Category Archives: bo muzyka jest językiem wszechświata

A po koncercie…

Zatem byłam na koncercie Kroke i Mai Sikorowskiej.
Za pół ceny, bo żeśmy się z K. nie dogadali, na 2 dni przed koncertem nie mieliśmy jeszcze biletów i właśnie na 2 dni przed koncertem pojawiła się oferta biletów o połowę tańszych na, a jakże, Grouponie (korzystacie? mam nadzieję, że tak).

I podobało mi się, chociaż samo Kroke podoba mi się bardziej.

Bolała mnie głowa, w sali Kijów Centrum było duszno, fotel robił krzywdę moim plecom – nie miało to jednak żadnego znaczenia. W muzyce bywa coś magicznego…
Nie potrafię pisać o muzyce. Nie rozumiem muzyki. Nie pojmuję, jak to się dzieje, że dźwięki – uderzanie, szarpanie, śpiewanie – układają się w coś, co jakościowo się od tych dźwięków różni, chociaż jest niczym więcej niż te właśnie dźwięki. Wreszcie, niezmiennie dziwi mnie, jak muzyka potrafi na mnie oddziaływać – jeśli mi się nie podoba, nie jest muzyką, jest hałasem, irytującym; jeśli jest mi obojętna, nuży mnie lub jest dla mnie niemalże niesłyszalna; jeśli podoba mi się, czuję się nią otulona; jeśli podoba mi się bardzo bardzo bardzo, mam niesamowite odczucie, że przenika moje ciało, odczucie to jest bardzo fizyczne (czasami tu i ówdzie czuję łaskotki) i zawsze przypomina mi, że z atomów się składam, a w tych atomach między jądrem a elektronem znajduje się dużo… niczego. Przychodzą mi też na myśl Pitagorejczycy i muzyka sfer, i Husserl, który… coś tam, nie pamiętam już co.
Krótko mówiąc, siedzę i słucham (chłonę), a jednocześnie moja głowa kombinuje. Na koniec wykombinowała, że na co nam religie, jeśli w zjawiskach fizycznych – muzyka jest zjawiskiem fizycznym, prawda? – bywa tyle piękna!
A Kroke bisowało 3 razy.

Więc muzyka.
Z całej nowej płyty Kroke wciąż najbardziej podoba mi się To Fengari Kani Volta (Το φεγγάρι κάνει βόλτα):

Poza tym bardzo podobają mi się jeszcze 2 piosenki, z których jedną jest Antitheta Pia (Αντίθετα πια):

Ta – To diko mou paploma (Το δικό μου πάπλωμα) – podoba mi się mniej (ale jest milutka; szkoda, że teledysk badziewny), za to lepiej oddaje klimat większej części płyty:

I na koniec Kroke bez dodatków – Time – jeden z moich najulubieńszych kawałków:

PS Jeśli wrzucić w wyszukiwarkę YouTube owe greckie tytuły, znaleźć można bardziej greckie wykonania tych piosenek… Poszperałam trochę, ale zawsze najbardziej podobała mi się wersja Kroke i Mai Sikorowskiej. Cóż.

Reklamy

Jaram się

Ostatnimi czasy informacje o nowych płytach wykonawców znanych mi i przeze mnie lubianych puszczam mimo uszu, tylko przy MTV Unplugged Kultu wykazałam niejakie zainteresowanie; wolę słuchać albo muzyki z filmów, albo staroci, albo własnych odkryć niezależnie od tego, kiedy były wydane (BTW, znacie Kawałek Kulki?) – ale w marcu ukażą się dwie płyty, które MUSZĘ mieć. Mogę je nawet kupić.
Chociaż wolę pójść na koncert.
Zresztą na koncercie z repertuarem z jednej z tych płyt już kiedyś byłam. Dawno, dawno temu. Tak dawno temu, że straciłam już nadzieję, że płyta się ukaże. A tu proszę.

Ale do rzeczy. Oto i płytki, których ukazaniem się jaram:
– 1 marca: Avra Kroke i Mai Sikorowskiej,
– 21 marca: Baaba Kulka Baaby Kulki (czyli Baaby i Gaby Kulki).

