Archiwa tagu: zachwyty

Wszystko co oryginalne jest lepsze

Skończyło się rumakowanie; z 20 dni tegorocznego urlopu zostało mi 18, z czego 15 mam już rozplanowane. Tak jakoś wyszło.

Jakby mało mi było podróżowania – tego, które już się przydarzyło i tego, które mam nadzieję, nastąpi – oglądam filmy i czytam książki, utrzymujące mnie w temacie. To też tak jakoś po prostu wychodzi.

I tak jakoś wyszło, że obejrzałam Spotkania na krańcach świata.
I zachwyciłam się.

I teraz chcę na biegun!

Antarktyda zaczęła mi się jawić jako miejsce nie dość, że piękne i fascynujące, to jeszcze takie, do którego nie trafiają przypadkowi ludzie. Nie ma tam turystów, są jedynie maniakalni poznawacze świata: naukowcy, podróżnicy… i świry różnej maści. Innymi słowy, ludzie oryginalni, a jak wiadomo, wszystko co oryginalne jest lepsze: dżinsy, kompakty…

W Spotkaniach na krańcach świata znalazłam też swojego nowego idola:

Film jest taki, jakie lubię najbardziej, poetycki, ale bez przesady, a Werner Herzog, reżyser, scenarzysta i narrator w jednym, przedstawia swoich bohaterów – ludzi żyjących w bazie na Antarktydzie – ciepło; zresztą sam wydaje się być podobnie oryginalny jak oni.

Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy obejrzawszy już film, zachwycona do granic możliwości, przeczytałam tę recenzję! Cóż, interpretacje bywają różne, podobnie jak postrzeganie świata.

Antarktyda nie jawi mi się jako koniec końców. Jawi mi się jako obok – obok świata, w którym tkwi większość z nas. Tkwi – i zamyka się na inność, na różnorodność, a tym samym fałszuje w sobie obraz świata prawdziwego.
Mniej więcej tak.


Z milczącej planety

Ach, ten C.S. Lewis. Z jednej strony nie uważam go za wielkiego pisarza (nawet nie za dużego), a co więcej, mocno irytują mnie jego poglądy, wyraźnie przebijające przez książki (nie, nie religijność – tylko seksizm i szowinizm gatunkowy), lecz ze strony drugiej to Opowieści z Narnii zawładnęły moją dziecięcą wyobraźnią jak żadne inne książki i dotąd nie wyzbyłam się do nich sentymentu (ba, wcale wyzbywać się nie chcę), Listy starego diabła do młodego bardzo mi się podobały, a Z milczącej planety

No właśnie. Oczekiwania wobec Z milczącej planety miałam duże. Wielkie. Ooogromne. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że o przeczytaniu tej książki MARZYŁAM.
A kiedy wreszcie zdobyłam ją przez podaj, odłożyłam na półkę. Stała tam i czekała, a ja delektowałam się myślą, że w każdej chwili mogę po nią sięgnąć.

Lecz gdy wreszcie sięgnęłam, gdy zaczęłam czytać – 5 stron, 10, 30, 50… Poczułam srogi zawód. Nie mogłam przemóc się i polubić głównego bohatera – nudnego, sztywnego lingwisty. Nie podobało mi się, że Lewis, gdy mu to odpowiada, ignoruje posiadaną przez siebie wiedzę fizyczną. Irytował mnie antropomorfizm w opisie mieszkańców obcej planety. I wreszcie, nudziła świadomość, że cała ta powieść to tylko analogia pewnych wątków chrześcijaństwa (pozwolę sobie tak to nazwać, za to na tylnej okładce książki napisano: analogia chrześcijańskiego dramatu dziejów).

Zmieniłam zdanie kilkadziesiąt stron dalej. W końcu Lewis zdołał mnie urzec, zdołał oczarować. Znowu. Jestem oczarowana Z milczącej planety tak jak Opowieściami z Narnii. Analogie już mi nie przeszkadzają, ba, im dalej w las, tym ciekawsze się wydają – właściwie Lewis całą tą książką dzieli się z nami swoją interpretacją chrześcijaństwa, to fascynujące. Nie przeszkadza mi też ignorowanie wiedzy fizycznej – cóż, nie jest ani szaleństwem ani głupotą zakładać, że w pewnych sprawach naukowcy się pomylili. Nawet antropomorfizm łykam już bez problemów – primo, narrator jest człowiekiem, nic więc dziwnego, że opisuje obcych w ludzkich kategoriach, a secundo, obcy z Malakandry muszą być podobni ludziom, by móc spełnić Lewisowe cele. Tylko ten szowinizm gatunkowy uwiera… Ale postanowiłam wybaczać Lewisowi jego szowinizmy, jak wybaczam je Arystotelesowi i kilku innym. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Więc Lewis mnie urzekł, Lewis mnie oczarował. Czym? Problem w tym, że… sama nie wiem. Tak samo jak nie wiem, czym tak czarują mnie baśnie. Ale robią to – i nic na to nie poradzę.

