Tag Archives: dorosłość

Tylko chory jest naprawdę zdrowy

Gdy się w mych myśli pogrążam otchłani
Widzę jak wszyscy żałośni kapłani
Szerząc (nie)święte (pół)prawdy swej wiary
Z ludzi chcą zrobić bezbronne ofiary
wtedy mam pewność, że z bezdennej czerni
VEXILLA REGIS PRODEUNT INFERNI

Gdzieś dwa narody w walkach niekończących
Wciąż się mordują z przyczyn wkurwiających
Jedni się drugim pokazać starają
Jak swoją wiarę głęboko wyznają
Jednakże wcale nie są bogu wierni
VEXILLA REGIS PRODEUNT INFERNI
– William Blake

Wypisałam się na ten tydzień ze świata, ukryłam za ścianą mgły, zaszyłam w małym mieszkaniu, z którego okien widać szaroburorude łąki. Spałam do południa. Słuchałam muzyki. Głaskałam Kotę. Zgubiłam ironię. Milczałam. Myślałam.
(Ale tak tylko do popołudnia, bo tak to już jest, że jak się mieszka z drugim Człowiekiem, to ten Człowiek, choćby nie wiadomo jak bardzo był kochany, mimo wszystko wytrąca z własnych myśli i rozprasza, a na dodatek jeszcze pochorowała się Kota i Kotę tę trzeba było wozić do weterynarza.)
I czytałam.
(A to już całe dnie.)

W moje ręce wpadło Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk i świetnie wpisało w chorobowy-rozmyślony nastrój, w grudniową porę, w mój wegetarianizm, w przebudzoną ostatnimi czasy tęsknotę za filozofią i w decyzję o apostazji też.

Jestem zachwycona tą książką. Tym, że Tokarczuk nie opisuje świata, nawet do tego nie aspiruje, nie skupia się też na opowiedzeniu jakiejś konkretnej historii; po prostu pokazuje nam rzeczywistość, widzianą oczami Janiny Duszejko, nawiedzonej starszej pani (tak o niej mówią inni, ja chętniej nazwałabym ją współczesną czarownicą, tak bardzo odstaje od reszty), a sama historia, która się wydarza, wydaje się być do tego jedynie pretekstem.
Sposób postrzegania Duszejko w niektórych punktach jest mi przyjemnie bliski, w innych – kosmicznie odległy (astrologia?!), ale przyjaźnie – i do bohaterki, i do autorki, i do książki – nastawia mnie założenie, które zdaje się podzielać bohaterka i które przebija przez książkę, a w które głęboko wierzę ja sama: każdy człowiek inaczej świat postrzega, co nie znaczy, że każdy z nich nie może mieć racji. A zresztą, co tu ma do rzeczy racja?
I jeszcze, jeszcze jeden zachwyt. Prowadź swój pług przez kości umarłych to kryminał, ale taki kryminał, że wygląda na to, iż są trzy możliwe rozwiązania sprawy i każdy, zarówno książkowa postać, jak i czytelnik, może sobie wybrać, które jemu osobiście najbardziej odpowiada. Jeszcze nie skończyłam czytać, ale mam nadzieję, że Tokarczuk pociągnie to do końca – nie wyjaśni wszystkiego. W końcu nazwanie książki cytatem z Blake’a zobowiązuje.

Już wyzdrowiałam, niestety. Trzeba mi wrócić do świata. Doczytać książkę, odzyskać ironię, wrócić do pracy, tryskać pomysłami, załatwić urlop, dopieścić portfolio, wysłać cefałki. Grać w te gry, które ustanowił świat. Już jestem dorosła, już się nie wymigam.
Pojechać na Święta do rodziców i cierpliwie tłumaczyć, że nie, dziękuję, nie będę jeść mięsa i ryb też nie, chociaż one postne.