A oto YouTube’y być może wyjaśniające, dlaczegóż jaram się:
– Baaba Kulka:

– i Kroke po grecku:


Feel the moon pull your love faster up to the sky

Bardzo rzadko chadzam na koncerty, ale jak już pójdę, to (zazwyczaj) jestem nimi zachwycona tak, że słów nie starcza, by zachwyt mój wyrazić. A múm (& friends), na których byłam wczoraj – przyjechali na Sacrum Profanum, grzechem byłoby nie pójść, prawda? – przebili wszystko. Chodzę dziś jak w półśnie – tak, po części dlatego, że bardzo krótko spałam – i ocham, i acham, i wzdycham, i nucę sobie jakieś múmiaste dźwięki. Jestem oczarowana.

múm na scenie okazało się być zupełnie inne niż to sobie wyobrażałam na podstawie ich płyt. Bardziej kolorowe, bardziej radosne i bardziej różnorodne. Mało baśniowe, zupełnie nie elfickie, takie takie… pogańskie. Grające niemalże na wszystkim i „układające” swoją muzykę z bardzo dziwnych czasem dźwięków (a wizualizacje do swoich piosenek – z bardzo dziwnych czasem obrazów).

I jeszcze to miejsce – hala ocynkowni elektrolitycznej! Już samo miejsce nadawało koncertowi pewnej niezwykłości.

PS Zdjęcie z koncertu pochodzi z blogu fotografia-koncertowa.pl, kliknijcie w nie, a zostaniecie na ów blog przekierowani; serdecznie go polecam.


Poezja codzienności

Są takie filmy, które we wszystkich wzbudzają zachwyt, a we mnie jakoś nie. Na przykład takie Once – owszem, przyjemne toto, nie powiem, że nie, ale nic poza tym. I są też takie filmy, z zachwytem nad którymi jakoś się nie spotkałam, a które na zachwyt ten zasługują znacznie bardziej. Na przykład takie Tajnosti

Już miałam o Tajnosti, czyli Sekretach, nie pisać – trochę czasu już minęło, odkąd je obejrzałam – ale wczoraj rzuciły mi się na pamięć. Bo gdy samochód stał na światłach, samochód, w którym jechałam, padał deszcz i było po zmroku, i światła miasta wędrowały po miejskim krajobrazie zaiście malowniczo, odniosłam wspaniałe wrażenie, że to wszystko dzieje się do rytmu, rytmu jakiejś muzyki, muzyki, której nie słyszę, ale to tylko dlatego, że nie mam takiego słuchu jak bohaterka Sekretów.

Sekrety z Once skojarzyły mi się nie bez powodu – w obu filmach bardzo istotna jest muzyka. Ale w Once służy ona do tego, by nadać filmowi głębię (albo pozory głębi, jeśli miałabym być wobec filmu bardziej krytyczni), natomiast w Sekretach muzyka – w mojej, oczywiście, opinii – bardzo ładnie podkreśla poezję codzienności (że pozwolę sobie użyć takiego określenia).

O czym są Sekrety? (Nawet „opis dystrybutora” nie jest dla tego filmu łaskawy, bo wprowadza w błąd.) O czterdziestoletniej kobiecie, która owszem, ma bogatego męża, przyjemną pracę, nowy dom, fajną córkę, oddaną przyjaciółkę i uwielbiającego ją kochanka, ale z mężem już niewiele ją łączy, kochanka ma dość, przyjaciółka nie do końca ją rozumie, jej praca jest mało ekscytująca i w ogóle… w jej życiu brakuje większych emocji. Nuda, panie, nuda! I ta starość… Pewnego ranka nasza bohaterka – a Julie jej na imię – z TV dowiaduje się, że zmarła Nina Simone i… postanawia kupić pianino, jako że dzieckiem będąc, grywała co nieco.

Fabuła filmu zamyka się w jednym dniu, w którym bohaterka… robi miliony rzeczy, jakie po prostu robi się co dzień. Ale też zrywa z kochankiem, dowiaduje się, że mąż ma romans, poznaje interesującego młodego mężczyznę, dowiaduje się, że jest w ciąży, postanawia ciążę usunąć, no i najważniejsze – kupuje pianino. W sumie nic wielkiego, prawda?

Cały film to nic wielkiego, ale jak ładnie opowiedziane!

Najładniejsze w całym filmie są muzyczne wstawki – gdy nasza bohaterka widzi taniec w ruchu przechodniów na ulicy i słyszy muzykę, nie byle jaką muzykę, bo piosenki Niny Simone – pięknie scalające mniej lub bardziej banalne wydarzenia tego dnia. Przecież takie mniej lub bardziej banalne wydarzenia składają się na całą poezję codzienności!

