Category Archives: cóż ja z tobą czułości w końcu począć mam

Na drogach duszy…

Tak jakoś ostatnio się składa, że czytam dużo smętnych rzeczy – to non-fiction Lindqvista, Hatzfelda, Kurczab-Redlich, to nieprzyjemny Krótki sen Jakoba Vossa, to wreszcie specyficzne Żywoty zwierząt Coetzeego – więc smęcę tu, jeśli w ogóle coś tu piszę. Ale teraz, uwaga, będzie od tej reguły wyjątek.

Fotografie rzeźb Gustava Vigelanda z Muzeum Vigelanda w Oslo miałam pokazać już dawno temu – zresztą zdjęcia te pochodzą sprzed ładnych kilku miesięcy (od tamtego czasu zdążyłam być w Oslo ponownie, ale o tym, miejmy nadzieję, innym razem) – lecz oto dzieła Vigelanda znalazły się w Krakowie, w Muzeum Narodowym, na dodatek w towarzystwie rzeźb młodopolan. Wystawy jeszcze nie widziałam, ale zobaczę, z pewnością zobaczę – i bardzo wszystkich do tego zachęcam, bo rzeźby naprawdę godne są obejrzenia (doskonale pamiętam, jakie wrażenie zrobiły na mnie najpierw kamienne ciała z mistrzowsko oddaną każdą fałdką i każdym mięśniem, potem – emocje i uczucia, rysujące się na twarzach postaci, aż wreszcie zaczęłam się zastanawiać – dlaczego właśnie te uczucia i emocje, nie inne? do tej pory tego nie wiem).

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

PS I ciekawostka – Muzeum Vigelanda na Facebooku ;)

Reklamy

Feel the moon pull your love faster up to the sky

Bardzo rzadko chadzam na koncerty, ale jak już pójdę, to (zazwyczaj) jestem nimi zachwycona tak, że słów nie starcza, by zachwyt mój wyrazić. A múm (& friends), na których byłam wczoraj – przyjechali na Sacrum Profanum, grzechem byłoby nie pójść, prawda? – przebili wszystko. Chodzę dziś jak w półśnie – tak, po części dlatego, że bardzo krótko spałam – i ocham, i acham, i wzdycham, i nucę sobie jakieś múmiaste dźwięki. Jestem oczarowana.

múm na scenie okazało się być zupełnie inne niż to sobie wyobrażałam na podstawie ich płyt. Bardziej kolorowe, bardziej radosne i bardziej różnorodne. Mało baśniowe, zupełnie nie elfickie, takie takie… pogańskie. Grające niemalże na wszystkim i „układające” swoją muzykę z bardzo dziwnych czasem dźwięków (a wizualizacje do swoich piosenek – z bardzo dziwnych czasem obrazów).

I jeszcze to miejsce – hala ocynkowni elektrolitycznej! Już samo miejsce nadawało koncertowi pewnej niezwykłości.

PS Zdjęcie z koncertu pochodzi z blogu fotografia-koncertowa.pl, kliknijcie w nie, a zostaniecie na ów blog przekierowani; serdecznie go polecam.


Poezja codzienności

Są takie filmy, które we wszystkich wzbudzają zachwyt, a we mnie jakoś nie. Na przykład takie Once – owszem, przyjemne toto, nie powiem, że nie, ale nic poza tym. I są też takie filmy, z zachwytem nad którymi jakoś się nie spotkałam, a które na zachwyt ten zasługują znacznie bardziej. Na przykład takie Tajnosti

Już miałam o Tajnosti, czyli Sekretach, nie pisać – trochę czasu już minęło, odkąd je obejrzałam – ale wczoraj rzuciły mi się na pamięć. Bo gdy samochód stał na światłach, samochód, w którym jechałam, padał deszcz i było po zmroku, i światła miasta wędrowały po miejskim krajobrazie zaiście malowniczo, odniosłam wspaniałe wrażenie, że to wszystko dzieje się do rytmu, rytmu jakiejś muzyki, muzyki, której nie słyszę, ale to tylko dlatego, że nie mam takiego słuchu jak bohaterka Sekretów.

