Tag Archives: apostazja

To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi…

Nie tak dawno temu napisałam:

A dla mnie apostazja to tylko i aż logiczna konsekwencja przekonań. To, co reprezentuje sobą instytucja, do której zostałam zapisana jako dziecko, nie pasuje mnie, osobie dorosłej, więc się z tej instytucji wypisuję. Proste. Tkwienie w tejże instytucji byłoby niespójnością pomiędzy tym, co mówię, a tym, co robię.

Oto dziś znalazłam coś, co może stanowić inne sformułowanie tegoż, tj. powodu, dla którego chcę apostazji. Sformułowanie, powiedziałabym, katolickie. Bo na blogu księdza odnalezione i będące niczym innym jak cytatem NT wraz z komentarzem.

Jezus powiedział do swoich uczniów: Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy /wszystko/ się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze? Żaden sługa nie może dwóm panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie. Słuchali tego wszystkiego chciwi na grosz faryzeusze i podrwiwali sobie z Niego. Powiedział więc do nich: To wy właśnie wobec ludzi udajecie sprawiedliwych, ale Bóg zna wasze serca. To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi, obrzydliwością jest w oczach Bożych.
– (Łk 16,9-15)

Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Przysłowie zgrabne, lecz całkowicie nieprawdziwe. Nie można wierzyć tylko trochę. Nie ma tu rozwiązań pośrednich, kompromisów. Chyba że chcemy usłyszeć mocne słowa: „To wy właśnie wobec ludzi udajecie sprawiedliwych, ale Bóg zna wasze serca. To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi, obrzydliwością jest w oczach Bożych.”
ks. Karol

Cóż, ja rezygnuję ze świeczki dla Boga. I chcę być w tym konsekwentna.

Reklamy

Demon-stracja

Jakiś czas temu guglając za czymś tam w pracy, wguglałam się na blog Wojtka Orlińskiego, na wpis, którego nie znałam, choć blog od czasu do czasu czytuję, bo lubię. Wpis ów, muszę przyznać, przemeblował mi trochę w głowie i pomógł nazwać coś, co niby po głowie mi chodziło, ale pozostawało niewyrażalne (dość często tak mam, niestety). Aż zacytuję:

(…) anegdota o amerykańskim i radzieckim kapelmistrzu. Ten pierwszy się chwali, jaki jest tolerancyjny, bo w jego orkiestrze jest dziesięciu Żydów, a ten drugi odpowiada, że nawet nie wie, ilu jest u niego, bo nie pytał.
Jakie to kurna tolerancyjne, że pozwalamy istnieć tym wszystkim mniejszościom, dopóki tylko ich przedstawiciele skutecznie ukrywają swoją odrębność. (…)
W normalnym kraju człowiek wie, czy jego kolega z pracy jest buddystą, mozaistą, chrześcijaninem, Sikhem czy transwestytą, bo kolega nie ma obowiązku tego ukrywać i nosi turban, tybetańskie bransoletki albo zdjęcie swojego chłopaka w portfelu.
całość znajdziecie tutaj, jeśli ktoś ciekaw

Orliński ma rację, niestety. Nie jest normalne, że rozmowy na temat wiary zdarzają mi się tak rzadko i wydają się czymś tak niestosownym. Nie jest normalne, że nie mam zwyczaju mawiać: a ja nie chodzę do kościoła, choć mawiam: a ja nie oglądam telewizji. Nie jest wreszcie normalne, że nie chwalę się planem apostazji, mimo że to bardzo ważna dla mnie rzecz (chyba że w takim miejscu jak anonimowy blog czy równie anonimowy blip), a gdy już głośno o niej powiem, słyszę, że to pokaz, że to demonstracja, że to prowokacja.

Powiedziałam swoim rodzicom, że zamierzam wypisać się z Kościoła i właśnie tak to odebrali. Jako demonstrację, jako prowokację, jako pokaz.

I nie ma dla nich znaczenia, że od początku studiów regularnie nie praktykuję i że nie wierzę w naukę Kościoła (ba, tu i ówdzie jest ona sprzeczna z moimi przekonaniami). Mogę sobie nie praktykować i nie wierzyć, ale mam to zachować dla siebie. Apostazja to demonstracja, a demonstracje są złe.

