My tego psa nie chcieli zabić…

Tak, ten wpis jest o tym, o czym – po tytule – sądzicie, że jest.

Bo muszę się przyznać, że są na ziemi rzeczy, których nie rozumiem. Ani odrobinkę. I nie mam co do nich żadnych złudzeń.
I nie myślę tu o mechanice kwantowej czy filozofii Kanta – co do nich złudzenia mam, wydaje mi się, że w jakimś promilu, może nawet w procencie je pojmuję.
Ni chu chu nie rozumiem natomiast tej krwiożerczości (internetowego) tłumu i jego pędu do linczu. Jest on dla mnie… nielogiczny. Niby wiem, że ludzie rzadko bywają logiczni, a już w tłumie – to w ogóle, ale jednak mimo wszystko ciężko mi takie reakcje ogarnąć swoim rozumkiem.

No bo co się stało? Chłopaki z jednej z małopolskich wsi popili sobie, przywiązali psa do samochodu – i pojechali. Gdy się zatrzymali z psa był już trup. Osobno głowa, osobno reszta. Ale ja tym chłopakom wierzę, gdy mówią:

My tego psa nie chcieli zabić, on mioł se tylko trochę polatać za samochodem. Jechałem wolno, trzydziestką, myślołem, że leci za nami, ale gdy stanąłem, to już go nie było. Jak skręcaliśmy za mostem, to pewnie z całych sił się zapieroł i wtedy mu ten łeb musiało upierdolić. Co się będę przejmowoł. Nie tyle psów tu powiesili. Zresztą pijany żem był. Na trzeźwego bym tego nie zrobił.
(cytat pochodzi z linkowanego wyżej artykułu z GW)

Ano przypuszczałam, że tak to właśnie było. Mało kto na trzeźwo odważyłby się zrobić coś takiego publicznie.
To nie wina (wyłącznie) tych chłopaków, że byli okrutni wobec psa. Ludzie są okrutni wobec zwierząt. Ale ludzie wiedzą, że niektórych rzeczy jednak nie wypada, więc robią je ukradkiem, skrycie (zazwyczaj – przedwigilijne zarzynanie karpi w supermarketach to jeden z wyjątków). Wszyscy o tym wiedzą, lecz nikt tego nie widzi. Lepiej nie widzieć.
My, ludzie.
No, ale czasami komuś coś strzeli do głowy i napisze artykuł o tym, jak ludzie – my, ludzie – traktujemy zwierzęta. Taki artykuł. Ostrzegam – ja mam o nas ludziach bardzo złe mniemanie*, ale i tak niektóre spośród rzeczy tam opisanych nigdy nie przyszłyby mi do głowy.

Ale-ale, dlaczego pragnienie linczu uważam za nielogiczne?
A bo iluż spośród tych ludzi, którzy owych chłopaków nazywają bestiami i życzą im śmierci, dba o, dajmy na to, wolnożyjące koty mieszkające z nimi po sąsiedzku, by miały one zimą okienka do ciepłych piwniczek otwarte? Kilka, kilkanaście procent? Iluż oburza się na wspomniane już przedwigilijne zarzynanie karpi w supermarketach? Kilka procent? A iluż oburzyłoby się obejrzawszy taki filmik:

Scena: pracownik ogłusza świnię prądem, nieskutecznie. Przytomną wiesza na haku, podrzyna gardło. Nie do końca wykrwawioną, żywą, wrzuca do oparzarki z gotującą się wodą. Jej krzyk. Najazd kamery na obserwujące to, czekające w kolejce na rzeź, trzęsące się świnie.
(cytat pochodzi z linkowanego wyżej artykułu z TP)