A oto co mam na myśli, gdy używam zwrotu poezja codzienności:

* * * (Zapatrzyłam się)

Zapatrzyłam się na piękną główkę
gwoździa
wbitego w deski sopockiego mola
wydało mi się
że przy tym zapadłam
w głębokie zamyślenie
ale po chwili kiedy się ocknęłam
nie potrafiłam powiedzieć
o czym myślałam

prawdopodobnie miało to coś wspólnego
ze współbiciem mojego serca
i serca rozhuśtanego morza
zespolonego z trudną do nazwania
jednią.
– Urszula Kozioł

A oto trailer filmu (też, u diaska, wprowadzający w błąd!):

(Tajnosti, reż. A. Nellis, Czechy Słowacja 2007)


Dziś

O piętnastej jest już ciemno; zasłaniam okna, zapalam światło.
Zimną herbatę zastępuję upsarinem c (dwie tabletki dziennie codziennie, aż przeminie moje przeziębienie, które nie jest grypą, ale dokucza prawie jak grypa i jak gdyby grypą było, załatwiło mi L4 na cały tydzień), a soundtrack z House MD – płytą Coldplay.
Wszystkie piosenki Coldplay brzmią tak samo, ale dziś nie ma w tym nic złego.


Mp3 na 8h

Jeśli o godzinie siedemnastej ze zdumieniem patrzę na zegar w komputerze, zegar w komórce i zegarek na ręce, i jeszcze raz na zegar w komputerze, zegar w komórce i zegarek na ręce, i nie mogę pojąć, jak to możliwe, że osiem godzin właśnie mija, to chyba dobrze świadczy o miejscu, w którym przyszło mi pracować.

Miejsce owo zalet ma co najmniej kilka, począwszy od czynności, które są mi zlecane, a które sprawiają mi przyjemność, poprzez całkiem sympatyczny zestaw herbat w kuchni, a kończąc na zielonkawym wystroju wnętrza. I nawet radyjo gra tam przyzwoitsze niż Zetka czy RMFka.

Ale przyzwoite radio przyzwoitym radiem, a najfajniejsza jest zawsze własna plejlista. Dlatego zgrywam ulubione płyty na komórkę (się pomyślało i kupiło taką z odtwarzaczem mp3) i słucham. Choć właściwiej byłoby powiedzieć: smakuję.
Smakuję, testuję i powoli staję się znawcą muzyki, najlepiej sprawdzającej się przy pracy.
I tak oto:

  • Choćby się nie wiadomo jak bardzo lubiło Gabę Kulkę, to się Kulka do słuchania w pracy nie nadaje. Bo absorbuje zbyt silnie.
  • Za to Emiliana Torrini i Sia absorbują zbyt słabo, chociaż owszem, grać w uchu sobie mogą.
  • Coldplay także mówimy NIE. Bo zbyt nudne.
  • Z kolei King Crimson jest zbyt… hmm… wyszukane.
  • Nie nadaje się także Portishead. Bo trudno rozróżnić, które dziwne odgłosy pochodzą ze słuchawek, a które z otoczenia. :)
  • Za to świetnie sprawdza się Radiohead – ładne, spokojne, w sam raz do kontemplacji. ;)
  • Doskonała jest także Nirvana. Bo mocna i poruszająca.
  • Pearl Jam także świetne.
  • A gdy coś nie wychodzi, najlepiej zapuścić sobie Leningrad i ponucić pod nosem Hujnię (nawiasem dodam, że rzeczona Hujnia równie doskonale sprawdza się jako dźwięk telefonicznego budzika).

W najbliższym czasie zostaną przetestowani następujący wykonawcy: Eric Clapton (ach, ta gitarka!), Björk (choć mam obawy, że będzie z nią jak z Portishead), Kroke, Massive Attack, Pink Martini, The Knife i Regina Spektor. Ot, taki dziwny zestaw. ;)


Wiosna!

Jest idealnie.
No, może prawie.

Przemakają mi buty, tiry zatrzymują się na środkach skrzyżowań, zasłaniając światła i tarasując przejście, nogawki spodni brudzą się od roztapiającego się śniegu, a pralka przy każdej próbie uruchomienia uparcie wywala korki, ale.
Wstaję co rano, idę do pracy, gdzie ściany są zielone, ludzie zwracają się do siebie po nickach, a pies domaga się uwagi, wracam z poczuciem, że dużo się nauczyłam, gotuję, dużo czytam i bywam Mistrzem Gry.
A nocami śnią mi się dziwne rzeczy.

Znowu słucham Leningradu. Ot tak, bo mam ochotę.