Ale właściwie dlaczego demonstrowanie swoich poglądów jest złe?
To jest ta nasza dziwna tolerancja: toleruję Cię, póki się ode mnie nie różnisz, nawet jeśli (choć raczej: przede wszystkim jeśli) brak różnicy jest udawany.

Tak się składa, że sprawy Kościoła, religii i wiary nie są mi obojętne. Dla mnie ma znaczenie to, czy Kościół uznaje mnie za swojego członka, czy nie. Chodzi zarówno o statystyki (jak z głosowaniem – jeden głos, jeden gest, nie ma większego znaczenia, ale gdy wiele osób tak uważa i głosu, gestu zaniecha, ma to znaczenie ogromne; Kościół ma w Polsce tak wielkie wpływy między innymi dlatego, że wiele osób zaniechuje), jak i szacunek dla tych, którzy katolicką wiarę wyznają. Przecież przynależność do wspólnoty religijnej osoby, która wiary tejże wspólnoty nie podziela, pozostałych jej członków powinna obrażać.
Dlaczego tak wielu osób to nie obraża? Dlaczego takie zachowanie uważane jest za normalne, a postępek zgodny z przekonaniami – nie?

Tegoroczną Gwiazdkę spędzę ze swoimi rodzicami w Małym Miasteczku; byłoby to wspaniałą okazją na dokonanie apostazji, gdyby nie wymóg dwóch świadków. W Małym Miasteczku drugiego świadka nie znajdę, zwłaszcza że moi rodzice kategorycznie świadkowania odmówili. Chociaż sami tak do końca nie wierzą…

Oni nie do końca wierzą, ja się wypisuję z Kościoła – moglibyśmy o tym podyskutować, ale po tym, co usłyszałam dotychczas, przypuszczam, że żadnej dyskusji nie będzie. Temat zostanie przemilczany, jak przemilcza się wstydliwe choroby.
I tego też nie mogę pojąć – tej całkowitej niechęci do dyskusji na temat katolicyzmu.

A dla mnie apostazja to tylko i aż logiczna konsekwencja przekonań. To, co reprezentuje sobą instytucja, do której zostałam zapisana jako dziecko, nie pasuje mnie, osobie dorosłej, więc się z tej instytucji wypisuję. Proste. Tkwienie w tejże instytucji byłoby niespójnością pomiędzy tym, co mówię, a tym, co robię.
I o to tyle hałasu?


Tylko chory jest naprawdę zdrowy

Gdy się w mych myśli pogrążam otchłani
Widzę jak wszyscy żałośni kapłani
Szerząc (nie)święte (pół)prawdy swej wiary
Z ludzi chcą zrobić bezbronne ofiary
wtedy mam pewność, że z bezdennej czerni
VEXILLA REGIS PRODEUNT INFERNI

Gdzieś dwa narody w walkach niekończących
Wciąż się mordują z przyczyn wkurwiających
Jedni się drugim pokazać starają
Jak swoją wiarę głęboko wyznają
Jednakże wcale nie są bogu wierni
VEXILLA REGIS PRODEUNT INFERNI
– William Blake

Wypisałam się na ten tydzień ze świata, ukryłam za ścianą mgły, zaszyłam w małym mieszkaniu, z którego okien widać szaroburorude łąki. Spałam do południa. Słuchałam muzyki. Głaskałam Kotę. Zgubiłam ironię. Milczałam. Myślałam.
(Ale tak tylko do popołudnia, bo tak to już jest, że jak się mieszka z drugim Człowiekiem, to ten Człowiek, choćby nie wiadomo jak bardzo był kochany, mimo wszystko wytrąca z własnych myśli i rozprasza, a na dodatek jeszcze pochorowała się Kota i Kotę tę trzeba było wozić do weterynarza.)
I czytałam.
(A to już całe dnie.)