Mhm? Pewnie znowu kilka procent (1 procent – tylu jest w Polsce, bo chodzi o nas ludzi z Polski, wegan i wegetarian – plus garść obrońców praw zwierząt nie-wege). A świnia jest (ponoć) tak kumata jak pies.
No i doszliśmy do nielogiczności. Świnia jest jak pies, pies jest jak świnia, ale oburzające dla tłumu bywa co najwyżej okrutne traktowanie psów.
Tym ludziom, którzy się burzą, właściwie wisi i powiewa los zwierząt, nawet psów, ośmielam się podejrzewać. Rusza ich ta konkretna historyjka o tym konkretnym psie. No, jest wyjątkowa, trzeba to przyznać.
A więc nie ma różnicy między świnią a psem. Temu konkretnemu psu zdarzyło się coś przeokropnego, ale nie trwało długo – w każdym razie w porównaniu do żywotu (jakiejkolwiek) świni, raczej marnego, na dodatek zakończonego wizytą w rzeźni, gdzie może mieć pecha i nie zostać ogłuszoną w odpowiednim momencie. I nagle widzę tę nienawiść, ziejącą ze zwykłych ludzi, bo usłyszeli o przeokropieństwie, które trafiło się jednemu z psów. No nie pojmuję ni chu chu. Co więcej, jestem dość przerażona. „Kiedyś wpadniesz w moje ręce, a wtedy przekonamy się, jak twoja głowa zniesie kolczasty drut i samochodowy hak” – Hammurabi wiecznie żywy w kraju, w którym 95% ludzi określa się jako katolicy. Wiem, wiem, że w Biblii stoi też: „oko za oko” i „ząb za ząb”, ale mimo wszystko…

Swoją drogą wiecie, co Katechizm Kościoła Katolickiego mówi o traktowaniu zwierząt? Mówi to:

Siódme przykazanie [tak, siódme, nie piąte] domaga się poszanowania integralności stworzenia. Zwierzęta, jak również rośliny i byty nieożywione, są z natury przeznaczone dla dobra wspólnego ludzkości w przeszłości, obecnie i w przyszłości. (…) Zwierzęta są stworzeniami Bożymi. Bóg otacza je swoją opatrznościową troską. (…) Także ludzie są zobowiązani do życzliwości wobec nich. (…) Bóg powierzył zwierzęta panowaniu człowieka, którego stworzył na swój obraz. Jest więc uprawnione wykorzystywanie zwierząt jako pokarmu i do wytwarzania odzieży. Można je oswajać, by towarzyszyły człowiekowi w jego pracach i rozrywkach. Doświadczenia medyczne i naukowe na zwierzętach, są praktykami moralnie dopuszczalnymi, byle tylko mieściły się w rozsądnych granicach i przyczyniały się do leczenia i ratowania życia ludzkiego. (…) Sprzeczne z godnością ludzką jest niepotrzebne zadawanie cierpień zwierzętom lub ich zabijanie. Równie niegodziwe jest wydawanie na nie pieniędzy, które mogłyby w pierwszej kolejności ulżyć ludzkiej biedzie. Można kochać zwierzęta; nie powinny one jednak być przedmiotem uczuć należnych jedynie osobom.

Ot, musiałam ten fragment z katechizmu wyciągnąć, bo strasznie mnie on uwiera (tak, wciąż jeszcze się nie wyapostazjonowałam z rozentuzjazmowanego tłumu). Jeśli ktoś ciekaw całości, oto i link.

*Kiedyś na mojej ulubionej Nonsensopedii wegetarianie zostali określeni jako ludzie, którzy uważają, że człowiek jest najmniej ludzki ze wszystkich zwierząt; bardzo mnie to rozbawiło, bo kurde, coś w tym jest.

Reklamy

Wyzwania, wyzwania, tyle ksiąg do czytania!

Dziś mam dzień porządkowania napoczętych spraw, planowania i robienia list zadań – więc co tam, wezmę się też za wyzwania literackie, bo jak widać (na prawo – na głównej – patrz!), trochę ich sobie na kark wzięłam.

No to od końca:

