Tag Archives: Bałkany

Baśń o kozach

Każda powieść traktuje o tysiąc pięciuset różnych rzeczach, prawda? Więc Czasy kóz Luana Starovy są o:
– kozach,
– Bałkanach,
– Skopje,
– komunizmie,
– ogólniej: ustroju totalitarnym,
– emigrantach,
– dzieciach…

Dzieci. Dzieci żyją w najuboższej dzielnicy stolicy jednej z jugosłowiańskich republik, gdzie, będąc emigrantami, postrzegane są jako inne, obce. Ich rodzina stanowi jedną z biedniejszych nawet tam, więc dzieci przyzwyczajone są do śmierci; co jakiś czas tracą najmłodsze z rodzeństwa.
Jedno z tych dzieci, chłopiec – alter ego autora, jak powiadają – to narrator Czasów kóz.

Cała opowieść zaczyna się w chwili, kiedy na zaproszenie komunistycznych władz pasterze wraz ze swoimi kozami schodzą z gór i wprowadzają się do miasta.
Kozy, skoro pojawiają się w mieście, stają się solą w oku komunistycznych władz. Bo jak to tak? Pasterze mieli stać się klasą robotniczą! Tymczasem nie dość, że do domów, które zorganizowały im władze, wprowadzili się wraz z kozami, to jeszcze zarazili koziomanią mieszkańców miasta (cóż, ludzie szybko zaobserwowali, iż rodziny, które posiadają kozę, żyją dostatniej).
Koza to zwierzę właśnie biedoty – nie potrzebuje wiele, a dostarcza życiodajnego mleka (przymiotnik życiodajne należy potraktować dosłownie). I dlatego w końcu kozy posiadają praktycznie wszyscy mieszkańcy owej najuboższej dzielnicy, a sama dzielnica jest zwana Kozaar malo (czyli po prostu Kozią dzielnicą).
Także nasza rodzina, rodzina emigrantów, w końcu kupuje kozę, co znacznie poprawia jej sytuację.

Władze długo zastanawiają się, co zrobić z kozami, ale wszyscy – także dzieci – wiedzą, że prędzej czy później komunizm wypowie kozom wojnę. Bo kozy nie pasują do komunistycznego ustroju. Gorzej, kozy rujnują ustrój komunistyczny.

I w końcu stało się. I wojna to była straszliwa:

Miasto otoczone było wojskiem i policją. Miejsca wylotowe i przejścia graniczne ściśle kontrolowano. Drukowano obwieszczenia, plakaty, listy gończe ze zdjęciami Czangi [przywódca pasterzy] i naczelnych kozłów. Obiecywano nagrody. Pomyślano o wszystkim. Czanga mógł przecież uciec z kilkoma kozami i capami, ukryć się gdzieś, a później, w innych czasach, powrócić do miasta i doprowadzić do rozmnożenia kóz.
Wszystko należało przewidzieć!
Pod znakiem zapytania znalazły się osiągnięcia rewolucji.
Zagrożony był socjalizm!

Zabawne? Owszem. Ale o wiele bardziej straszne. Bo czy nie jest straszna każda święta wojenka w obronie idei?

Skąd więc ta baśń w tytule wpisu? Bo mimo wszystko powieść Starovy bardzo baśń mi przypomina. Po pierwsze, historia czasu kóz opowiedziana jest z perspektywy chłopca i to opowiedziana bardzo prostym językiem, jak gdyby narrator, będąc już dorosłym, dzielił się wspomnieniami z dzieciństwa ze swoimi własnymi dziećmi. Po drugie, nie padają prawie żadne daty ani nazwy miejscowości czy krajów (czas i miejsce są tak naprawdę ściśle określone, ale opisowo nazwane). Po trzecie wreszcie, opowieść ma baśniowy schemat: smutne dzieciństwo – lepsze czasy – tragiczne zdarzenie – i end, trochę happy, a trochę nie.
Właśnie takie baśnie lubię.

Podsumowując, Czasy kóz mają u mnie piątkę z plusem, ale także ponoszą winę, winę za to, że do swojej listy miejsc, które muszę odwiedzić, dopisałam Skopje.

(Luan Starova, Czasy kóz, przeł. D.J. Ćirlić, Oficyna 21, Warszawa 2005)

Reklamy

Sahib i Sakib

Minęło ładnych kilka dni, odkąd skończyłam czytać Sahiba Nenada Veličkovicia, a wciąż nie wiem, co o tej książce napisać.
Jedno jest pewne – czegoś takiego jeszcze nigdy nie czytałam.

Przez ‚coś takiego’ rozumiem:
– powieść pisarza bośniackiego,
– powieść w formie maili,
– powieść, której bohaterem jest urzędnik misji ONZ,
– *.

Urzędnik ów – Brytyjczyk, gej, ślący maile do swojego chłopaka – to tytułowy Sahib, pan. Przyjechał do Sarajewa tylko dlatego, że to niezła fucha. Bośnię uważa za dzicz, wszystko tu go dziwi i odstręcza. Jako tako interesuje się miejscowymi zwyczajami tylko dlatego, że wpadł na pomysł napisania książki o Bośni. I że poczuł coś do swojego szofera, Bośniaka, profesor uniwersytetu, który jednak posadę na uniwersytecie stracił. Szofer – Sakib, sługa – jest lepiej od niego wykształcony, inteligentniejszy i… sympatyczniejszy. I to on jest, w moim odczuciu, głównym bohaterem tej książki.

Nasz Brytyjczyk nie jest „na misji” wyjątkiem – z całej międzynarodowej ekipy tylko jedna osoba wydaje się być naprawdę zainteresowana pomocą Bośniakom. Wśród pozostałych budzi zdziwienie i podziw, bo nie boi się chodzić do pracy na piechotę. Nic więc dziwnego, że szofer zarzuca reszcie Europy, że ma Bośnię gdzieś.

Już Ci pisałem, że nasza misja nie polega na wspomaganiu ofiar wojny w Bośni, ale na tym, by odesłać z powrotem uchodźców przygarniętych przez Unię Europejską, którzy zbyt długo żyją z naszej pomocy społecznej.

Powieść jest wybitnie komediodramatyczna. Sahib jest tak głupi i zadufany w sobie, że nie może nie śmieszyć. Jednak z drugiej strony, podejście pracowników misji do swojej pracy wywołuje rozpacz. Co gorsza, podobno tak jest naprawdę.

*Nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta książka powstała z rozpaczy…

(Nenad Veličković, Sahib, przeł. D.J. Ćirlić, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007)