Tag Archives: 52książki

Już wkrótce wezmę się za siebie… czyli jaki nowy rok jest każdy widzi

Ileż razy można powtarzać: Już wkrótce…?

Moje plany na ten nowy rok są maksymalnie proste: więcej pisać, więcej oglądać, więcej pić, a czytać tyle co dotychczas. Bo choć do 52 książek w minionym roku nie dobiłam, to jednak nie mam ambicji lecieć na ilość. Jakość się liczy, jakość! Nie przeszkadza mi to jednak pobawić się w tym roku w 104 filmy i – a co! niech będzie do kompletu – 78 win. A ile ich faktycznie będzie, się okaże.

Skoro już przy temacie win jesteśmy, to czuję potrzebę się – he, he, he – pochwalenia tym, co w sylwestra piłam. Bo wino piłam. Główną atrakcją nocy była degustacja w ciemno win białych z bardzo różnych półek, w tym i z półek najniższych, o cenach jednocyfrowych. Najsmaczniejsze – dla mnie – były napoje trzy: Muscat Sec 2008 (chyba 2008), słodka córka – Édes Lányom 2007 i miodek, wyprodukowany przez K. Zawartość dwu butelek wylądowała w zlewie – Mazowieckie i Kniaziowskie (które – surprise! – okazało się być czerwone) były po prostu niepijalne, nawet w sylwestra. Nie smakowało mi też chilijskie chardonnay Chiloe (? niestety nie mogę go wygooglać). A hitem nocy został produkt najtańszy, nabyty za cenę 4,50 zł w sklepie o wdzięcznej nazwie Bachus – Patyk. Smakuje po prostu jak słodki sok jabłkowy uszlachetniony konkretną ilością spirytusu; wytrąbiliśmy całą butelkę. Stosunek ceny do jakości – wyśmienity.

Reklamy

Rzeczywistość ometkowana słowami

Przeczytałam Dla mnie to samo Agnieszki Drotkiewicz. Nie pamiętam recenzji tej książki, pamiętam za to recenzje innej – Paris London Dachau (nie czytałam, jeszcze), w których zarzucano autorce banał w opisie uczuć bohaterki, głęboko przeżywającej rozstanie z mężczyzną, banał, ponieważ posługiwała się dużą ilością cytatów, zaczerpniętych z piosenek, książek… W Dla mnie to samo Drotkiewicz także często gęsto używa cytatów z książek, sloganów reklamowych, piosenek – ale, na bogów, nie dlatego, że brakuje jej słów, by opisać uczucia, towarzyszące bohater(k)om książki, lecz dlatego, że to bohaterki / bohaterowie nie potrafią inaczej nazwać tego, co czują. Ba, to nawet nie o nazewnictwo chodzi…

Rzeczywistość jest ometkowana słowami, a większość naszego życia odbywa się w trybie przypuszczającym, przez pryzmat „byłbym” – żyjemy w zachwycających fototapetach. Rzeczywistość nie istnieje, jemy tekturę, a smak sobie wyobrażamy, na podstawie tego, co jest napisane na opakowaniu.

W jakimś hiszpańskim filmie, którego tytułu już nie pamiętam, padło stwierdzenie, że reżyser / scenarzysta / pisarz to (niepotrzebne skreślić, w filmie było chyba o reżyserze) to ktoś, kto potrafi z milionów zdarzeń wybrać te, które układają się w opowieść na dany temat. Bo w filmach (i książkach) opowieści mają swój początek i koniec, w życiu natomiast nigdy nie wiadomo, kiedy coś się zaczyna, kiedy kończy… Ładnie pięknie – ale czy ludzie przeżywają zdarzenia, które dzieją się w świecie? Czy przeżywają swoje uczucia?

Człowiek to ciało, ciało, które odczuwa – ciepło, zimno, przyśpieszone bicie serca, pot na skroniach, rozluźnienie mięśni, burczenie w brzuchu… Wiemy, co czujemy, bo ktoś nam kiedyś powiedział, że to a to nazywa się tak – burczenie w brzuchu to głód, przyśpieszone bicie serca to strach, rozluźnienie mięśni to spokój. Podobnie zdefiniowano nam gniew, szczęście, smutek, tęsknotę, troskę, wstyd, miłość – wszystko.

Człowiek nie doświadcza świata, co najwyżej swoich uczuć (wywoływanych przez świat, a jakże). Dodatkowo w głowach mieszają nam przeczytane książki i usłyszane piosenki, i filmy, i reklamy, i artykuły w gazetach, i programy telewizyjne. Co tu kryć, myślimy cytatami, myślimy sloganami, myślimy kwestiami z filmów i seriali. I to dzięki nim wiemy, co czujemy, nie dzięki nazwom, których nas kiedyś nauczono.