  • Reporterskim okiemzameldowałam się – i na tym jak dotąd się skończyło; wzywanie nie ma ograniczeń czasowych, więc luuuz, wymóg to 6 książek na 1 rok, radę dam z palcem w nosie (w zeszłym roku przeczytałam ok. 9 książek, które by do wyzwania pasowały);
  • Literatura japońska – tu nie meldowałam się, bo wyzwanie działa inaczej; czas trwania: do końca stycznia przyszłego roku, wymóg – 3 książki, po 1 z każdego przedziału, niby mało, ale jednak tu się pojawia problem, bo o ile książek z grupy nr 3 mam na półce – nieprzeczytanych – kilka, a właściwie całe dwie (O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu i Obcy), to z pozostałych grup książek – nieprzeczytanych – nie mam żadnych, no, ale wiele chciałabym przeczytać, a niebawem wreszcie będę mogła zapisać się do biblioteki, więc problem powinien się rozwiązać (muszę tylko pamiętać, co z tej biblioteki w pierwszej kolejności brać);
  • Rosja w literaturze – tu się zameldowałam, a nawet napisałam coś o jednej przeczytanej książce i właśnie czytam kolejną, szału jednak nie ma – wymóg wyzwania to 4 książki, a jego termin mija już 1 kwietnia, czyli: muszę się sprężyć, bo co czytać zdecydowanie mam;
  • Projekt nobliści to mój wielki wyrzut sumienia – wyzwanie nie ma ograniczeń czasowych, nie ma też wymogów rocznych ani żadnych innych, no i efekt tego dla mnie jest taki, że zameldowałam się i koniec, chociaż od tamtej chwili kilka kolejnych dzieł noblistów przeczytałam (Nowe życie Pamuka, Żywoty zwierząt Coetzeego, Sprawę osobistą Kenzaburo, Król kłania się i zabija Müller, Władcę much Goldinga…), lenistwo i tyle, po prostu nie chciało mi się o tych książkach pisać, większość z nich jednak wciąż doskonale pamiętam (najwidoczniej nie rozdaje się Noblów za byle co ;)), więc… zadośćuczynienie: napisanie wreszcie o tych książkach (chociaż o części!) + mocne postanowienie poprawy: nie przemilczenie żadnych lektur z tej kategorii.

Pora niepokoju

Spać. Nie spać. Spać. Nie spać? Spać!
Albo nie spać.

Czyta(ła)m ci ja Potępieńczą grę na przemian z roznarkotyzowanym jak nigdy Pielewinem i starą dobrą Diuną, grałam w Dragon Age i trochę w Metro 2033 też, na domiar złego wczoraj (a właściwie przed-) obejrzałam Czarnego Łabędzia. I mam w głowie niezły bajzel. Nocami śnię to o zamczyskach, to o próbach, to o rozległych i wilgotnych lasach bądź łąkach, to o potworach jakowyś, niesprecyzowanych, gdzieś tam się czających.

Sama sobie zgotowałam taki los. Trzeba było trzymać się z daleka od szaleńczych wizji i pokręconych opowieści.

Ostatnio śniłam o akademiku, który jak Hogwart był wielki i ciemny, i o uniwersytecie, wyglądem przypominającym zamczysko. Mnie i moją drużynę – złożoną z ludzi, których znam naprawdę lub raczej znałam niegdyś, ale z pewnością nie znających się wzajemnie, dobranych w jakiś bardzo pokrętny sposób – poddawano próbom, polegającym to na odnalezieniu jakiegoś przedmiotu, to na przebrnięciu przez fosę pełną zielonej, mętnej wody, to na pokonaniu strachu przed bestią lub przedziwną maszyną. Tyle potrafię odtworzyć z urywków, które pamiętam pomimo natychmiastowego spojrzenia w okno.
Pamiętam jeszcze, że te próby przeszliśmy zwycięsko.

Co przyśni mi się dziś?

(A za oknem chichoty, chichoty i wycie,
Przed którymi na próżno chowamy się w życie.
Ten niepokój dopadnie nas zawsze i wszędzie
?)


Fantasy rulez, czyli że kręci mnie prawość, dobroć i szlachetność

I stało – zaczęłam grać, przepadłam na kilka dni, odkryłam na nowo uroki fantasy, fantasy i (c)RPG, a także rozmaniakowania się, wciągnięcia się w jakiś świat tak bardzo, że jest on ostatnim, o czym myśli się przed zaśnięciem i pierwszym, o czym myśli się po przebudzeniu.