Mogłabym dodać, że podczas (dalszej) lektury odnosiłam wrażenie, że film Avatar był mocno inspirowany przez Z milczącej planety. Że jeden z bohaterów książki jest wspaniałą personifikacją faszyzmu. Że mimo wszystko ciekawsze pożenienie kosmitów z chrześcijaństwem jest u Carda (no i u Dukaja).
Ale na tym zakończę.
Dorzucę tylko cytat:

Mówi [jeden z bohaterów do obcych, a lingwista przekłada jego słowa na język obcych], że my [ludzkość] dużo wiemy. W naszym świecie zdarza się tak, że ciało żywego stworzenia czuje ból i słabnie, i on mówi, że my czasami wiemy, jak to zatrzymać. Mówi, że mamy dużo skrzywionych ludzi i wtedy ich zabijamy lub zamykamy w specjalnych chatach, i że mamy takich, którzy rozstrzygają kłótnie między hnau [istotami rozumnymi - na Ziemi jest to tylko jeden gatunek, ludzie, ale na Malakandrze aż 3] o chaty, żony i inne rzeczy. Mówi, że znamy wiele różnych sposobów, za pomocą których hnau z jednego kraju mogą zabijać hnau z drugiego kraju, a niektóre hnau są specjalnie szkolone, by to robić. Mówi, że zbudowaliśmy wielkie i mocne chaty z kamienia i zrobiliśmy wiele innych rzeczy (…). I mówi, że wymieniamy między sobą różne rzeczy i potrafimy bardzo szybko i bardzo daleko przenosić różne ciężary. I z powodu tego wszystkiego, on mówi, że nie byłby to wcale skrzywiony czyn, gdyby nasz lud pozabijał was wszystkich.

Tak, tytułowa milcząca planeta to nasza planeta, Ziemia.

(C.S. Lewis, Z milczącej planety, przeł. A. Polkowski, Wydawnictwo Pelikan, Warszawa 1989)


Znowu och i ach

Być może jestem mniej tolerancyjna / wyrozumiała / … (nieodpowiednie skreślić, odpowiedniejsze wpisać), niż mi się wydaje (niż chciałabym), skoro odczuwam coś w rodzaju współczucia (żeby nie powiedzieć: litości) wobec ludzi, którzy dzień w dzień oddają telewizji kilka godzin ze swego życia, niepotrzebnie ograniczają swoje możliwości z powodu niewykorzystywania komputera (internetu) na co dzień, zubażają swój żywot poprzez nieczytanie książek… lub odrzucają wszystko, co jest przypisane do gatunku “fantastyka”.

Bo fantastyka – ta dobra fantastyka – to nic innego jak filozofia, ale w ciekawszym (i strawniejszym?) wydaniu.

Oto kolejna powieść fantastyczna – cytowany w poprzedniej notce Stan wyczerpania Grega Egana – wprawiła mnie w zachwyt. Akcja toczy się w świecie XXII wieku, w którym króluje biotechnologia, dziennikarze swój sprzęt mają zamontowany w trzewiach, a fizycy teoretycy są już blisko sformułowania Teorii Wszystkiego. Ale akcja owa to tylko pretekst do zastanowienia się, co to znaczy, że coś jest “ludzkie”, czy takie pojęcia jak “dusza”, “religia”, “miłość” nie są jedynie ogłupiaczami, co by było, gdyby człowiek zrozumiał działanie całego wszechświata i miliona innych ważnych rzeczy.

I więcej nie napiszę; co najwyżej polecę tę recenzję Dukaja*.

* Mam też więcej autorytetów, niż mi się wydaje (niż chciałabym), bo sięgnę po każdego autora, którego Dukaj poleci.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.