Tag Archives: blog

Porto, mrrrau

Oł je je, nareszcie ciepłe słowa o trunku z Biedronki na – ostatnimi czasy – moim ulubionym blogu degustacyjno-krytycznym, tj.  dotrzechdych.pl. Cóż więc innego uczynić mogłam niż wziąć K. i udać się w podskokach do najbliższego owadziego sklepu? A tam – uuu, eee i rozczarowanie. Bo ani jednej buteleczki Casato d’Alojsa. Jak również ani jednej buteleczki innych biedronkowych win o pozytywnych opiniach. Na osłodę wzięliśmy więc dobrze już nam znane biedronkowe Porto.
Bo biedronkowe Porto dobre jest. Serio-serio.

W ogóle Porto to moje odkrycie tej zimy.
Wcześniej nie miałam okazji próbować. Spróbowałam pierwszy raz – i posmakowało. Bardzo. Bo że posmakowało w ogóle – to żadne zaskoczenie, nie łudźmy się, smakuje mi większość (rodzajów) alkoholi.
Najpierw trafił mi się Sandeman Ruby z bezcłówki, potem Tawny z Biedronki, potem Osborne Late Bottled Vintage znowuż z bezcłówki (bezcłówki rulez). Mam więc jakieś tam porównanie. I z całą pewnością mogę powiedzieć: uwielbiam Porto.
Na zimę nie ma nic lepszego. Słodkawe toto, ale bez przesady, trącające czereśniami (a czereśnie = lato!) i aksamitne, przyjemne takie… Krótko mówiąc, mrrrau.

Osborne Porto Late Bottled Vintage 2005

Na razie rządzi Osborne LBV. Co niuch, co mlasknięcie, to nowy niuans smakozapachu. Flaszka z Biedronki jest znacznie nudniejsza, ale słodycz i czereśniowość ma, a przy tym nie żal ją wychłeptać w okolicznościach mniej sprzyjających degustacji – podczas sesji RPG czy do eksperymentalnej przystawki z oliwek, mało do Porto pasującej (ale do niektórych innych win prawdopodobnie pasującej bez pudła, więc polecam przepis – na tej czerwonej karteczce, wyciętej z opakowania ziół prowansalskich, trzeba sobie tylko powiększyć fotkę).

Oliwki

(A cała ta notka jest właściwie tylko po to, żeby zaapelować: Ludzie, kupujcie Porto! Choćby z Biedronki :))

Reklamy

Jak pięknie jest żyć, jeżeli urodziłeś się tutaj

Umrzyj. Najlepiej zgiń jakoś tragicznie. Będą cię wielbić – gwarantuję.

Bycie poruszonym śmiercią osoby publicznej – piosenkarza, siatkarza, papieża, prezydenta – świadczy o byciu wrażliwym, uczuciowym, dobrym. Wzruszam się, więc jestem dobrym człowiekiem. Stąd – moim zdaniem, oczywiście – ten fenomen świeczek [‚], czyli publicznego przeżywania śmierci osoby publicznej. Ktoś umarł? Mogłam go nie znać, mogłam go nie lubić, ale wrzucę „świeczkę” w opis GG, żałobny obrazek na nk i stosownego demota, dołączę też do grupy na Facebooku i napiszę coś mądrego na jakimś forum / blipie / flakerze / Śledziku / Facebookowej tablicy. Coś mądrego, czyli Śpieszmy się kochać ludzi… Tak szybko odchodzą…, ewentualnie Niech spoczywają w pokoju.

Ja przeżywam, ja jestem lepsza niż ci, którzy zachowują dystans – cynicy, szydercy, chamy.
I nawet nie próbuj mnie krytykować!

Ludzie (uwaga, to uogólnienie!) z tej rozpaczy stali się bardzo refleksyjni, ale jest to refleksyjność płytka, powtórkowa, bezmyślna (ot, taki paradoks) – bo powtarzają utarte zwroty, wyświechtane cytaty, tak często w podobnych – ale przecież innych – sytuacjach przytaczane, że zatraciły swój sens, treść, znaczenie, a nierzadko w ogóle nijak nie pasują do tego zdarzenia. Jeśli spróbować je przeanalizować – a ja mam do całej tej niecodziennej sytuacji tak duży dystans, że analizuję – to są po prostu… głupie (żeby nie powiedzieć, że śmieszne).