– Czemu płacze? (…)
– Moje Suki zginęły. (…)
– Rozumiem ten ból – powiedział po chwili. – Ale to przecież tylko zwierzęta.
– Były moimi jedynymi bliskimi. Rodziną. Córkami.
– Proszę, niech nie bluźni – żachnął się. – Nie może mówić o psach, że były jej córkami. Niech nie płacze więcej. Lepiej się pomodlić, to przynosi ulgę w cierpieniu.
Pociągnęłam go za ten piękny czysty rękaw do okna i pokazałam mu cmentarzyk. Stały tam teraz smutno nagrobki przysypane śniegiem; na jednym z nich palił się mały lampion,
– Już się pogodziłam z tym, że nie żyją. Najprawdopodobniej zastrzelili je myśliwi, wie ksiądz?
Nic nie powiedział.
– Chciałabym móc je przynajmniej pochować. Jak mam przeżyć żałobę, nawet nie wiedząc, jak zginęły i gdzie są ich ciała?
Ksiądz poruszył się niespokojnie.
– Nie wolno traktować zwierząt jak ludzi. To grzech, to ludzka pycha – takie cmentarze. Bóg dał miejsce zwierzętom niżej, w służbie człowieka.
– Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych

A w ramach podtrzymywania owej chwilowo odzyskanej normalności zajmę się apostazją. Bo przecież nie jest tak, że zwierzęta są w służbie człowieka.

Reklamy

Revolutionary Road – film

Czytałam / słyszałam opinie kilku trzydziestolatków płci obojga na temat filmu (to ważne – filmu, nie książki), chyba wszystkie na plus, choć jedni byli zachwyceni, a innym tylko się podobało.

Mnie się podobało, ale ja nie mam trzydziestu lat.
I tu pytanie nr 1: Czy wiek widza naprawdę jest ważny?

Kilka wątków zaprzątnęło moje myśli. Ten o machnięciu ręką na marzenia mniej (może przerabiam to za często? może za wiele książek / filmów o tym mówi?), bardziej ten o szaleńcu – szaleniec jest wolny, może mówić prawdę, bo jego szaleństwo tłumaczy każde, nawet najdziwniejsze, zachowanie.
A dlaczego mówienie prawdy jest czymś nienormalnym? Bo tak jest przyjęte w społeczności. I tu pytanie nr 2: Czy tylko w społeczności, w której żyli April i Frank? Czy w naszej (mojej) też?

Przypomina mi się jedna konkretna powieść Dicka, chyba Klany księżyca Alfy, w której zostało powiedziane wprost: nikt nie jest całkowicie zdrowy psychicznie, ale jedni mieszczą się w arbitralnie przyjętej normie, a inni nie – i tych nazywamy szaleńcami, zamykamy w szpitalach i poddajemy leczeniu.
Pytanie nr 3: A gdybyśmy mieli inne normy?

Co by było, gdyby w normie nie mieścił się, dajmy na to, konserwatyzm? Powoływanie się na autorytety i umiłowanie tradycji leczyłoby się pigułkami? Uczucie nienawiści do osób homoseksualnych kwalifikowałoby do zamknięcia w szpitalu?


(fotografie: FilmWeb.pl)

Po filmie nabrałam ochoty na powieść Richarda Yatesa.
No i na Historię szaleństwa w dobie klasycyzmu, ale to nic nowego.

(Droga do szczęścia, reż. Sam Mendes, USA 2008)


20+

Nie ma rewolucji.

Kupiłam dzisiaj krem, który obiecuje, że ma moc rewitalizacji skóry pod oczami, a także sińców, wszystkiego… dogłębne działanie… zapewne przywraca też wzrok. 15 ml w pudełku, w którym zmieściłby się słoiczek ze 150 mililitrami. Włosy stają mi dęba na głowie, gdy pomyślę, że ludzie studiują, jak sprzedać mały słoiczek w dużym pudełku.

Czytam Darkroom Rujany Jeger, chadzam w t-shirtach z Garfieldem lub Judy Jetson, osłuchuję się z ostatnią płytą Tori, na półce w łazience mam nowy krem. Jeszcze 20+.

Co jakiś czas rozśmieszam się i krztuszę herbatą, ale comajowego wesoło w czubie i w piętach, a najweselej na skrętach już nie doświadczam.