A los się musi odmienić, swoją drogą. Zresztą sama wezmę swój los w moje ręce. Wyleczę się kolorami, wywróżę sobie coś dobrego z kaszy gryczanej, być może nawet zarobię pierwszy milion.

A zatem, a zatem nie powiedziałabym – w przypadku Dla mnie to samo – że Agnieszka Drotkiewicz nadużywa cytatów-banałów, bo cytaty-banały są nieodłącznym składnikiem myślenia każdego z nas. Ale nie wiem, jak to jest z tym banałem w Paris London Dachau. Ale sprawdzę. Gdyż ponieważ albowiem Dla mnie to samo podobało mi się i to bardzo.

I odnoszę wrażenie, że na zaplątanie nas – ludzi – w język, w język sloganowo-piosenkowo-książkowo-serialowo-filmowo-czasopismowym szczególną uwagę zwracają pisarze z roczników ’80. Bo czy nie ma czegoś podobnego u Żulczyka? Nahacza? Masłowskiej?

Ale książka Drotkiewicz to nie tylko banalne cytaty i slogany, obijające się o wnętrza czaszek bohaterów, ani nie rozliczne uczucia i emocje, którym – te cytaty i slogany – nieodłącznie towarzyszą. To też rzeczywistość, nasza swojska, polska, doskonale opisana – cuchnący panowie w autobusach komunikacji miejskiej, toksyczne matki, z miłości sączące trucizny w swoje córki, córki te, zahukane, niepewne siebie trzydziestoletnie dziewice, zadymione bary, gdzie w łazience można stracić swoją znienawidzoną cnotę, mdłe bibliotekarki – stare panny, śliczne dwudziestokilkulatki, pragnące, by wszyscy uważali je za miłe i lubili, czternastolatki, zakochane w leczących je przystojnych lekarzach… No, długo by wymieniać.

I chociaż wszystkie te postacie bardziej przypominają typy niż indywidua, w moim odczuciu (ha!) książka Drotkiewicz dobrą książką jest – i tyle.

A teraz co? Kto? Czyja książka? Marty Dzido? Jacka Dehnela? Mikołaja Łozińskiego?

(Agnieszka Drotkiewicz, Dla mnie to samo, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2006)


Cărtărescu rządzi

Przez pół niedzieli byłam bez Internetu. Efekt? Czternasta książka w tym roku przeczytana. A że dzięki sobotniemu uczestnictwu w grze miejskiej – i mającej w środę nastąpić dogrywce, gdyż sprawa pierwszego i drugiego miejsca nie została rozstrzygnięta (tak, tak, mam szansę na Bukowinę!) – tkwię w rumuńskich klimatach, to padło na Mircea Cărtărescu i jego Dlaczego kochamy kobiety.

Pana Cărtărescu znałam już z lektury powieści Travesti, znałam i poważałam bardzo, albowiem pisarstwo jego zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie – o ludzkim wnętrzu, ale bez mdłości, rozwlekłości ani coelhowości. Ze słowami, doskonale dobranymi do emocji, które opisywać miały. Nie mogłam wyjść ze zdumienia, że tak nieuchwytne rzeczy można określać tak krótko, a trafnie.

Dlaczego kochamy kobiety to nie powieść, ale zbiór krótkich tekstów, umieszczanych to tu, to tam – w gazetach lub czasopismach, nie zainteresowałam się – i traktujących niby to o kobietach, a tak właściwie to o samym Cărtărescu. Rzecz już nie tak zachwycająca jak Travesti, jednak zdecydowanie ciekawa i warta przeczytania. Czasami Cărtărescu pisze banały, czasami powtarza stereotypowe opinie, ale nie irytuje to, bo ginie wśród ciekawych opowieści, trafnych opisów i zaskakujących spostrzeżeń.

Moje ciało jest silnie związane z ciałem mojej żony. Właściwie mam dwa ciała i właściwie całe moje życie jest podwójne. Nawet jeśli jako zwierzę doświadczalne zostałbym rozczłonkowany, moje ciało wciąż byłoby zakochane w ciele mojej żony. Moja potrzeba intymności z istotą, z którą dzielę życie, wykracza zdecydowanie poza życie seksualne. Niektórzy obawiają się życia w związku, właśnie z powodu perspektywy oglądania drugiej osoby w najobskurniejszych sytuacjach. Ale moja miłość tym się właśnie żywi. Lubię chodzić z nią na zakupy, pić z nią kawę, patrzeć, jak leży w wannie, i gadać o UFO. Lubię przyglądać się, jak je i jak wiesza pranie. Gdy się kochamy, nasza intymność jest rzeczą najcenniejszą i nasza przyjemność zależy całkowicie od niej. Właściwie kochają się dwa ciała, które znają się bezgranicznie i które wciąż nie mają siebie dosyć, odkrywając siebie wciąż na nowo.