Nie dziwię się, że banały mówią i piszą politycy (vide strona www Olechowskiego i blog Girzyńskiego); oni znali ludzi, którzy zginęli w katastrofie TU-154 w Smoleńsku, niektórych pewnie znali bardzo dobrze, niektórych pewnie bardzo szanowali, a zamiast niektórych sami mogli znaleźć się w samolocie – gdybym była na ich miejscu, pewnie byłabym w ciężkim szoku i naprawdę brakowałoby mi słów. Ale czemu ogłupieli zwykli ludzie, którzy często ofiary tej katastrofy znali jedynie z mediów, a nawet wyrażali się o nich nieszczególnie pochlebnie (delikatnie mówiąc)?

Nie uważam, aby ludzie (uwaga, wciąż uogólniam), publicznie przeżywając tę katastrofę, udawali swoje poruszenie. Jestem pewna, że naprawdę są w lekkim szoku. Na co dzień nie przyzwyczajeni do głębszej refleksji, swoją potrzebę bycia uduchowionym, wrażliwym, dobrym zaspokajali najprościej jak można – słuchaniem Feel, czytaniem Coelho (to nie mój pomysł – gdzieś kiedyś wyczytałam teorię, że Coelho ma takie powodzenie właśnie dlatego, że jest lekkostrawny, ale pozornie głęboki, dzięki czemu jego czytelnicy, czytając go, czują się lepszymi ludźmi) i wzruszaniem się na ckliwych filmach, nie mają przemyśleń o świecie i mocno zaskakuje ich zdarzenie, pokazujące (bądź sugerujące, jeśli się wierzy w osobowego Boga), że świat nie jest reżyserowany, a za zdarzeniami nie kryje się żadna logika i nawet najważniejsze osoby w państwie mogą umrzeć, na dodatek w drodze na obchody rocznicy jakiegoś ważnego dla kraju wydarzenia. Innymi słowy, śmierć „nie patrzy”, czy „nadchodząc” w tym a nie innym momencie zepsuje jakiś scenariusz.
(Jako mgr filozofii mam dużo różnych teorii, własnych lub zapożyczonych; mam też taką, według której ludzie w ogóle chętnie wierzą w osobowego Boga, bo osobę można przebłagać, by do czegoś nie dopuściła, coś uczyniła, w czymś pomogła i tym podobne, a z prawami natury trudno dyskutować.)

Ten ogólny niski poziom refleksyjności sprawia, że dorośli, inteligentni ludzie, odczuwając coś, nie potrafią tego zanalizować, określić, nazwać i wypisują takie bzdurki (a tu źródło):

To niewiarygodne, bez względu na to jakie są moje zapatrywania polityczne … rozpłakałam się. Usiadłam i zaczęłam się zastanawiać co jeszcze mnie czeka.
Nie ogarniam pewnych sytuacji.
Nie ma Jana Pawła II …
Nie ma Prezydenta …
Kto następny?
Co następne?
Polska się kruszy, rozpada … teraz tylko czekać kiedy wybuchnie.
Tym samolotem leciało 96 osób (na razie są sprzeczne informacje), ludzi, pojedynczych istot będących dla najbliższych całym światem. Każda tragedia mną wstrząsa, szczególnie lotnicza, bo panicznie boję się latać … ilu z nich też bało się latać? Ilu leciało, bo lecieć wypadało? Przecież byli w pracy. Ilu z nich krążąc czwarty raz nad smoleńskim lotniskiem wiedziało już, że ten lot zakończy się ich śmiercią?