Nie ma rewelacji.

Jestem do tyłu z mailami, z filmami, z książkami, z wszystkim, co się da.

Marzę o tym, by oddać się czytaniu do rana.


Wiosna i wino, i książki

W którymś z lokali w Zaułku Niewiernego Tomasza mają pyszne grzane wino, mówi P. Ta P., która chodziła ze mną na francuski, a teraz także mieszka w Krakowie.
Ale sezon na grzane wino już się kończy.

Siedzimy w Nowej Prowincji, przy stoliku pod oknem, na którym stoi sztuczny czerwony kwiat. Jest gorąco i tłoczno. Wczesny poniedziałkowy wieczór. Miło.
Okazuje się, że podobieństw między mną a P. jest więcej: najpierw irytujące szukanie jakiejś pracy (choć P. jest po stosunkach międzynarodowych), a teraz trzymiesięczny staż, mniej lub bardziej wiążący się z PR-em.
Tak, dorosłe życie bywa trudne.

Gdy wracam, kontempluję urodę ul. Szewskiej. Wspominam nie mniej urokliwą Szewską toruńską. Spotykam trzy koty i dwóch pijaków.

W domu jestem późno. Ale dobrze jest czasem wrócić (z pracy!) dopiero o dwudziestej pierwszej.

Żeby jednak nie było tak różowo, wypady na grzane wino – tak jak i wypady na kawoherbatę – mają swoje minusy: znowu nie mieszczę książek na półce.
A oto winowajcy:


Niektóre sny są dziwne

W dzisiejszym śnie wciąż mieszkałam w Toruniu i wciąż studiowałam. Filologię angielską, o dziwo. Chyba na drugim roku. W śnionej rzeczywistości czas był mniej więcej ten sam, co w realnym świecie, najwidoczniej więc na V roku filozofii rozpoczęłam drugi kierunek. Dziwne.
Ale miłe.
Choć z nauką języka angielskiego, dzięki liceum, mam jak najgorsze skojarzenia, choć we śnie zgubiłam swój telefon komórkowy, a moja niedoczynność tarczycy była jakąś poważniejszą sprawą (nawet spotkał się ze mną specjalista, aby namówić mnie na pobyt gdzieś tam, żeby toto leczyć), to sen był bardzo przyjemny. Owszem, śniony specjalista był młodym urodziwym blondynem, ale myślę, że to nie jedyny powód owej przyjemności. Po prostu studiować mi się chce…
Studiować, zamiast pracować. Choć o stałej pracy wręcz marzę, a wstawanie na ósmą rano jawi mi się szczęściem niebywałym.

Wciąż tak do końca nie wiem, co chciałabym robić w życiu. Kiedyś wiedziałam jedynie, czego robić nie chcę, teraz jest już o tyle lepiej, że mam jakieś tam pomysły. Ale tych pomysłów jest kilka, zamiast jednego. Czasami wydaje mi się, że z jedną, konkretną, wymarzoną, sprecyzowaną wizją samej siebie byłoby łatwiej…

A po dzisiejszym śnie przyszedł mi do głowy nowy pomysł. Nie, anglistyki nigdy studiować nie będę. Ale są inne filologie…
(Chociaż, kto to wie? Kiedyś mówiłam, że nie wchodzi w rachubę, bym pisała pracę magisterką z logiki – i co? I pstro, o!)


A co tam!

Jako że K. poleciał za morze, gdzie poluje na fiordy, ja mam zakaz oglądania dobrych filmów, których on jeszcze nie widział. Cóż, bywa. Obejrzałam więc Happy-Go-Lucky – słyszałam o nim dużo dobrego, nie przypuszczałam jednak, by mógł zainteresować K. Prawdopodobnie pomyliłam się, gdyż po pierwsze primo, Happy-Go-Lucky nie jest komedią romantyczną, po drugie zaś primo, zawiera wątek satanistyczny (tak! he, he, he). Wreszcie po trzecie – jest dobry. Lecz nic to, z przyjemnością obejrzę go raz jeszcze.

