Category Archives: budzą się w nocy upiory i harpie

Pora niepokoju

Spać. Nie spać. Spać. Nie spać? Spać!
Albo nie spać.

Czyta(ła)m ci ja Potępieńczą grę na przemian z roznarkotyzowanym jak nigdy Pielewinem i starą dobrą Diuną, grałam w Dragon Age i trochę w Metro 2033 też, na domiar złego wczoraj (a właściwie przed-) obejrzałam Czarnego Łabędzia. I mam w głowie niezły bajzel. Nocami śnię to o zamczyskach, to o próbach, to o rozległych i wilgotnych lasach bądź łąkach, to o potworach jakowyś, niesprecyzowanych, gdzieś tam się czających.

Sama sobie zgotowałam taki los. Trzeba było trzymać się z daleka od szaleńczych wizji i pokręconych opowieści.

Ostatnio śniłam o akademiku, który jak Hogwart był wielki i ciemny, i o uniwersytecie, wyglądem przypominającym zamczysko. Mnie i moją drużynę – złożoną z ludzi, których znam naprawdę lub raczej znałam niegdyś, ale z pewnością nie znających się wzajemnie, dobranych w jakiś bardzo pokrętny sposób – poddawano próbom, polegającym to na odnalezieniu jakiegoś przedmiotu, to na przebrnięciu przez fosę pełną zielonej, mętnej wody, to na pokonaniu strachu przed bestią lub przedziwną maszyną. Tyle potrafię odtworzyć z urywków, które pamiętam pomimo natychmiastowego spojrzenia w okno.
Pamiętam jeszcze, że te próby przeszliśmy zwycięsko.

Co przyśni mi się dziś?

(A za oknem chichoty, chichoty i wycie,
Przed którymi na próżno chowamy się w życie.
Ten niepokój dopadnie nas zawsze i wszędzie
?)

Reklamy

Shit happens

W piątek idę na pogrzeb.
Zmarła moja, powiedzmy, znajoma, koleżanka K. ze studiów.
Winien – rak. Taki z gatunku wrednych.
Znajomej, koleżanki już nie ma, co się nacierpiała, to jej. Ale jej mąż, że tak powiem, wciąż istnieje. Wyobrażacie sobie mieć 30 lat i być wdowcem?

A pamiętacie moją koleżankę? Moja koleżanka niecałe trzy miesiące temu (czyli mniej więcej wtedy, gdy dowiedzieliśmy się, że koleżanka K. ze studiów bywała w szpitalu nie z okazji chwilowej niedyspozycji z gatunku tych szpitala wymagających, ale z powodu poważnego, czyli raka, którego polskie lekarstwa nie ruszają i generalnie wesoło to nie jest) miała wypadek. Samochodowy. Też niewesoły – ona doznała poważnego urazu głowy, takiego, że w śpiączce leżała czas jakiś; kierowca, jej chłopak – żeby było jeszcze mniej wesoło, zarazem jej kum, w parze z nią chrzestny jej kilkumiesięcznej siostrzenicy – zginął.

Takich tragicznych historii znam więcej.
I zastanawiam się, kiedy coś takiego jest trudniejsze do przełknięcia – czy kiedy nie wierzy się w żadnego boga, a za to w to, że życie jest zbiorem mniej lub bardziej bezsensownych zdarzeń i coś podobnego może przytrafić się również jej, jemu, mnie; czy może kiedy w Boga – Tego Boga – się wierzy i nie może pojąć, dlaczego tak.

A jeśli już mowa o shit happensach, to z kolei ja jestem sobie na wypowiedzeniu, w pracy mojej pracuję jedynie do końca roku. Ale trudno traktować mi to w kategorii nieszczęścia, bo odczuwam coś w rodzaju ulgi, a poza tym punkty odniesienia mam takie, jakie mam. Co najwyżej maleńkim nieszczęśniątkiem owo wypowiedzienie mogłoby być. Ale i to nie – stała praca fajną jest, bo poczucie bezpieczeństwa daje, ludzie w mojej stałej pracy są fajni i nie sądzę, by przestali tacy być, ale jednak 8 godzin w biurze dziennie, codziennie (no dobrze, czasami 7, żeby potem 9), to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej, zwłaszcza jeśli podczas tych godzin 8 zajęcie ma się na 4 lub 3, a tak to bywało ostatnio.