Krótko mówiąc, kilka dni wypadło mi z życiorysu, bo grałam w Dragon Age. W samym świecie Dragon Age nie ma kompletnie nic oryginalnego, gra ma też kilka wad, ale za to: a) pozwala sobie stworzyć postać taką, że utożsamianie się z nią jest banalnie proste, oczywiście jeśli ma się na coś takiego ochotę (w końcu urok RPG polega też na tym, że można grać taką postacią, która jest od nas skrajnie odmienna i czerpać z tego wielką frajdę, chociaż skrajna odmienność to przecież też podobieństwo), b) istnieją w niej kompani, którzy nie tylko po prostu idą za nami, ale mają swoje przekonania, upodobania i nie zawsze można im ufać, c) wybory moralne są zazwyczaj bardziej subtelne niż „zabić czy oszczędzić”.

No właśnie, te wybory moralne. Do tej pory zastanawiam się, czy faktycznie wolności nie można ofiarować, inaczej jest to kolejna forma zniewolenia, zniewolony o wolność musi upomnieć się sam?
A także, że ja mimo wszystko wierzę w istnienie jakiegoś obiektywnego kryterium dobra i zła – choć jednocześnie jestem przekonana, że nie znajduje się ono w zasięgu człowieka (właściwie to nie znajduje się ono w niczyim zasięgu).
I że dobro – czy raczej: pragnienie czynienia dobra, postępowanie zgodnie z zasadami (nie chodzi mi tu oczywiście o wypełnianie zasad narzuconych z zewnątrz, kodeksy honorowe ani dekalogi, ale o zasady prywatnego systemu etycznego, jeśli można to tak ująć) – jest dla mnie bardziej pociągające niż zło (znowu w uproszczeniu – jako przeciwieństwo tego, co nazwałam dobrem)… bo jest po prostu trudniejsze.

Niby tylko gra, prawda? A ile przemyśleń… ;)

P.S. Dla ciekawych, którzy też grali – tak, tak, romansowałam z Alistairem, nawet się z nim zaręczyłam, nie zgodziłam się na rytuał Morrigan i Alistair zginął, pokonując potworę (uparł się, że on to zrobi, nie ja). Anora została królową, ja – bohaterką Fereldenu. Zevran zdradził, Morrigan odeszła, Oghren po wszystkim obiecał towarzyszyć mi w przyszłości, mam wiernego przyjaciela w swoim psie, Stena odesłałam, a reszty nie zwerbowałam (przy czym Wynne zabiłam). Grałam człowiekiem – kobietą – szlachcianką – łotrzykiem. Elfy mają się dobrze, takoż i krasnoludy pod władaniem Bhelena. Magów w wieży ocaliłam (ilu mogłam), ocaliłam też Connora, pozwalając poświęcić się Lady Izoldzie. Teraz z niecierpliwością czekam na Dragon Age 2. ;)


Już wkrótce wezmę się za siebie… czyli jaki nowy rok jest każdy widzi

Ileż razy można powtarzać: Już wkrótce…?

Moje plany na ten nowy rok są maksymalnie proste: więcej pisać, więcej oglądać, więcej pić, a czytać tyle co dotychczas. Bo choć do 52 książek w minionym roku nie dobiłam, to jednak nie mam ambicji lecieć na ilość. Jakość się liczy, jakość! Nie przeszkadza mi to jednak pobawić się w tym roku w 104 filmy i – a co! niech będzie do kompletu – 78 win. A ile ich faktycznie będzie, się okaże.

Skoro już przy temacie win jesteśmy, to czuję potrzebę się – he, he, he – pochwalenia tym, co w sylwestra piłam. Bo wino piłam. Główną atrakcją nocy była degustacja w ciemno win białych z bardzo różnych półek, w tym i z półek najniższych, o cenach jednocyfrowych. Najsmaczniejsze – dla mnie – były napoje trzy: Muscat Sec 2008 (chyba 2008), słodka córka – Édes Lányom 2007 i miodek, wyprodukowany przez K. Zawartość dwu butelek wylądowała w zlewie – Mazowieckie i Kniaziowskie (które – surprise! – okazało się być czerwone) były po prostu niepijalne, nawet w sylwestra. Nie smakowało mi też chilijskie chardonnay Chiloe (? niestety nie mogę go wygooglać). A hitem nocy został produkt najtańszy, nabyty za cenę 4,50 zł w sklepie o wdzięcznej nazwie Bachus – Patyk. Smakuje po prostu jak słodki sok jabłkowy uszlachetniony konkretną ilością spirytusu; wytrąbiliśmy całą butelkę. Stosunek ceny do jakości – wyśmienity.


