Category Archives: miasto na wskroś mnie przeszywa

Strefa wolnego czytania, czyli życie pełne jest niespodzianek

Słyszeliście o Strefie Wolnego Czytania? Nie? No to kliknijcie tu. Albo, jeśliście szczęśliwymi mieszkańcami / bywalcami miasta Krakowa, zwróćcie uwagę na reklamy, wyświetlane w telewizorkach autobusów komunikacji miejskiej. Byście poznali kontekst mojej krótkiej opowiastki.
Albowiem doświadczyłam dziś niesamowitej strefy wolnego czytania w autobusie nr 437.

Autobus nr 437 jest autobusem, którym zwykłam rano pokonywać połowę swojej drogi do pracy (no, chyba że się spóźnię – wtedy zaszczycam swą obecnością inny autobus, albo akurat praktykuję chodzenie piechotą). Przejażdżka owym środkiem komunikacji zajmuje mi zazwyczaj od 5 (przy wyjątkowo przychylnych wiatrach) do 20 (przy wyjątkowych korkach) minut. Dziś zajęła… półtorej godziny. Tak, 90 minut. DZIEWIĘĆDZIESIĄT. (Tu dodać należy, że na piechotę pokonuję tę trasę w minut 20, lecz spacer ma liczne minusy, jak doświadczanie hałasu, kurzu i smrodu spalin.)

Oburzenie, rozdrażnienie, irytacja, wściekłość, agresja i szewska pasja nie opanowały mnie tylko dlatego, że podróżowałam wspólnie z Serhijem. Żadanem. Anarchy in the UKR, no.
A Serhij Żadan – no dobra, narrator Anarchy in the UKR – też akurat podróżował. I tak sobie czytałam, zamknięta w autobusowym pudełku, które się niemalże nie poruszało, pośród podirytowanych i zmokniętych ludzi, o rozgrzanej, prowincjonalnej Ukrainie – i było mi całkiem fajnie.

I błogosławiłam swój zwyczaj noszenia z sobą książki zawsze i wszędzie. Bo wiecie, taka książka przy sobie każdemu opóźnieniu, brakowi prądu w pracy i innym nieplanowanym sytuacjom odbiera bezsens i czas, który jak nic poszedłby na zmarnowanie, zamienia w miłe niespodzianki, przyjemne, cudownie zyskane chwile.

Amen.

PS A jutro ma nas zalewać dalej. Hydropiekłowstąpienie jak nic.

Reklamy

Summer in the city

Teraz siąpi deszcz, ale cofnijmy się o kilka dni wstecz.

Mały Rynek. Na środku rynku – ekran. Przed ekranem – dwa (długie, szerokie) rzędy krzeseł, pomiędzy nimi – namiocik z projektorem. Choć jest już po zmroku, to wciąż niemiłosiernie gorąco – ale to dobrze, bardzo dobrze, bo jeśli nie znalazło się wolnego krzesła, można przycupnąć na bruku, tuż przed ekranem. A krzesła nietrudno nie znaleźć – ludzi jest sporo. Obsiedli też ławki, murki i ogródki piwne.
Co ich tak przyciągnęło? Krakow Summer Animation Days.

I ja też tam byłam. Nie na wszystkim, nawet nie na połowie, bo żeby zaliczyć wszystko, trzeba byłoby być nie tylko maniakalnym maniakiem animacji, ale także posiadać umiejętność przebywania w dwu miejscach jednocześnie (na Placu Wszystkich Świętych też działy się ciekawe rzeczy).  I ja też rozmaniakowałam się w animacji. Trochę. Po tym wszystkim, co widziałam, trudno byłoby się nie rozmaniakować.

A widziałam:

* efekciarską nową Alicję po drugiej stronie lustra:

* sympatyczną animację ze Śmiercią w roli prawie głównej:

* zabawną opowieść o woli przetrwania dwóch ośmiornic (kałamarnic?):

* cudowną historyjkę o Japonce w Londynie:

* opowiastkę o zawziętej rywalizacji między dwoma klanami samurajów:

* filmik o leśnej orkiestrze:

* nowego Bagińskiego (aaach!), starego Bagińskiego (oooch!):

* i wiele innych świetnych filmików, których nie ma na JuTiub.