W moje ręce wpadło Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk i świetnie wpisało w chorobowy-rozmyślony nastrój, w grudniową porę, w mój wegetarianizm, w przebudzoną ostatnimi czasy tęsknotę za filozofią i w decyzję o apostazji też.

Jestem zachwycona tą książką. Tym, że Tokarczuk nie opisuje świata, nawet do tego nie aspiruje, nie skupia się też na opowiedzeniu jakiejś konkretnej historii; po prostu pokazuje nam rzeczywistość, widzianą oczami Janiny Duszejko, nawiedzonej starszej pani (tak o niej mówią inni, ja chętniej nazwałabym ją współczesną czarownicą, tak bardzo odstaje od reszty), a sama historia, która się wydarza, wydaje się być do tego jedynie pretekstem.
Sposób postrzegania Duszejko w niektórych punktach jest mi przyjemnie bliski, w innych – kosmicznie odległy (astrologia?!), ale przyjaźnie – i do bohaterki, i do autorki, i do książki – nastawia mnie założenie, które zdaje się podzielać bohaterka i które przebija przez książkę, a w które głęboko wierzę ja sama: każdy człowiek inaczej świat postrzega, co nie znaczy, że każdy z nich nie może mieć racji. A zresztą, co tu ma do rzeczy racja?
I jeszcze, jeszcze jeden zachwyt. Prowadź swój pług przez kości umarłych to kryminał, ale taki kryminał, że wygląda na to, iż są trzy możliwe rozwiązania sprawy i każdy, zarówno książkowa postać, jak i czytelnik, może sobie wybrać, które jemu osobiście najbardziej odpowiada. Jeszcze nie skończyłam czytać, ale mam nadzieję, że Tokarczuk pociągnie to do końca – nie wyjaśni wszystkiego. W końcu nazwanie książki cytatem z Blake’a zobowiązuje.

Już wyzdrowiałam, niestety. Trzeba mi wrócić do świata. Doczytać książkę, odzyskać ironię, wrócić do pracy, tryskać pomysłami, załatwić urlop, dopieścić portfolio, wysłać cefałki. Grać w te gry, które ustanowił świat. Już jestem dorosła, już się nie wymigam.
Pojechać na Święta do rodziców i cierpliwie tłumaczyć, że nie, dziękuję, nie będę jeść mięsa i ryb też nie, chociaż one postne.

– Czemu płacze? (…)
– Moje Suki zginęły. (…)
– Rozumiem ten ból – powiedział po chwili. – Ale to przecież tylko zwierzęta.
– Były moimi jedynymi bliskimi. Rodziną. Córkami.
– Proszę, niech nie bluźni – żachnął się. – Nie może mówić o psach, że były jej córkami. Niech nie płacze więcej. Lepiej się pomodlić, to przynosi ulgę w cierpieniu.
Pociągnęłam go za ten piękny czysty rękaw do okna i pokazałam mu cmentarzyk. Stały tam teraz smutno nagrobki przysypane śniegiem; na jednym z nich palił się mały lampion,
– Już się pogodziłam z tym, że nie żyją. Najprawdopodobniej zastrzelili je myśliwi, wie ksiądz?
Nic nie powiedział.
– Chciałabym móc je przynajmniej pochować. Jak mam przeżyć żałobę, nawet nie wiedząc, jak zginęły i gdzie są ich ciała?
Ksiądz poruszył się niespokojnie.
– Nie wolno traktować zwierząt jak ludzi. To grzech, to ludzka pycha – takie cmentarze. Bóg dał miejsce zwierzętom niżej, w służbie człowieka.
– Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych

A w ramach podtrzymywania owej chwilowo odzyskanej normalności zajmę się apostazją. Bo przecież nie jest tak, że zwierzęta są w służbie człowieka.


O tym, że nie ma dla mnie ratunku

Z wielu powodów i dla radości wielu zagłębiam się ostatnio w tematykę radiomaryjną; jeszcze chwilka, jeszcze momencik i będą drugim po Jacku Hołubie specjalistą od o. Rydzyka (BTW, serdecznie polecam blogasek p. Jacka).