Shit happens

W piątek idę na pogrzeb.
Zmarła moja, powiedzmy, znajoma, koleżanka K. ze studiów.
Winien – rak. Taki z gatunku wrednych.
Znajomej, koleżanki już nie ma, co się nacierpiała, to jej. Ale jej mąż, że tak powiem, wciąż istnieje. Wyobrażacie sobie mieć 30 lat i być wdowcem?

A pamiętacie moją koleżankę? Moja koleżanka niecałe trzy miesiące temu (czyli mniej więcej wtedy, gdy dowiedzieliśmy się, że koleżanka K. ze studiów bywała w szpitalu nie z okazji chwilowej niedyspozycji z gatunku tych szpitala wymagających, ale z powodu poważnego, czyli raka, którego polskie lekarstwa nie ruszają i generalnie wesoło to nie jest) miała wypadek. Samochodowy. Też niewesoły – ona doznała poważnego urazu głowy, takiego, że w śpiączce leżała czas jakiś; kierowca, jej chłopak – żeby było jeszcze mniej wesoło, zarazem jej kum, w parze z nią chrzestny jej kilkumiesięcznej siostrzenicy – zginął.

Takich tragicznych historii znam więcej.
I zastanawiam się, kiedy coś takiego jest trudniejsze do przełknięcia – czy kiedy nie wierzy się w żadnego boga, a za to w to, że życie jest zbiorem mniej lub bardziej bezsensownych zdarzeń i coś podobnego może przytrafić się również jej, jemu, mnie; czy może kiedy w Boga – Tego Boga – się wierzy i nie może pojąć, dlaczego tak.

A jeśli już mowa o shit happensach, to z kolei ja jestem sobie na wypowiedzeniu, w pracy mojej pracuję jedynie do końca roku. Ale trudno traktować mi to w kategorii nieszczęścia, bo odczuwam coś w rodzaju ulgi, a poza tym punkty odniesienia mam takie, jakie mam. Co najwyżej maleńkim nieszczęśniątkiem owo wypowiedzienie mogłoby być. Ale i to nie – stała praca fajną jest, bo poczucie bezpieczeństwa daje, ludzie w mojej stałej pracy są fajni i nie sądzę, by przestali tacy być, ale jednak 8 godzin w biurze dziennie, codziennie (no dobrze, czasami 7, żeby potem 9), to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej, zwłaszcza jeśli podczas tych godzin 8 zajęcie ma się na 4 lub 3, a tak to bywało ostatnio.

To nic, albo nic to, jak Baśka W. mawiała. Żyć trzeba. Tak, jak się umie.


Na drogach duszy…

Tak jakoś ostatnio się składa, że czytam dużo smętnych rzeczy – to non-fiction Lindqvista, Hatzfelda, Kurczab-Redlich, to nieprzyjemny Krótki sen Jakoba Vossa, to wreszcie specyficzne Żywoty zwierząt Coetzeego – więc smęcę tu, jeśli w ogóle coś tu piszę. Ale teraz, uwaga, będzie od tej reguły wyjątek.

Fotografie rzeźb Gustava Vigelanda z Muzeum Vigelanda w Oslo miałam pokazać już dawno temu – zresztą zdjęcia te pochodzą sprzed ładnych kilku miesięcy (od tamtego czasu zdążyłam być w Oslo ponownie, ale o tym, miejmy nadzieję, innym razem) – lecz oto dzieła Vigelanda znalazły się w Krakowie, w Muzeum Narodowym, na dodatek w towarzystwie rzeźb młodopolan. Wystawy jeszcze nie widziałam, ale zobaczę, z pewnością zobaczę – i bardzo wszystkich do tego zachęcam, bo rzeźby naprawdę godne są obejrzenia (doskonale pamiętam, jakie wrażenie zrobiły na mnie najpierw kamienne ciała z mistrzowsko oddaną każdą fałdką i każdym mięśniem, potem – emocje i uczucia, rysujące się na twarzach postaci, aż wreszcie zaczęłam się zastanawiać – dlaczego właśnie te uczucia i emocje, nie inne? do tej pory tego nie wiem).

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

PS I ciekawostka – Muzeum Vigelanda na Facebooku ;)