Co mogę powiedzieć? Kto nie był, niech żałuje. Kto sądzi, że animacje to takie tam bajeczki dla dzieci, tego jest mi żal.


Wiosna i wino, i książki

W którymś z lokali w Zaułku Niewiernego Tomasza mają pyszne grzane wino, mówi P. Ta P., która chodziła ze mną na francuski, a teraz także mieszka w Krakowie.
Ale sezon na grzane wino już się kończy.

Siedzimy w Nowej Prowincji, przy stoliku pod oknem, na którym stoi sztuczny czerwony kwiat. Jest gorąco i tłoczno. Wczesny poniedziałkowy wieczór. Miło.
Okazuje się, że podobieństw między mną a P. jest więcej: najpierw irytujące szukanie jakiejś pracy (choć P. jest po stosunkach międzynarodowych), a teraz trzymiesięczny staż, mniej lub bardziej wiążący się z PR-em.
Tak, dorosłe życie bywa trudne.

Gdy wracam, kontempluję urodę ul. Szewskiej. Wspominam nie mniej urokliwą Szewską toruńską. Spotykam trzy koty i dwóch pijaków.

W domu jestem późno. Ale dobrze jest czasem wrócić (z pracy!) dopiero o dwudziestej pierwszej.

Żeby jednak nie było tak różowo, wypady na grzane wino – tak jak i wypady na kawoherbatę – mają swoje minusy: znowu nie mieszczę książek na półce.
A oto winowajcy:


Wiosna i wino

Choć do wiosny kalendarzowej jeszcze chwilka, choć wiatr wieje zimny, a deszcz pada mokry (że tak sobie zażartuję), to mnie już wiosennie; spać chce mi się mniej, łazić i spotykać ludzi, i gadać – więcej (no, z tym gadaniem to niedużo więcej – niektórzy tak mają). I jeszcze Wierzyńskiego czytać mi się chce (bo Tuwima nie posiadam).

Dlatego w sobotę wstałam przed dziewiątą i ubrawszy się, najadłszy się i ogólnie pozbierawszy się, udałam się w kierunku Starego Miasta, gdzie obok wiadomego Adasia oczekiwać miały panie dwie, jak dotąd wyłącznie z sieci kojarzone: Martuuha, co to jej się Kraków odwiedzić zachciało oraz Wiosanna. Był Bunkier Sztuki, kawoherbata, miła (ba!) rozmowa i, już po wszystkim, refleksja, że dobrze tak na kawoherbatę z kimś wyłącznie z sieci znanym pójść.

A wino będzie jutro. Ostatnie w tym sezonie grzane wino w Nowej Prowincji. Tym razem z koleżanką ze studiów, którą również do Grodu Kraka przyniosło.

Chyba że liczy się dziś obejrzane czeskie Młode wino – film nie tak dobry, za to przyjemny i te Morawy, ach, te Morawy… Skoro kryzys i euro na Słowacji, to może w tym roku pojechać w Czechy? Plany są, żeby w Polskę, bo Dolny Śląsk kusi i Bieszczady też – ale czy to jedna w roku okazja na podróż jest?
No!

Bez żadnych ale, moi złoci,
Jakim sposobem, po co, kto!
Znamy się wszyscy osobiście
I słońce świeci! Nie ma co!
pan Kazimierz


Wiosna!

Jest idealnie.
No, może prawie.

Przemakają mi buty, tiry zatrzymują się na środkach skrzyżowań, zasłaniając światła i tarasując przejście, nogawki spodni brudzą się od roztapiającego się śniegu, a pralka przy każdej próbie uruchomienia uparcie wywala korki, ale.
Wstaję co rano, idę do pracy, gdzie ściany są zielone, ludzie zwracają się do siebie po nickach, a pies domaga się uwagi, wracam z poczuciem, że dużo się nauczyłam, gotuję, dużo czytam i bywam Mistrzem Gry.
A nocami śnią mi się dziwne rzeczy.