Dokładnie 70 lat temu w lasach katyńskich rozstrzelano elitę intelektualną … dziś te lasy pochłonęły elitę polityczną naszego kraju, przedstawicieli rządu i Wojska Polskiego.
To przeklęte miejsce.
Miała być zwyczajna sobota, a 10 kwietnia 2010 r. przechodzi do historii Polski i Europy.
W lasach katyńskich modlą się właśnie za zmarłych 70 lat temu … i za zmarłych dziś rano.
W radiu muzyka bez słów.
W myślach czarno białe zdjęcie Pary Prezydenckiej.
Mnóstwo refleksji się nasuwa.
A łzy same napływają i kapią na śniadanie, które dziś spóźnione …

Poza żałobą narodową, nie ma związku między śmiercią Jana Pawła II i Lecha Kaczyńskiego. Śmierć ani jednego, ani drugiego nie może spowodować szkód w Polsce (gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że w przypadku tego drugiego należałoby raczej mówić o korzyściach). O wiele „łatwiej” zginąć podczas jazdy samochodem niż lotu samolotem (choć w przypadku TU-154 ta różnica jest nieco mniejsza), poza tym w tej akurat sytuacji, jak się wydaje, pilot przecenił swoje możliwości (albo ktoś przecenił jego). Że chodzi o Katyń – ot, tak się przydarzyło…
W całym tym długim tekście tylko jedno zdanie ma – znowu, oczywiście, moim zdaniem – sens, to o najbliższych ofiar. Ale królestwo za odpowiedź na pytanie, dlaczego współczucie dla rodzin ofiar tej katastrofy, a nie dla rodzin ofiar wypadków drogowych z ostatniego tygodnia?
Jestem pewna, że autorka, pisząc to, odczuwała dużo i intensywnie, być może nawet ciekawie dla postronnej osoby, ale ukryła to pod Mnóstwo refleksji się nasuwa.

Do tej niskiej refleksyjności dochodzi przekonanie, że Polska jest krajem-ofiarą, nieustannie doświadczanym rozmaitymi cierpieniami, tym nieszczęsnym Chrystusem narodów.

Zadziwiająca jest zbieżność okoliczności, dat, rocznic, powtarzalność historii i męczeński charakter naszych dziejów.

Jesteśmy Narodem Wybranym. Poza Żydami nie znam drugiego tak, tu brak mi słowa, metafizycznego narodu. Jakby jakaś cienka granica łączyła nas z innym światem. Te wszystkie prawidłowości, powtarzalność i w gruncie rzeczy niesamowita przewidywalność polskiego męczeństwa przerażą.

Przerażają nawet liczby.

Katastrofa określana słusznie mianem największej niewojennej tragedii Polski w historii miała miejsce dokładnie w siedemdziesiątą rocznicę największego zbiorowego mordu jakiego dokonano na polskiej elicie, dokładnie w tym samym miejscu.

11. listopada 1918 roku odzyskaliśmy niepodległość. W 20 lat i 10 miesięcy po tych wydarzeniach wybuchła II Wojna światowa. 20 lat i 10 miesięcy temu odbyły się w Polsce pierwsze demokratyczne wybory w powojennej historii. Z dokładnością niemal do jednego dnia.

5 lat temu zmarł Jan Paweł II. Zmarł dokładnie w sobotę poprzedzającą oktawę wielkanocną czyli w kalendarzu liturgicznym dokładnie 5 lat temu.

Jestem daleki od przesądów, staram się twardo stąpać po ziemi, ale czy taka zbieżność nie powinna zastanawiać?

(tutaj całość)

Ludzie uwielbiają symbolikę i dopatrują się jej gdzie tylko się da. Nic w tym dziwnego (czyt. zgadza się to z moją wcześniejszą teorią) – jest symbolika, jest więc jakiś sens, sens w tych wszystkich zdarzeniach, kryje się za nimi jakaś logika. Lepiej (przyjemniej) mieć poczucie, że żyje się w świecie logicznym, uporządkowanym, sensownym, niż w świecie przypadkowym, gdzie wszystko może się zdarzyć, gdzie może mnie dotknąć jakaś tragedia.

