterów.
I rzeczywiście, film sprzedał się świetnie, na dodatek zdobywając nominacje do Oscarów, także te najważniejsze – dla najlepszego filmu i reżysera.

Niestety, Slumdog jest filmem z gatunku pusto-rozrywkowych. Jego zalety kończą się na świetnym montażu i niezłych zdjęciach, bo fabuła jest mało prawdopodobna, poczynania bohaterów niezrozumiałe, całość zaś długa, nużąca i bezsensowna. Jeśli to właśnie ceni Amerykańska Akademia Filmowa, to ja dziękuję, postoję. Ot, pominięta w nominacjach dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego Gomorra (na którą uznałam za zasadne pójść do kina) jest filmem nieporównywalnie lepszym niż Slumdog.

Jaki z tego wniosek? A taki, że moja niechęć to oscarowych filmów ma jakieś uzasadnienie.

(Slumdog. Milioner z ulicy, reż. Danny Boyle i Loveleen Tandan, USA – Wielka Brytania 2008)


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.