To nic, albo nic to, jak Baśka W. mawiała. Żyć trzeba. Tak, jak się umie.


Revolutionary Road – film

Czytałam / słyszałam opinie kilku trzydziestolatków płci obojga na temat filmu (to ważne – filmu, nie książki), chyba wszystkie na plus, choć jedni byli zachwyceni, a innym tylko się podobało.

Mnie się podobało, ale ja nie mam trzydziestu lat.
I tu pytanie nr 1: Czy wiek widza naprawdę jest ważny?

Kilka wątków zaprzątnęło moje myśli. Ten o machnięciu ręką na marzenia mniej (może przerabiam to za często? może za wiele książek / filmów o tym mówi?), bardziej ten o szaleńcu – szaleniec jest wolny, może mówić prawdę, bo jego szaleństwo tłumaczy każde, nawet najdziwniejsze, zachowanie.
A dlaczego mówienie prawdy jest czymś nienormalnym? Bo tak jest przyjęte w społeczności. I tu pytanie nr 2: Czy tylko w społeczności, w której żyli April i Frank? Czy w naszej (mojej) też?

Przypomina mi się jedna konkretna powieść Dicka, chyba Klany księżyca Alfy, w której zostało powiedziane wprost: nikt nie jest całkowicie zdrowy psychicznie, ale jedni mieszczą się w arbitralnie przyjętej normie, a inni nie – i tych nazywamy szaleńcami, zamykamy w szpitalach i poddajemy leczeniu.
Pytanie nr 3: A gdybyśmy mieli inne normy?

Co by było, gdyby w normie nie mieścił się, dajmy na to, konserwatyzm? Powoływanie się na autorytety i umiłowanie tradycji leczyłoby się pigułkami? Uczucie nienawiści do osób homoseksualnych kwalifikowałoby do zamknięcia w szpitalu?


(fotografie: FilmWeb.pl)

Po filmie nabrałam ochoty na powieść Richarda Yatesa.
No i na Historię szaleństwa w dobie klasycyzmu, ale to nic nowego.

(Droga do szczęścia, reż. Sam Mendes, USA 2008)


Strach się bać

W mijającym tygodniu realizowały się najczarniejsze scenariusze.
Owszem, nie-wyjście do kina, nie-wypad do Horai, a nawet nie-wyjazd do Edynburga to żadne tam wielkie tragedie, ale mimo wszystko, rzeczy raczej niemiłe.
Dla równowagi zaliczyłam drugiego w swoim życiu kaca.
I pierwszy w życiu KrakSpot.

W nadchodzącym tygodniu może wydarzyć się wszystko. Różnica między scenariuszem różowym a czarnym jest tak wielka, że strach się bać.
O różowym nawet nie myślę. Marzę o czymś pośrednim: tym kinie, zastępczym wyjeździe na Morawy i informacji, że po stażu zostaję w pracy.

No nic. No zobaczymy (jak ja nie lubię tego zwrotu!).


Ja, mnie, moje

Wtyczka do Firefoxa (tak, nie przerzuciłam się na Operę) Read It Later pozwala mi szybko prześlizgiwać się po zawartości Czytnika Google, pomimo tych stu blogów, które za jego pomocą śledzę. To, co mnie najbardziej interesuje zaznaczam i zostawiam na późniejszą, spokojniejszą lekturę.

Gdy nastąpi owo później i spokojniej, siadam na sofie – nogi kładę na stolik, kawę kładę na stolik, notebooka (mój ssskarbek…) kładę na kolana – i jazda: recenzja książki o Krakowie, wpis na temat Jana Patočki, i tak dalej, i tak dalej, i Matyldowa recenzja Małża
Jakbym dostała po głowie.