Sekrety z Once skojarzyły mi się nie bez powodu – w obu filmach bardzo istotna jest muzyka. Ale w Once służy ona do tego, by nadać filmowi głębię (albo pozory głębi, jeśli miałabym być wobec filmu bardziej krytyczni), natomiast w Sekretach muzyka – w mojej, oczywiście, opinii – bardzo ładnie podkreśla poezję codzienności (że pozwolę sobie użyć takiego określenia).

O czym są Sekrety? (Nawet „opis dystrybutora” nie jest dla tego filmu łaskawy, bo wprowadza w błąd.) O czterdziestoletniej kobiecie, która owszem, ma bogatego męża, przyjemną pracę, nowy dom, fajną córkę, oddaną przyjaciółkę i uwielbiającego ją kochanka, ale z mężem już niewiele ją łączy, kochanka ma dość, przyjaciółka nie do końca ją rozumie, jej praca jest mało ekscytująca i w ogóle… w jej życiu brakuje większych emocji. Nuda, panie, nuda! I ta starość… Pewnego ranka nasza bohaterka – a Julie jej na imię – z TV dowiaduje się, że zmarła Nina Simone i… postanawia kupić pianino, jako że dzieckiem będąc, grywała co nieco.

Fabuła filmu zamyka się w jednym dniu, w którym bohaterka… robi miliony rzeczy, jakie po prostu robi się co dzień. Ale też zrywa z kochankiem, dowiaduje się, że mąż ma romans, poznaje interesującego młodego mężczyznę, dowiaduje się, że jest w ciąży, postanawia ciążę usunąć, no i najważniejsze – kupuje pianino. W sumie nic wielkiego, prawda?

Cały film to nic wielkiego, ale jak ładnie opowiedziane!

Najładniejsze w całym filmie są muzyczne wstawki – gdy nasza bohaterka widzi taniec w ruchu przechodniów na ulicy i słyszy muzykę, nie byle jaką muzykę, bo piosenki Niny Simone – pięknie scalające mniej lub bardziej banalne wydarzenia tego dnia. Przecież takie mniej lub bardziej banalne wydarzenia składają się na całą poezję codzienności!

A oto co mam na myśli, gdy używam zwrotu poezja codzienności:

* * * (Zapatrzyłam się)

Zapatrzyłam się na piękną główkę
gwoździa
wbitego w deski sopockiego mola
wydało mi się
że przy tym zapadłam
w głębokie zamyślenie
ale po chwili kiedy się ocknęłam
nie potrafiłam powiedzieć
o czym myślałam

prawdopodobnie miało to coś wspólnego
ze współbiciem mojego serca
i serca rozhuśtanego morza
zespolonego z trudną do nazwania
jednią.
– Urszula Kozioł

A oto trailer filmu (też, u diaska, wprowadzający w błąd!):

(Tajnosti, reż. A. Nellis, Czechy Słowacja 2007)


Wszystko co oryginalne jest lepsze

Skończyło się rumakowanie; z 20 dni tegorocznego urlopu zostało mi 18, z czego 15 mam już rozplanowane. Tak jakoś wyszło.

Jakby mało mi było podróżowania – tego, które już się przydarzyło i tego, które mam nadzieję, nastąpi – oglądam filmy i czytam książki, utrzymujące mnie w temacie. To też tak jakoś po prostu wychodzi.

I tak jakoś wyszło, że obejrzałam Spotkania na krańcach świata.
I zachwyciłam się.

I teraz chcę na biegun!