Znowu słucham Leningradu. Ot tak, bo mam ochotę.


Wszystko jest rzeczywistością

Kraków jest cudowny! Ma kin więcej niż dwa (tyle w tej chwili ostało się w Toruniu po likwidacji mojego ulubionego Orła; to i tak więcej niż w prawie dwukrotnie odeń większej Bydgoszczy – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę) i nie tylko na wielkie amerykańskie hity nie trzeba czekać miesiącami.

Zaś szczególnie cudowne w Krakowie jest kino Ars (jako się już niegdyś rzekło), gdyż ponieważ albowiem choć cuchnie nieco popcornem, to umożliwia zakup biletów przez Internet. A ja lubię robić różne dziwne rzeczy via sieć.

I wczoraj, właśnie w Arsie, miałam przyjemność obejrzeć najnowszy film Petra Zelenki, czyli Braci Karamazow.

Z mości Zelenką znamy się (jednostronnie, oczywiście) od, zdaje się, przypadkowo oglądniętego Roku diabła (jeśli nie liczyć Samotnych, do których popełnił scenariusz, lecz których nie reżyserował). I od tamtego czasu lubimy się mocno. Ale Bracia Karamazow to och i ach, i w ogóle: nie wiem, co rzec.

Nie jest to komediodramat jak Opowieści o zwyczajnym szaleństwie lub Samotni (lub tyle innych czeskich filmów, które miałam przyjemność obejrzeć). Znowu bohaterami są swego rodzaju dziwacy, znowu fabuła ociera się o sprawy szalenie trudne, tym razem jednak poskąpiono nam, widzom, tej atmosfery lekkości, tego optymizmu, tego – jak to coś ładnie nazwać? Nie wychodzimy z kina pokrzepieni, a film zostaje przypisany pod kategorie dramat i psychologiczny.
Bo Bracia Karamazow to opowieść smutna i przejmująca. Niewesołą atmosferę pogłębia muzyka niejakiego Jana A.P. Kaczmarka (aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest ona zbędna; czy film bez muzyki, surowszy, nie byłby jeszcze bardziej dramatyczny?).

(Oba zdjęcia, jak zwykle, zapożyczone z FilmWeba.)

Fabuła ma się tak:
Do Krakowa przyjeżdża grupa teatralna z Pragi, która w ramach projektu finansowego z UE ma wystawić w hucie na Nowej Hucie sztukę Bracia Karamazow na podstawie wiadomego dzieła pana Dostojewskiego. Grupa przeprowadza próby, które my, widzowie filmu, oglądamy – i tak zostajemy wciągnięci w świat Dostojewskiego. To jedna warstwa filmu.
Drugą jest to, co na zewnątrz sztuki – tarcia w zespole i osobista tragedia jednego z pracowników huty. Ów człowiek w godzinach pracy ma możliwość oglądania aktorów podczas próby, z czego skwapliwie korzysta – i bierze spektakl tak bardzo do siebie, że zaczyna żywić przekonanie, iż jest on wystawiany specjalnie dla niego.
Szczęśliwego zakończenia nie ma.

Jakie wnioski? Pierwszy, który mi się rzucił do głowy: że sztuka nie jest mniej rzeczywista niż rzeczywistość. Nieustannie obracam temat w głowie, więc przychodzą i wnioski dalsze, ten pierwszy jednak mnie samej spodobał się najbardziej, więc to nim się dzielę.

(Bracia Karamazow, reż. Petr Zelenka, Czechy – Polska 2008)


Po trzynastym

Mam biało-czarną sukienkę, kilka stron drugiego rozdziału magisterki, dużą ochotę pójść na niedzielny koncert Wróblewskiego, Miśkiewicza i Sikały, zarwaną nockę i mocne postanowienie nie dotarcia na jutrzejsze – pardon, dzisiejsze – seminarium.

Właśnie odkryłam, że okno mojego pokoju wychodzi na wschód.

I wciąż nie chce mi się spać.