Tag Archives: Azja

O pewnej księdze

Wyobraźcie sobie kraj, w którym najważniejszym przedmiotem w szkołach jest ten, na którym naucza się o pewnej księdze. Kraj, w którym znajomość owej księgi jest warunkiem sine qua non niemalże wszystkiego. Kraj, w którym księdze tej buduje się pomniki, w którym na księgę tę się przysięga, w którym księga ta znajduje się w każdym pokoju hotelowym i leży na każdym biurku każdego prezentera telewizyjnego. Kraj, w którym o księdze tej nie można powiedzieć nic złego, by nie znaleźć się w więzieniu. Bo księgę tę napisał przywódca tego kraju.
A systemem politycznym w tym kraju jest, a jakże, republika prezydencka. A legalnie działająca partia jest tylko jedna.
I kraj ten ma duże złoża bogactwa naturalnego, lecz ludzie są bardzo biedni. Nie mają publicznej opieki zdrowotnej. Nie są wykształceni. Nie są wykształceni, bo szkoły uczą ich o jednym – o owej księdze, napisanej przez przywódcę tego kraju.
Więc przywódca tego kraju otacza się specjalistami z zagranicy.
A ponieważ kraj ten ma duże złoża bogactwa naturalnego, interesy chce z nim i w nim robić wiele korporacji. By kontrakt uzyskać, nadskakują przywódcy, jak mogą i tłumaczą wspomnianą księgę na narodowe swoje języki lub takie, na które księga przetłumaczoną dotąd nie została. I kontrakty dostają.
Brzmi trochę jak z Orwella? Tymczasem kraj ten istnieje naprawdę.
To Turkmenistan.

Przeczytałam właśnie książkę, inną książkę – choć w języku polskim Ruhnama, księga, o której piszę wyżej, również jest dostępna (dzięki uprzejmości PGNiG, podobno) – książkę Arto Halonena i Kevina Fraziera, twórców filmu, którego trailer powyżej, książkę o tym, o czym jest i film. Firmy z całego świata, również z tych krajów, gdzie, wydawałoby się, poszanowanie praw człowieka jest kwestią bezdyskusyjną, robią interesy z krajami / w krajach, gdzie prawa człowieka, jeśli istnieją, to tylko na papierze i w deklaracjach. Robią interesy, zapewniając, że prędzej czy później przyniesie to korzyści także mieszkańcom owych krajów, inwigilowanym, dyskryminowanym, zastraszanym, prześladowanym, torturowanym, mordowanym. Firmy zapewniają, lecz sytuacja w krajach nie poprawia się, co gorsza, firmy przejmują niektóre praktyki rządów tych krajów… Przykłady? Ja je sobie daruję, bez liku ich w W cieniu świętej księgi.

Oczywiście, żadna książka sama w sobie nie może być zła i Ruhnama też zła nie jest. Ale jej autor gnębił swój naród bardzo skutecznie, używając do tego również tej książki. Używam czasu przeszłego, ponieważ autor ów i prezydent już nie żyje, ale nie łudźcie się – z nowego też jest kawał skur…

To, o czym opowiadają Halonen i Frazier, z trudem mieści mi się w głowie (i dlatego nawet nie próbuję tego streszczać). Złych ludzi u władzy zapewne nigdy nie brakowało, nie brakuje też ludzi, gotowych dla pieniędzy zrobić wszystko; wielkie koncerny w dążeniu do zdobycia lukratywnego kontraktu „tylko” tłumaczyły Ruhnamę i zapewniały o dobru, jakie wypłynie z ich działalności w Turkmenistanie i na świecie (bo przełożywszy Ruhnamę na kolejny język, udostępniały ten kawałek turkmeńskiej kultury kolejnym czytelnikom), ale kontrakt otrzymawszy, w bardziej bezpośredni sposób wspierały dyktaturę, na przykład wykonując dla Turkmenistanu system do permanentnej inwigilacji obywateli (przypadek Siemensa). Najbardziej jednak zdumiewa mnie to, że firmy, które tak postępowały (postępują?), to nierzadko firmy, które z własnej, nieprzymuszonej woli przygotowały swoje kodeksy postępowania, a w nich pisały o prawach człowieka jako prawach najwyższych, wymagających poszanowania bez wyjątków, zapewniały o swojej dobrej woli i poczuciu obowiązku, i zobowiązały się nie tylko do przestrzegania prawa, ale postępowaniu moralnym również w sytuacjach, których prawo nie sięga. Zrobiły to wszystko – a gdy pomęczyć je pytaniami o ich interesy w Turkmenistanie, jak czynili to Halonen i Frazier, odpowiadały: przecież nie ma zakazu, nie ma embarga na Turkmenistan.
Pic na wodę fotomontaż.