Antarktyda zaczęła mi się jawić jako miejsce nie dość, że piękne i fascynujące, to jeszcze takie, do którego nie trafiają przypadkowi ludzie. Nie ma tam turystów, są jedynie maniakalni poznawacze świata: naukowcy, podróżnicy… i świry różnej maści. Innymi słowy, ludzie oryginalni, a jak wiadomo, wszystko co oryginalne jest lepsze: dżinsy, kompakty…

W Spotkaniach na krańcach świata znalazłam też swojego nowego idola:

Film jest taki, jakie lubię najbardziej, poetycki, ale bez przesady, a Werner Herzog, reżyser, scenarzysta i narrator w jednym, przedstawia swoich bohaterów – ludzi żyjących w bazie na Antarktydzie – ciepło; zresztą sam wydaje się być podobnie oryginalny jak oni.

Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy obejrzawszy już film, zachwycona do granic możliwości, przeczytałam tę recenzję! Cóż, interpretacje bywają różne, podobnie jak postrzeganie świata.

Antarktyda nie jawi mi się jako koniec końców. Jawi mi się jako obok – obok świata, w którym tkwi większość z nas. Tkwi – i zamyka się na inność, na różnorodność, a tym samym fałszuje w sobie obraz świata prawdziwego.
Mniej więcej tak.


Z milczącej planety

Ach, ten C.S. Lewis. Z jednej strony nie uważam go za wielkiego pisarza (nawet nie za dużego), a co więcej, mocno irytują mnie jego poglądy, wyraźnie przebijające przez książki (nie, nie religijność – tylko seksizm i szowinizm gatunkowy), lecz ze strony drugiej to Opowieści z Narnii zawładnęły moją dziecięcą wyobraźnią jak żadne inne książki i dotąd nie wyzbyłam się do nich sentymentu (ba, wcale wyzbywać się nie chcę), Listy starego diabła do młodego bardzo mi się podobały, a Z milczącej planety

No właśnie. Oczekiwania wobec Z milczącej planety miałam duże. Wielkie. Ooogromne. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że o przeczytaniu tej książki MARZYŁAM.
A kiedy wreszcie zdobyłam ją przez podaj, odłożyłam na półkę. Stała tam i czekała, a ja delektowałam się myślą, że w każdej chwili mogę po nią sięgnąć.

Lecz gdy wreszcie sięgnęłam, gdy zaczęłam czytać – 5 stron, 10, 30, 50… Poczułam srogi zawód. Nie mogłam przemóc się i polubić głównego bohatera – nudnego, sztywnego lingwisty. Nie podobało mi się, że Lewis, gdy mu to odpowiada, ignoruje posiadaną przez siebie wiedzę fizyczną. Irytował mnie antropomorfizm w opisie mieszkańców obcej planety. I wreszcie, nudziła świadomość, że cała ta powieść to tylko analogia pewnych wątków chrześcijaństwa (pozwolę sobie tak to nazwać, za to na tylnej okładce książki napisano: analogia chrześcijańskiego dramatu dziejów).

Zmieniłam zdanie kilkadziesiąt stron dalej. W końcu Lewis zdołał mnie urzec, zdołał oczarować. Znowu. Jestem oczarowana Z milczącej planety tak jak Opowieściami z Narnii. Analogie już mi nie przeszkadzają, ba, im dalej w las, tym ciekawsze się wydają – właściwie Lewis całą tą książką dzieli się z nami swoją interpretacją chrześcijaństwa, to fascynujące. Nie przeszkadza mi też ignorowanie wiedzy fizycznej – cóż, nie jest ani szaleństwem ani głupotą zakładać, że w pewnych sprawach naukowcy się pomylili. Nawet antropomorfizm łykam już bez problemów – primo, narrator jest człowiekiem, nic więc dziwnego, że opisuje obcych w ludzkich kategoriach, a secundo, obcy z Malakandry muszą być podobni ludziom, by móc spełnić Lewisowe cele. Tylko ten szowinizm gatunkowy uwiera… Ale postanowiłam wybaczać Lewisowi jego szowinizmy, jak wybaczam je Arystotelesowi i kilku innym. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.

