I przeminął najkrótszy dzień w roku, zimowego przesilenia dzień, i lepiej mi się zrobiło – poprawiło się ogólne nastawienie, do ludzi i świata; wreszcie żyć, nie umierać, na wiosnę czekać (bo wiosną znowuż będzie och i ach, i co się tam dzieje w mej głowie).
A w szacowny Nowy Rok nawet przesławnego Avatara obejrzałam (i to gdzie – w, tfu, Multikinie!).
3D – wspaniałe! Z trudem powstrzymywałam się przed macaniem tego, co wystawało do mnie z ekranu, i robieniem uników przed tym, co na mnie pędziło.
Idea – zaszczytna. Proekologiczna, promultikulturowa i antybushowa (choć proekologiczne przesłanie w filmie za TAKĄ kasę wywołuje u mnie uśmieszek z serii “bujać to my, panowie szlachta”).
Pomysły – fajne. Niektóre, ale nie wymagajmy za wiele – film SF to nie książka, zbyt wymyślnie być nie może. Bardzo cacy jest już sam pomysł hodowania awatarów, ciał obcych, do których może “wsiąść” człowiek i w ten sposób eksplorować obcy świat. Nie przypominam sobie nigdzie podobnego tricku (nie licząc lovecraftowskego Nyarlathotepa, który poprzez awatary “objawia” się ludziom, ale to jednak trochę inna bajka).
Dla równowagi – fabuła to amerykańskie paskudztwo. Prosta i przewidywalna, z łopatologicznie wyłożonym morałem (uwielbiam SF między innymi dlatego, że może być zaangażowana, prawić morały, głosić oklepane prawdy, a wszystko to na sposób oryginalny, finezyjny, ciekawy – twórcy Avatara z tej możliwości nie skorzystali, zakładając, że widzowie to debile), brakiem konsekwencji, niewyeksploatowaniem fajnych pomysłów i przeklętym happy endem. Do połowy film jeszcze dawał radę, ale potem… płacz i zgrzytanie.
I dlatego filmu samego w sobie nie polecam (choć całkiem entuzjastycznie piszą o nim Orliński z Bendykiem). W kinie, w wersji 3D – tak! tak! tak! Bez 3D – tylko dla tych, którzy cierpią na nadmiar czasu (ale w takiej sytuacji zawsze lepiej sięgnąć po dobrą książkę).
(Avatar, reż. J. Cameron, USA 2009)