Łatwo wierzyć w miejsca przeklęte, symbolikę i mesjanizm polskiego narodu – tego nas uczą w szkole. Tak! Kończąc liceum, szczerze podzielałam tę wiarę – czytałam przecież Mickiewicza i Słowackiego, uczyłam się na historii o zaborach i powstaniach. Ale potem czytałam, czytałam i oglądałam – reportaże, powieści z „mniej popularnych” krajów europejskich, filmy różne a dziwne, zobaczyłam też to i owo, odwiedzając Słowację, Węgry, Rumunię… Historia Polski jest tragiczna, ale to samo o swojej historii mówią inne narody. I, jeśli o mnie chodzi, jestem skłonna przyznać, że kraje bałkańskie i kaukaskie dzierżą palmę „tragiczności”.
I stąd właśnie tytuł tej notki.

Od wczoraj Polacy zbiorowo cierpią, a media atmosferę cierpienia podkręcają. Ludzie nie zastanawiają się, co naprawdę czują – powtarzają za innymi utarte frazesy. A co się naprawdę stało? W katastrofie lotniczej zginęło kilkadziesiąt osób. To się zdarza – nie codziennie, ale się zdarza. Wyjątkowe jest to, że były to osoby, zajmujące bardzo ważne stanowiska w kraju. Wyjątkowe – wyjątkowo głupie, jak się wydaje – były też okoliczności. Jeśli ktoś uważa, że ofiary były fachowcami w swoich dziedzinach, nie dziwię się, że rozpacza. Ale ja – i pewnie nie tylko ja – takiego przekonania nie podzielam.

Nie widzę powodów do rozpaczy. W Polsce jest całkiem dobrze, naprawdę – mamy własne niepodległe państwo, w przeciwieństwie do Czeczenów, nie ma u nas wojny, jak w krajach afrykańskich, nie rządzą nami fanatycy, jak w Iranie, nie ma u nas cenzury, jak w Chinach i nie musimy się obawiać innego kraju, który tylko czyha, by nas napaść, jak Gruzini. W konflikcie w Darfurze, ciągnącym się od 50 lat, codziennie ginęło więcej ludzi, niż zginęło wczoraj w Smoleńsku (oczywiście licząc średnio, a jako źródło posłużyła mi Wikipedia).

Fajnie, że ludzie chcą się czuć ludźmi dobrymi, ale szkoda, że ograniczają się do [‚] i współczucia od wielkiego dzwonu – mogą codziennie klikać w brzuszek Pajacyka, mogą wziąć zwierzaka ze schroniska, mogą wpłacić pieniądze na chore dziecko, mogą czytać i pomagać, mogą wziąć udział w akcji AI… Możliwości są miliony.
Ale niewielu się chce.

PS A Demotywatory rządzą ;)


To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi…

Nie tak dawno temu napisałam:

A dla mnie apostazja to tylko i aż logiczna konsekwencja przekonań. To, co reprezentuje sobą instytucja, do której zostałam zapisana jako dziecko, nie pasuje mnie, osobie dorosłej, więc się z tej instytucji wypisuję. Proste. Tkwienie w tejże instytucji byłoby niespójnością pomiędzy tym, co mówię, a tym, co robię.

Oto dziś znalazłam coś, co może stanowić inne sformułowanie tegoż, tj. powodu, dla którego chcę apostazji. Sformułowanie, powiedziałabym, katolickie. Bo na blogu księdza odnalezione i będące niczym innym jak cytatem NT wraz z komentarzem.

Jezus powiedział do swoich uczniów: Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy /wszystko/ się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze? Żaden sługa nie może dwóm panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie. Słuchali tego wszystkiego chciwi na grosz faryzeusze i podrwiwali sobie z Niego. Powiedział więc do nich: To wy właśnie wobec ludzi udajecie sprawiedliwych, ale Bóg zna wasze serca. To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi, obrzydliwością jest w oczach Bożych.
– (Łk 16,9-15)

Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Przysłowie zgrabne, lecz całkowicie nieprawdziwe. Nie można wierzyć tylko trochę. Nie ma tu rozwiązań pośrednich, kompromisów. Chyba że chcemy usłyszeć mocne słowa: „To wy właśnie wobec ludzi udajecie sprawiedliwych, ale Bóg zna wasze serca. To bowiem, co za wielkie uchodzi między ludźmi, obrzydliwością jest w oczach Bożych.”
ks. Karol

Cóż, ja rezygnuję ze świeczki dla Boga. I chcę być w tym konsekwentna.