A jeśli ktoś chciałby więcej, temu polecam recenzję Jarosława Czechowicza (nie, żebym się w stu procentach z nią zgadzała, ale ona też zachęciła mnie do tej lektury).

(Mircea Cărtărescu, Dlaczego kochamy kobiety, przeł. J. Kornaś – Warwas, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008)


Definicja tragedii

Dobre miejsce do umierania Wojciecha Jagielskiego – moja dwunasta książka w tym roku i zarazem książka, która ponosi winę za to, że mam tak wielki dystans do wiecie-jakiej-katastrofy.

Gruzja.

Na rogu chłopak się zatrzymał. Staliśmy przed spalonym parterowym domem.
– A tu mieszkali Ormianie, nasi sąsiedzi. Zabiliśmy ich.
Ogródek przed domem zarośnięty był chwastami, po podwórku walały się połamane krzesła, szmaty, pogięte metalowe rondle, wiadra.
– Nic przeciwko nim nie mieliśmy. Nawet im pomagaliśmy, bo bali się wychodzić na ulicę.
(…)
Wyszliśmy z ruin na podwórze. Przy płocie, na wysokich żerdziach pięła się winorośl. Od strony domu liście i łodygi były sczerniałe od ognia.
– To było pod koniec lipca. Wieczorem do miasta przyjechało kilkunastu chłopaków z Suchumi. Powiedzieli, że syn naszego sąsiada walczy po abchaskiej stronie. Wieczorem przyszli do ich domu. Wiedziałem, na co się zanosi, więc zawołałem kilku chłopaków z karabinami i weszliśmy na podwórko.
Kazaliśmy Ormianom wyjść na dwór. Było ich sześcioro – stary, jego żona, brat, dwie córki i młodszy syn. Chłopak miał może za dwadzieścia lat, a dziewczyny po piętnaście. Powiedzieliśmy, że są zdrajcami, bo ich syn walczy przeciwko Gruzji. Dwóch naszych chłopaków wzięło ich za chlew. Rozstrzelali ich. I tak by zginęli. Chcieliśmy im oszczędzić strasznej śmierci. W końcu to byli nasi sąsiedzi i nie zrobili nam nic złego.

Tragedia – kiedy sąsiedzi zabijają sąsiadów.

Takich i podobnych historii – dotyczących pojedynczych ludzi, rodzin bądź całych narodów – są w Dobrym miejscu do umierania dziesiątki. Jagielski to zwiększa, to zmniejsza zoom – to „obejmujemy wzrokiem” cały Kaukaz, to „patrzymy” na maleńką wioskę, o którą spierają się Inguszowie z Osetyjczykami. Te skoki wywołać mogą zawroty głowy – kto w końcu bije się z kim, gdzie, kiedy, o co?
Owo pomieszanie nic jednak książce nie umniejsza, raczej potęguje wrażenie tragicznego bałaganu, który rozpętał się na Kaukazie po upadku ZSRR. (Na który to bałagan czujnie spogląda Mateczka Rassija, ugrywając z niego jak najwięcej dla siebie.)

A więc takich i podobnych historii są w książce dziesiątki. Jagielski spotykał tych ludzi – tych, którzy zamordowali sąsiadów, tych, którzy stracili całą swoją rodzinę, tych, którzy bili się o swoje – ich zdaniem – ziemie, tych, którzy po prostu chcieli przetrwać i polityków, i urzędników, i nauczycieli, i żołnierzy, i Gruzinów, i Ormian, i Osetyjczyków, i Czeczenów, i Inguszów, i Azerów… Spotykał ich i w Dobrym miejscu do umierania opowiedział to, co opowiadali oni, i opisał to, co widział sam – zniszczone miasta i piękną przyrodę. Piękno kaukaskich krajobrazów w kontekście takich historii robi szczególne wrażenie – jak w takim miejscu mogło dojść (może dochodzić) do takich rzeczy?

Mimo wszystko Dobre miejsce do umierania jest książką bardzo… suchą, surową, nie-emocjonalną. Reportaże nie zawsze takie są – ba, często takie nie są – a może i szkoda. Bo ta suchość i surowość dodatkowo podkreśla tragedie, które miały (mają) miejsce na Kaukazie.