Happy Go Lucky
A pierwsze minuty tak mnie irytowały! Nie spodziewałam się drugiej Amelii, lecz pstrokato ubrana i wiecznie paplająca słodka idiotka Poppy, główna bohaterka Happy-Go-Lucky, o mało nie doprowadziła mnie do wyłączenia filmu. Na szczęście tego nie zrobiłam…

Pierwsze wrażenie to coś strasznego. Niestety, jest ważne i, niestety, zmusza nas do oceniania ludzi po pozorach. Kolorowy i moim zdaniem niegustowny ubiór głównej bohaterki (z wyjątkiem jednego, bodajże czerwono – zielonego zestawu, który bardzo mi się podobał), jej gadatliwość i częsty śmiech sprawiły, że odebrałam ją jako osobę głupiutką i płytką. Nie ja jedna popełniłam błąd – jej instruktor jazdy ocenił ją jako próżną i zapatrzoną w siebie. Też spudłował.

Happy Go Lucky
Dalsze wydarzenia pokazały, że Poppy jest wrażliwą i rozsądną kobietą, mającą poczucie własnej wartości i nie przejmującą się rzeczami, które od niej nie zależą. Nic więc dziwnego, że nigdy nie narzeka, wierzy, że problemy da się rozwiązać i dużo się śmieje. Każdy, kto zdobyłby tę mądrość, byłby radosny.

Dlaczego więc niektórzy – ci, którzy nie znają jej bliżej – odbierają ją jako trzpiotkę idiotkę? Lub inaczej: dlaczego my, ludzie, optymizm traktujemy jako oznakę naiwności, a częsty śmiech – głupoty?
Ot, zagadka.

Poppy nie chce dorosnąć. Cóż w tym dziwnego? Dorosłość to nie tylko mieszkanie bez rodziców, zarabianie na siebie i samodzielne robienie prania. To także pewien stan, w którym inni wymagają od nas, abyśmy byli odpowiedzialni i uporządkowani, w czym nie ma nic złego, oraz POWAŻNI; a POWAGA to straszna rzecz! Dzieciom i staruszkom wybacza się wszystko, lecz nie tym, którzy są pomiędzy.

Happy Go Lucky(wszystkie zdjęcia, jak zwykle, pochodzą z FilmWeba)

Może więc lepiej uchodzić za trzpiotkę? Nosić różowe rajstopy i śmieszny wisiorek, powieki malować na turkusowo, zagadywać sprzedawców w księgarniach i ciągle się śmiać. A co tam!

P.S. A opisy, recenzje i komentarze do Happy-Go-Lucky na FilmWebie są gupie. No.

(Happy-Go-Lucky, reż. Mike Leigh, Wielka Brytania 2008)


Ostatnie juwenalia

rodziny z małymi dziećmi psychole i licealiści garstka studentów ale mimo wszystko zawsze już chodzić w podwiniętych bojówkach i turkusowych trampkach chcę i piwo pić i słuchać radia bagdad niech pan mi powie panie magistrze i profesorze a ja tego nie chcę wcale chcę tytułu magistra dorosłość mój boże nie żulczyk i nahacz pisali ile bije serce na minutę chcę z tobą żyć kocham cię wiesz w swej wychodzonej przez pięć lat mądrości nie wiem dlaczego płacze się gdy jest się szczęśliwym kocham cię może wreszcie wyszeptam to nie bojąc się że się wzruszę

o mój boże, to już koniec
o mój boże, to początek…

Radio Bagdad jest rewelacyjnie juwenaliowe i już na wieki wieków amen z juwenaliami kojarzyć mi się będzie, podobnie jak Czaqu, Tortilla i Kult; jutro do tej listy być może dołączą Strachy na Lachy.
Myśli przelatujące przez moją głową podczas słuchania Radia B i picia żubra to już inna bajka. Szkoda, że nie mogłam ich zapisać. Może to lepiej, że nie mogłam ich zapisać.