Ja, mnie, moje

Wtyczka do Firefoxa (tak, nie przerzuciłam się na Operę) Read It Later pozwala mi szybko prześlizgiwać się po zawartości Czytnika Google, pomimo tych stu blogów, które za jego pomocą śledzę. To, co mnie najbardziej interesuje zaznaczam i zostawiam na późniejszą, spokojniejszą lekturę.

Gdy nastąpi owo później i spokojniej, siadam na sofie – nogi kładę na stolik, kawę kładę na stolik, notebooka (mój ssskarbek…) kładę na kolana – i jazda: recenzja książki o Krakowie, wpis na temat Jana Patočki, i tak dalej, i tak dalej, i Matyldowa recenzja Małża
Jakbym dostała po głowie.

Ona rozgoryczona (…) na fakt, że do żadnej pracy się nie nadaje, na zblazowaną rzeczywistość, w której reklama i komercja wkrada się, a może nawet uzurpuje sobie prawa, do zawładnięcia życiem każdego człowieka. Dziewczyna nieszczęśliwa, nie pasująca do goniącego za pieniądzem świata, nie pragnąca kariery w wielkiej korporacji, mająca nieco szalone pomysły, zbyt wrażliwa na zimną i nieczułą rzeczywistość. Ale też nie mająca żadnego pomysłu na siebie. Ot, takie duże dziecko, niezadowolone, że zostało samo w piaskownicy, a inne dzieci wzięły swoje zabawki i poszły na inny plac zabaw,

pisze Matylda i ja nagle jeszcze bardziej chcę tę książkę przeczytać, i zaczynam się zastanawiać, dlaczego.
Na ile te słowa pasują do mnie? Na ile pasowały trzy miesiące temu?
A może nie pasują wcale, może chcę zetknąć się z bohaterką, by poczuć swoją nad nią wyższość?

Czy mogę posiadać dwie sprzeczne z sobą cechy jednocześnie?
Co za głupie pytanie! Przecież wiem, że mogę.

Dziś nie, zdecydowanie nie mam nic wspólnego z tym opisem. Ale dawniej… Ale czasami…
Źle to czy dobrze?
Ma to znaczenie?

Czy ja mam pomysł na siebie?
Sądzę, że mam. Myślę, że mam. Wydaje mi się, że mam.
Mam nadzieję, że mam.

Posiadam dwie różne wizje siebie.
Która jest prawdziwa?


To był kwiecień, pachniała Saska Kępa…

Gdy zaczynałam blogować, nie przyszło mi na myśl, że pisanie bloga to sposób na poznawanie nowych ludzi. Nigdy mi na tym nie zależało – i nadal nie zależy – ale, muszę przyznać, spotkanie w rzeczywistości kogoś, kogo „zna się” z bloga, jest naprawdę przyjemne.

A ja w czwartek spotkałam trzy osoby.

1. Jego Najstrukturalniejszość RaVa, który to winien jest temu, że tym razem jechałam do Krakowa przez Warszawę, który niecnie wzbudził we mnie zainteresowanie slamem, który zaprowadził do Kulturalnej, w nocy odstąpił swoje łóżko, następnego dnia odstawił mnie i moje bagaże na dworzec, a na dodatek pożyczył mi książki!

2. Jego Zamyśloność Staszka, który to rozwiał w wyżej wspomnianym wszelkie wątpliwości co do zasadności występu, dzięki czemu mogłam tak jednego, jak i drugiego ujrzeć sla-mu-ją-ce-go. Bezcenne.

3. Jej Pięknookrętowość Chyba-Sobie-Na-Czole-Wytatuuję-Że-Nie-Gryzę Mrs Dalloway, która oczywiście nie gryzie, która gust slamowy ma skrajnie odmienny ode mnie (gdy głosowałyśmy my, to zawsze na różnych poetuff), która zainspirowała nasz boski nocny spacer po Warszawie i której nie poprosiłam o opowiedzenie dowcipu, czego chyba nigdy sobie nie wybaczę.

Miło było. Bardzo.