Lektura internetowych wersji Naszych Dzienników, Radiów (? ) Maryja i tym podobnych jest zabawna, ale tylko do pewnego momentu – potem zaczyna przerażać (linki do co bardziej perełkowych perełek wrzucam na swojego blipa). Dlaczego? Bo serwisików, głoszących podobne bzdury, jest multum! Bo bzdury owe na pierwszy rzut oka wcale na bzdury nie wyglądają! Bo wreszcie, ludzi podzielających takie poglądy jest więcej, niż niegdyś mi się wydawało – i jest wśród nich zatrważająco dużo ludzi młodych (vide: strona audycji dla studentów w RM, gdzie można przeczytać m.in., że wegetarianizm jest zły, bo stanowi podstępne wprowadzenie do hinduizmu).

Ale na tym nie koniec moich strachów.

Porównując naukę radiomaryjną z naukami katolickimi, serwowanymi przez inne źródła, odkryłam, że Rydzyk nie jest aż tak ekstremalny, jak sądziłam (o, ja naiwna). Przykładowo, z tym, że Harry Potter to zło, zgadza się kard. Ratzinger (ale nie wszyscy katolicy są tak restrykcyjni, słusznie argumentując, że krytyka dotknęła nawet wiadomo-które-dzieło Tolkiena, człowieka głęboko wierzącego).

A wiecie, że stosowanie pigułek antykoncepcyjnych przez rok równa się zabiciu 12 dzieci?  Stronę, na której znalazłam tę informację, poleca serwis spowiedz.pl, na moje agnostyckie oko, bardzo porządny serwis (za to coś jest nie tak z jego użytkownikami, skoro tak bardzo nie wiedzą, co Kościół Katolicki głosi na temat seksu; to już ja wiem więcej, choć nauka KK wisi mi i powiewa).

Ach, no i jest jeszcze Fronda. Fronda wymiata. Serio serio. Największe wrażenie robią na mnie nie artykuły, a komentarze, szczególnie te, które porażają swoją logiką. To nie ironia, bo podziwiam ludzi, którzy chętnie dyskutują, rozsądnie argumentują i twardo bronią swoich racji (nie to, co zdecydowana większość katolików, którzy deklarują się wierzącymi i nawet chadzają na msze, ale wybierają sobie, do czego z nauki KK stosuję się, a do czego nie; śmieją się z nauk przedmałżeńskich, ale oczywiście ślub kościelny biorą; to o nich pisał Czerski w Ojciec odchodzi). Ale ci ludzie, ci jedyni katolicy, których szanuję, wychodzą od zupełnie innych założeń niż ja i w związku z tym dochodzą do wniosków, których ja nie mogę przyjąć.

I jeszcze dla równowagi poczytałam też wyrozumiały, tolerancyjny, wręcz dobrotliwy Tygodnik Powszechny (z punktu widzenia RM szatańsko liberalny), parę artykułów na niezastąpionej Wikipedii (o historii KK) i trochę Biblii (tej online, oczywiście).

Niestety. I im bardziej się zagłębiam, tym wyraźniej widzę, że katolicyzm to nie moja bajka.

Lektura Racjonalisty też robi mi gorzej, ale gdy ateista mówi bzdury, to są to jego bzdury prywatne, bo nie ma czegoś takiego jak oficjalne stanowisko ateistyczne, natomiast gdy bzdury mówi katolik i bzdury te są zgodne z nauczaniem Kościoła, to zaczynam chcieć wypisać się z tego interesu.

Świadków do apostazji znajdę bez trudu. Wszystkie potrzebne informacje też mam. Muszę jedynie wykrzesać z siebie odrobinę okrucieństwa, żeby znieść żal w głosie swoich rodziców i wyrzuty sumienia z powodu żalu rodziców K., którego oczywiście usilnie namawiam do tego ostatecznego kroku, skoro ateistą się głosi (większa część reszty naszych rodzin też pewnie popuka się w czoło, ale to już ich problem). K. ma jeszcze skrupuły, ja już właściwie nie; myślę, że bardziej humanitarne będzie pozbawienie ich niemożliwych do ziszczenia nadziei.