Więc Lewis mnie urzekł, Lewis mnie oczarował. Czym? Problem w tym, że… sama nie wiem. Tak samo jak nie wiem, czym tak czarują mnie baśnie. Ale robią to – i nic na to nie poradzę.

Mogłabym dodać, że podczas (dalszej) lektury odnosiłam wrażenie, że film Avatar był mocno inspirowany przez Z milczącej planety. Że jeden z bohaterów książki jest wspaniałą personifikacją faszyzmu. Że mimo wszystko ciekawsze pożenienie kosmitów z chrześcijaństwem jest u Carda (no i u Dukaja).
Ale na tym zakończę.
Dorzucę tylko cytat:

Mówi [jeden z bohaterów do obcych, a lingwista przekłada jego słowa na język obcych], że my [ludzkość] dużo wiemy. W naszym świecie zdarza się tak, że ciało żywego stworzenia czuje ból i słabnie, i on mówi, że my czasami wiemy, jak to zatrzymać. Mówi, że mamy dużo skrzywionych ludzi i wtedy ich zabijamy lub zamykamy w specjalnych chatach, i że mamy takich, którzy rozstrzygają kłótnie między hnau [istotami rozumnymi – na Ziemi jest to tylko jeden gatunek, ludzie, ale na Malakandrze aż 3] o chaty, żony i inne rzeczy. Mówi, że znamy wiele różnych sposobów, za pomocą których hnau z jednego kraju mogą zabijać hnau z drugiego kraju, a niektóre hnau są specjalnie szkolone, by to robić. Mówi, że zbudowaliśmy wielkie i mocne chaty z kamienia i zrobiliśmy wiele innych rzeczy (…). I mówi, że wymieniamy między sobą różne rzeczy i potrafimy bardzo szybko i bardzo daleko przenosić różne ciężary. I z powodu tego wszystkiego, on mówi, że nie byłby to wcale skrzywiony czyn, gdyby nasz lud pozabijał was wszystkich.

Tak, tytułowa milcząca planeta to nasza planeta, Ziemia.

(C.S. Lewis, Z milczącej planety, przeł. A. Polkowski, Wydawnictwo Pelikan, Warszawa 1989)


Tylko chory jest naprawdę zdrowy

Gdy się w mych myśli pogrążam otchłani
Widzę jak wszyscy żałośni kapłani
Szerząc (nie)święte (pół)prawdy swej wiary
Z ludzi chcą zrobić bezbronne ofiary
wtedy mam pewność, że z bezdennej czerni
VEXILLA REGIS PRODEUNT INFERNI

Gdzieś dwa narody w walkach niekończących
Wciąż się mordują z przyczyn wkurwiających
Jedni się drugim pokazać starają
Jak swoją wiarę głęboko wyznają
Jednakże wcale nie są bogu wierni
VEXILLA REGIS PRODEUNT INFERNI
– William Blake

Wypisałam się na ten tydzień ze świata, ukryłam za ścianą mgły, zaszyłam w małym mieszkaniu, z którego okien widać szaroburorude łąki. Spałam do południa. Słuchałam muzyki. Głaskałam Kotę. Zgubiłam ironię. Milczałam. Myślałam.
(Ale tak tylko do popołudnia, bo tak to już jest, że jak się mieszka z drugim Człowiekiem, to ten Człowiek, choćby nie wiadomo jak bardzo był kochany, mimo wszystko wytrąca z własnych myśli i rozprasza, a na dodatek jeszcze pochorowała się Kota i Kotę tę trzeba było wozić do weterynarza.)
I czytałam.
(A to już całe dnie.)

W moje ręce wpadło Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk i świetnie wpisało w chorobowy-rozmyślony nastrój, w grudniową porę, w mój wegetarianizm, w przebudzoną ostatnimi czasy tęsknotę za filozofią i w decyzję o apostazji też.