Cóż, książka W cieniu świętej księgi nie jest lekturą przyjemną, podobnie jak wiele innych świetnych książek non-fiction, cóż, na pewno nie żyjemy na najlepszym ze światów, cóż, kto chce mieć spokój i czyste sumienie, niech po książkę Halonena i Fraziera na sięga.
Ja tymczasem spróbuję zdobyć ich film.

(Arto Halonen, Kevin Frazier, W cieniu świętej księgi, przeł. S. Musielak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010)

Reklamy

Herbatka, herbatka

Popołudniowa herbata w babskim gronie. O czym panie rozmawiają? O mężczyznach, o romansach, o mężczyznach, o seksie, o mężczyznach koleżanek, o miłości…
To nie Lejdis, ale komiks Wyszywanki Iranki Marjane Satrapi (tak, tej od Persopolis).

Do popołudniowej herbatki komiksowa Marjane siada wraz z mamą, babką, ciotkami i kuzynkami. Mężczyznom – wstęp wzbroniony. Bo w wietrzeniu duszy, jak te pogadanki zwie babka Satrapi, mężczyźni tylko przeszkadzają.
(Ale to nie tak, że komiks jest antymęski, po prostu przedstawia różne podejścia kobiet do mężczyzn, w tym także te uprzedmiotawiające mężczyznę, tak dla odmiany, wszak zwyczaj każe, żeby uprzedmiotawiać kobietę.)

Miło i przyjemnie, choć… nie do końca. Nie zapominajmy, że jesteśmy w Iranie. Rodzina Satrapi jest raczej liberalna, ale w ich opowieściach o znajomych przewijają się bardzo bolesne tematy – zamążpójście w wieku trzynastu lat, małżeństwo z mężczyzną, wybranym przez rodzinę czy utrata dziewictwa przed ślubem. A tytułowa wyszywanka to żaden tam niewinny patchwork, lecz zabieg, mający na celu odtworzenie błony dziewiczej.

Ale Iran nie jest wcale tak odległy od Polski – u nas też istnieją wyszywanki, a podejście do tematów miłości czy seksu jest bardzo podobne (czyt. podobnie różnorodne) jak u bohaterek komiksu Marjane Satrapi.

Wyszywanki – jak to komiks – mają tę wadę, że czyta je się w mgnieniu oka. Na szczęście z pewnością będę do nich wracać. (Rechotałam się przy co drugiej stronie, to mówi samo za siebie.)

(Marjane Satrapi, Wyszywanki, tłum. W. Nowicki, Wydawnictwo POST, Kraków 2008)


Azjatyckie klimaty

Zaczęło się od tego, że…
Właściwie nie pamiętam, od czego się zaczęło.

Azja jest daleka, nieznana, obca, egzotyczna – więc i fascynująca. Podczas studiów mogłam chodzić na lektoraty japońskiego lub chińskiego; mogłam teoretycznie, bo rok w rok kłóciły się z moimi planami zajęć. Może gdybym chodziła, Azja zmieniłaby się w pasję?
Chętnie oglądam filmy Kurosawy, z przyjemnością czytam o Azji, nie pogardziłabym podróżą do Japonii, ale pasjonują mnie inne rzeczy. Choć zapytana o swój ulubiony film, żongluję w głowie kilkoma tytułami: koreańskiego filmu o mnichach buddyjskich i dwóch amerykańskich – akcja jednego z nich toczy się w Tokio, bohater drugiego grywa w go; choć uwielbiam anime; choć buddyzm to jedyna religia, która wydaje mi się interesująca (o ile w ogóle można nazwać go religią).

Jakoś tak wyszło, że grywamy w RPG. Po kilku miesiącach gry w Zew Cthulhu, zaczęliśmy wizytować jeszcze jeden świat – wzorowany na feudalnej Japonii Rokugan z Legendy Pięciu Kręgów. Topazowe Mistrzostwa zaliczone, ba!, wygrane, katana i wakizashi zawsze przy sobie, pojedynki jaijutsu, honor, honor, honor ponad wszystko, ceremonie parzenia herbaty, no i sake…
Lektura książki czy seans filmu to nic w porównaniu do sesji RPG.

Podoba mi się ten klimat.
Na pewno będę często korzystać z zestawu do Kung-Fu Cha.
I na pewno wrócę do Horai.


Prezent

Wyobraźcie sobie: dostaję prezent – wielkie pudło – rozpakowuję i wyciągam takie coś:


Pozostałe elementy pozwoliły domyślić się przeznaczenia podarku, ale na wszelki wypadek zostałam obdarowana także instrukcją obsługi.

Czym okazał się być prezent? Zestawem do Kung-Fu Cha, czyli chińskiej sztuki parzenia herbaty.


Nawet nie wiedziałam, że coś takiego można kupić!

Właśnie takie prezenty są najlepsze – nie coś, o czym marzymy, ale coś, o czym nie przyszło nam do głowy zamarzyć.

To było przedwczoraj. A dziś została wypita pierwsza herbata.


I rzeczywiście, Punkty Pustki wróciły.