I może dlatego, że czytałam właśnie te książkę – suchy reportaż z Kaukazu – gdy zdarzyła się wiecie-jaka-katastrofa, i lekturę książki Jagielskiego przemieszałam z lekturą artykułów na portalach, te drugie tak bardzo mnie zawiodły? Rozemocjonowane, często pozbawione jakichkolwiek konkretnych informacji, za to pełne banałów… innymi słowy zupełnie nie takie, jakich wymagałabym w takiej chwili od dziennikarzy.

(Wojciech Jagielski, Dobre miejsce do umierania, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005)


Skutki czytania Pielewina

Leżałem sobie w jednej piwnicy przy szosie Nagórnej. Przy tym z nader ważnych, czysto osobistych względów byłem zupełnie, męcząco przytomny. A tu ładuje się ment z latarką i automatem. Pyta o dokumenty. No, to mu pokazałem. A on, rzecz jasna, zażądał pieniędzy. Dałem mu wszystko, co miałem – dwadzieścia tysięcy. Pieniądze wziął, ale jakoś marudził, nijak nie odchodził. Trzeba się było odwrócić do ściany i zapomnieć o nim, ale ja nie – wdałem się w pogaduszkę. – Co tak gały na mnie wytrzeszczasz – powiadam – mało ci bandytów na górze? A ment trafił się rozmowny, potem się okazało, że absolwent filozofii. – A dlaczego – powiada. – Ich tam dużo. Ale oni porządku nie zakłócają. – Jak to? – pytam. – A tak – powiada. – Normalny bandyta co robi? Patrzysz na niego i widzisz, że tylko o tym myśli, jak by tu kogoś zabić i obrabować. Ten, kogo obrabuje – mówił dalej – też porządku nie zakłóca. Leży sobie z rozwaloną czaszką i rozmyśla: ładna historia, obrabowali mnie. A ty tu leżysz – powiada do mnie – i widać, że o czymś sobie myślisz… Jakbyś we wszystko tu dokoła nie wierzył. Albo miał wątpliwości. (…) No więc mówię mu na to: może i naprawdę mam wątpliwości. Głosili przecież wschodni mędrcy, że świat to iluzja. (…) Na to on aż poczerwieniał i powiada – jak to może być? Ja na uniwersytecie dyplom o Heglu zrobiłem, a teraz tu chodzę z automatem, a tyś coś tam czytał w „Nauce i Religii” i myślisz, że możesz wleźć do piwnicy i podważać realność świata?
– Wiktor Pielewin, Mały palec Buddy

No. Jedenasta książka w tym roku przeczytana. Pielewin. Mały palec Buddy. Jestem zachwycona mniej niż po lekturze Generation P i Empire V, ale-ale – jestem zachwycona.

Książka padła mi na głowę aż tak, że miałam sen. Sen, w którym moja praca była jakaś dziwna; polegała na jeżdżeniu do ludzi i rozmawianiu z ludźmi… Pracowałam razem z dwiema osobami – dużym mężczyzną i szczupłą, trochę jakby kanciastą dziewczyną. Imion nie pamiętam. Ale dziewczyna pochodziła z eskimoskiego plemienia Innaritu i potrafiła – uwaga!!! – zamienić się z kimś na ciała. To znaczy ona wrzucała swoją świadomość w ciało tego dużego mężczyzny albo naszego (?) czarnego kota, a jego świadomość lądowała w ciele jej. Z innymi chyba też tak potrafiła.

No ja pierniczę.

A najlepsze w tym śnie było to, że przecież Innaritu to żadne tam eskimoskie plemię, ale nazwisko takiego fajnego reżysera.


52 książki

Ile książek czytam rocznie? Pewnie około trzydziestu, może trzydziestu pięciu (kiedyś liczyłam). W takiej sytuacji pięćdziesiąt dwie książki w rok – jedna na tydzień – jawi się jako dużo, ale nie kosmicznie dużo.
A ten rok zaczęłam bardzo dobrze – cztery książki w miesiąc.

Dziś odkryłam (Blip rulez), że w sieci trwa akcja 52 książki. Szybko sobie przekalkulowałam: pięćdziesiąt dwie książki w rok to dużo, ale nie kosmicznie dużo… Czytanie „na ilość” nie ma najmniejszego sensu, ale z drugiej strony akcja taka to dobra motywacja do regularnej lektury.

To ja oficjalnie informuję, że się się podłączam. Jeśli do pięćdziesięciu dwóch książek nie dobiję, to nie dobiję, ale zobaczymy, jak bardzo się zbliżę. O!
Wszak i tak zaczęłam już tegoroczne lektury spisywać.