Ona rozgoryczona (…) na fakt, że do żadnej pracy się nie nadaje, na zblazowaną rzeczywistość, w której reklama i komercja wkrada się, a może nawet uzurpuje sobie prawa, do zawładnięcia życiem każdego człowieka. Dziewczyna nieszczęśliwa, nie pasująca do goniącego za pieniądzem świata, nie pragnąca kariery w wielkiej korporacji, mająca nieco szalone pomysły, zbyt wrażliwa na zimną i nieczułą rzeczywistość. Ale też nie mająca żadnego pomysłu na siebie. Ot, takie duże dziecko, niezadowolone, że zostało samo w piaskownicy, a inne dzieci wzięły swoje zabawki i poszły na inny plac zabaw,

pisze Matylda i ja nagle jeszcze bardziej chcę tę książkę przeczytać, i zaczynam się zastanawiać, dlaczego.
Na ile te słowa pasują do mnie? Na ile pasowały trzy miesiące temu?
A może nie pasują wcale, może chcę zetknąć się z bohaterką, by poczuć swoją nad nią wyższość?

Czy mogę posiadać dwie sprzeczne z sobą cechy jednocześnie?
Co za głupie pytanie! Przecież wiem, że mogę.

Dziś nie, zdecydowanie nie mam nic wspólnego z tym opisem. Ale dawniej… Ale czasami…
Źle to czy dobrze?
Ma to znaczenie?

Czy ja mam pomysł na siebie?
Sądzę, że mam. Myślę, że mam. Wydaje mi się, że mam.
Mam nadzieję, że mam.

Posiadam dwie różne wizje siebie.
Która jest prawdziwa?


Powroty są trudne

Przetransportowanie pięćdziesięciokilogramowego ciała z Krakowa do Torunia jest o wiele prostsze niż przestrojenie psychiki z opcji „beztroski pobyt u Lubego” do „obowiązki studentki ostatniego roku”. I to pomimo tego, że obowiązków studentka ma niezbyt wiele, ma natomiast wizje licznych studenckich rozrywek.

Tymczasem z trudem przypomniałam sobie, o której jutro mam wykład, a o której lekcje w szkole.
Nie mogłam przyzwyczaić się do obecności współlokatorki; irytowały mnie jej roztargnienie, generowany przez nią bałagan i nieustanny zadowolony szczebiot.
Rozbolała głowa.
Przeraziła myśl o konieczności spotykania się z ludźmi niezależnie od tego, czy mam na to ochotę, czy nie.
I – jak gdyby tych tragedyj było zbyt mało – padło GG.

Ale współlokatorka wyszła, ale jest rum do herbaty, ale mogę wziąć ciepły prysznic.

Nie potrafię marudzić zbyt długo.


Aglaja


(Foto © by Renate von Mangoldt)

Aglaja, Αγλαΐα, jedna z trzech Charyt, w Rzymie zwanych Gracjami, bogiń wdzięku, piękna i radości, miłujących zabawę i towarzystwo boga wina Dionizosa; imię jednej z nich znaczyło tyle co Kwitnąca, innej – Rozumna, a naszej Aglai – Promienna.

Nie istnieje mniej pasujące imię do autorki książki Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze.

Nie mogę zapamiętać jej nazwiska, bo takie trudne: Veteranyi, zapamiętałam więc imię: Aglaja.

Dlaczego swe prawdziwe imię – Monica Gina – zamieniła właśnie na Aglaję?

Na okładce Dlaczego dziecko… można przeczytać, że w 2002 roku czterdziestoletnia nie-promienna Aglaja odebrała sobie życie.

Wcześniej, w Dlaczego dziecko… napisała tak:

JESTEŚMY O WIELE DŁUŻEJ MARTWI NIŻ ŻYWI, DLATEGO JAKO UMARLI POTRZEBUJEMY DUŻO WIĘCEJ SZCZĘŚCIA.

Być martwym to jak spać.
Kładziesz ciało, ale nie do łóżka, tylko do ziemi.
Potem musisz wytłumaczyć Bogu, dlaczego wolisz być martwy, a nie żywy.
A jeśli go nie przekonasz, wymazuje ci mózg, i musisz zaczynać życie znowu od początku.
Itd.
Itd.
Itd.
Itd.
Itd.
Etc.

Czy Aglai udało się go przekonać?
A jeśli się udało, to co się z nią teraz dzieje?
A jeśli się nie udało, to czy żyjąc od początku, znowu pisać będzie?
Niech pisze! Na bogów, niech pisze! Trzy książki to za mało.

Dawno nie czytałam tak bardzo przygnębiającej, tak bardzo poruszającej i tak pięknej książki jak Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze.
NAPRAWDĘ JEST AUTOBIOGRAFICZNA?