Jestem zachwycona tą książką. Tym, że Tokarczuk nie opisuje świata, nawet do tego nie aspiruje, nie skupia się też na opowiedzeniu jakiejś konkretnej historii; po prostu pokazuje nam rzeczywistość, widzianą oczami Janiny Duszejko, nawiedzonej starszej pani (tak o niej mówią inni, ja chętniej nazwałabym ją współczesną czarownicą, tak bardzo odstaje od reszty), a sama historia, która się wydarza, wydaje się być do tego jedynie pretekstem.
Sposób postrzegania Duszejko w niektórych punktach jest mi przyjemnie bliski, w innych – kosmicznie odległy (astrologia?!), ale przyjaźnie – i do bohaterki, i do autorki, i do książki – nastawia mnie założenie, które zdaje się podzielać bohaterka i które przebija przez książkę, a w które głęboko wierzę ja sama: każdy człowiek inaczej świat postrzega, co nie znaczy, że każdy z nich nie może mieć racji. A zresztą, co tu ma do rzeczy racja?
I jeszcze, jeszcze jeden zachwyt. Prowadź swój pług przez kości umarłych to kryminał, ale taki kryminał, że wygląda na to, iż są trzy możliwe rozwiązania sprawy i każdy, zarówno książkowa postać, jak i czytelnik, może sobie wybrać, które jemu osobiście najbardziej odpowiada. Jeszcze nie skończyłam czytać, ale mam nadzieję, że Tokarczuk pociągnie to do końca – nie wyjaśni wszystkiego. W końcu nazwanie książki cytatem z Blake’a zobowiązuje.

Już wyzdrowiałam, niestety. Trzeba mi wrócić do świata. Doczytać książkę, odzyskać ironię, wrócić do pracy, tryskać pomysłami, załatwić urlop, dopieścić portfolio, wysłać cefałki. Grać w te gry, które ustanowił świat. Już jestem dorosła, już się nie wymigam.
Pojechać na Święta do rodziców i cierpliwie tłumaczyć, że nie, dziękuję, nie będę jeść mięsa i ryb też nie, chociaż one postne.

– Czemu płacze? (…)
– Moje Suki zginęły. (…)
– Rozumiem ten ból – powiedział po chwili. – Ale to przecież tylko zwierzęta.
– Były moimi jedynymi bliskimi. Rodziną. Córkami.
– Proszę, niech nie bluźni – żachnął się. – Nie może mówić o psach, że były jej córkami. Niech nie płacze więcej. Lepiej się pomodlić, to przynosi ulgę w cierpieniu.
Pociągnęłam go za ten piękny czysty rękaw do okna i pokazałam mu cmentarzyk. Stały tam teraz smutno nagrobki przysypane śniegiem; na jednym z nich palił się mały lampion,
– Już się pogodziłam z tym, że nie żyją. Najprawdopodobniej zastrzelili je myśliwi, wie ksiądz?
Nic nie powiedział.
– Chciałabym móc je przynajmniej pochować. Jak mam przeżyć żałobę, nawet nie wiedząc, jak zginęły i gdzie są ich ciała?
Ksiądz poruszył się niespokojnie.
– Nie wolno traktować zwierząt jak ludzi. To grzech, to ludzka pycha – takie cmentarze. Bóg dał miejsce zwierzętom niżej, w służbie człowieka.
– Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych

A w ramach podtrzymywania owej chwilowo odzyskanej normalności zajmę się apostazją. Bo przecież nie jest tak, że zwierzęta są w służbie człowieka.


