Ach, ten C.S. Lewis. Z jednej strony nie uważam go za wielkiego pisarza (nawet nie za dużego), a co więcej, mocno irytują mnie jego poglądy, wyraźnie przebijające przez książki (nie, nie religijność – tylko seksizm i szowinizm gatunkowy), lecz ze strony drugiej to Opowieści z Narnii zawładnęły moją dziecięcą wyobraźnią jak żadne inne książki i dotąd nie wyzbyłam się do nich sentymentu (ba, wcale wyzbywać się nie chcę), Listy starego diabła do młodego bardzo mi się podobały, a Z milczącej planety…
No właśnie. Oczekiwania wobec Z milczącej planety miałam duże. Wielkie. Ooogromne. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że o przeczytaniu tej książki MARZYŁAM.
A kiedy wreszcie zdobyłam ją przez podaj, odłożyłam na półkę. Stała tam i czekała, a ja delektowałam się myślą, że w każdej chwili mogę po nią sięgnąć.
Lecz gdy wreszcie sięgnęłam, gdy zaczęłam czytać – 5 stron, 10, 30, 50… Poczułam srogi zawód. Nie mogłam przemóc się i polubić głównego bohatera – nudnego, sztywnego lingwisty. Nie podobało mi się, że Lewis, gdy mu to odpowiada, ignoruje posiadaną przez siebie wiedzę fizyczną. Irytował mnie antropomorfizm w opisie mieszkańców obcej planety. I wreszcie, nudziła świadomość, że cała ta powieść to tylko analogia pewnych wątków chrześcijaństwa (pozwolę sobie tak to nazwać, za to na tylnej okładce książki napisano: analogia chrześcijańskiego dramatu dziejów).
Zmieniłam zdanie kilkadziesiąt stron dalej. W końcu Lewis zdołał mnie urzec, zdołał oczarować. Znowu. Jestem oczarowana Z milczącej planety tak jak Opowieściami z Narnii. Analogie już mi nie przeszkadzają, ba, im dalej w las, tym ciekawsze się wydają – właściwie Lewis całą tą książką dzieli się z nami swoją interpretacją chrześcijaństwa, to fascynujące. Nie przeszkadza mi też ignorowanie wiedzy fizycznej – cóż, nie jest ani szaleństwem ani głupotą zakładać, że w pewnych sprawach naukowcy się pomylili. Nawet antropomorfizm łykam już bez problemów – primo, narrator jest człowiekiem, nic więc dziwnego, że opisuje obcych w ludzkich kategoriach, a secundo, obcy z Malakandry muszą być podobni ludziom, by móc spełnić Lewisowe cele. Tylko ten szowinizm gatunkowy uwiera… Ale postanowiłam wybaczać Lewisowi jego szowinizmy, jak wybaczam je Arystotelesowi i kilku innym. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.
Więc Lewis mnie urzekł, Lewis mnie oczarował. Czym? Problem w tym, że… sama nie wiem. Tak samo jak nie wiem, czym tak czarują mnie baśnie. Ale robią to – i nic na to nie poradzę.
Mogłabym dodać, że podczas (dalszej) lektury odnosiłam wrażenie, że film Avatar był mocno inspirowany przez Z milczącej planety. Że jeden z bohaterów książki jest wspaniałą personifikacją faszyzmu. Że mimo wszystko ciekawsze pożenienie kosmitów z chrześcijaństwem jest u Carda (no i u Dukaja).
Ale na tym zakończę.
Dorzucę tylko cytat:
Mówi [jeden z bohaterów do obcych, a lingwista przekłada jego słowa na język obcych], że my [ludzkość] dużo wiemy. W naszym świecie zdarza się tak, że ciało żywego stworzenia czuje ból i słabnie, i on mówi, że my czasami wiemy, jak to zatrzymać. Mówi, że mamy dużo skrzywionych ludzi i wtedy ich zabijamy lub zamykamy w specjalnych chatach, i że mamy takich, którzy rozstrzygają kłótnie między hnau [istotami rozumnymi - na Ziemi jest to tylko jeden gatunek, ludzie, ale na Malakandrze aż 3] o chaty, żony i inne rzeczy. Mówi, że znamy wiele różnych sposobów, za pomocą których hnau z jednego kraju mogą zabijać hnau z drugiego kraju, a niektóre hnau są specjalnie szkolone, by to robić. Mówi, że zbudowaliśmy wielkie i mocne chaty z kamienia i zrobiliśmy wiele innych rzeczy (…). I mówi, że wymieniamy między sobą różne rzeczy i potrafimy bardzo szybko i bardzo daleko przenosić różne ciężary. I z powodu tego wszystkiego, on mówi, że nie byłby to wcale skrzywiony czyn, gdyby nasz lud pozabijał was wszystkich.
Tak, tytułowa milcząca planeta to nasza planeta, Ziemia.
(C.S. Lewis, Z milczącej planety, przeł. A. Polkowski, Wydawnictwo Pelikan, Warszawa 1989)