Baśń o kozach

Każda powieść traktuje o tysiąc pięciuset różnych rzeczach, prawda? Więc Czasy kóz Luana Starovy są o:
– kozach,
– Bałkanach,
– Skopje,
– komunizmie,
– ogólniej: ustroju totalitarnym,
– emigrantach,
– dzieciach…

Dzieci. Dzieci żyją w najuboższej dzielnicy stolicy jednej z jugosłowiańskich republik, gdzie, będąc emigrantami, postrzegane są jako inne, obce. Ich rodzina stanowi jedną z biedniejszych nawet tam, więc dzieci przyzwyczajone są do śmierci; co jakiś czas tracą najmłodsze z rodzeństwa.
Jedno z tych dzieci, chłopiec – alter ego autora, jak powiadają – to narrator Czasów kóz.

Cała opowieść zaczyna się w chwili, kiedy na zaproszenie komunistycznych władz pasterze wraz ze swoimi kozami schodzą z gór i wprowadzają się do miasta.
Kozy, skoro pojawiają się w mieście, stają się solą w oku komunistycznych władz. Bo jak to tak? Pasterze mieli stać się klasą robotniczą! Tymczasem nie dość, że do domów, które zorganizowały im władze, wprowadzili się wraz z kozami, to jeszcze zarazili koziomanią mieszkańców miasta (cóż, ludzie szybko zaobserwowali, iż rodziny, które posiadają kozę, żyją dostatniej).
Koza to zwierzę właśnie biedoty – nie potrzebuje wiele, a dostarcza życiodajnego mleka (przymiotnik życiodajne należy potraktować dosłownie). I dlatego w końcu kozy posiadają praktycznie wszyscy mieszkańcy owej najuboższej dzielnicy, a sama dzielnica jest zwana Kozaar malo (czyli po prostu Kozią dzielnicą).
Także nasza rodzina, rodzina emigrantów, w końcu kupuje kozę, co znacznie poprawia jej sytuację.

Władze długo zastanawiają się, co zrobić z kozami, ale wszyscy – także dzieci – wiedzą, że prędzej czy później komunizm wypowie kozom wojnę. Bo kozy nie pasują do komunistycznego ustroju. Gorzej, kozy rujnują ustrój komunistyczny.

I w końcu stało się. I wojna to była straszliwa:

Miasto otoczone było wojskiem i policją. Miejsca wylotowe i przejścia graniczne ściśle kontrolowano. Drukowano obwieszczenia, plakaty, listy gończe ze zdjęciami Czangi [przywódca pasterzy] i naczelnych kozłów. Obiecywano nagrody. Pomyślano o wszystkim. Czanga mógł przecież uciec z kilkoma kozami i capami, ukryć się gdzieś, a później, w innych czasach, powrócić do miasta i doprowadzić do rozmnożenia kóz.
Wszystko należało przewidzieć!
Pod znakiem zapytania znalazły się osiągnięcia rewolucji.
Zagrożony był socjalizm!

Zabawne? Owszem. Ale o wiele bardziej straszne. Bo czy nie jest straszna każda święta wojenka w obronie idei?

Skąd więc ta baśń w tytule wpisu? Bo mimo wszystko powieść Starovy bardzo baśń mi przypomina. Po pierwsze, historia czasu kóz opowiedziana jest z perspektywy chłopca i to opowiedziana bardzo prostym językiem, jak gdyby narrator, będąc już dorosłym, dzielił się wspomnieniami z dzieciństwa ze swoimi własnymi dziećmi. Po drugie, nie padają prawie żadne daty ani nazwy miejscowości czy krajów (czas i miejsce są tak naprawdę ściśle określone, ale opisowo nazwane). Po trzecie wreszcie, opowieść ma baśniowy schemat: smutne dzieciństwo – lepsze czasy – tragiczne zdarzenie – i end, trochę happy, a trochę nie.
Właśnie takie baśnie lubię.

Podsumowując, Czasy kóz mają u mnie piątkę z plusem, ale także ponoszą winę, winę za to, że do swojej listy miejsc, które muszę odwiedzić, dopisałam Skopje.

(Luan Starova, Czasy kóz, przeł. D.J. Ćirlić, Oficyna 21, Warszawa 2005)