Tag Archives: Dukaj

Dawno, dawno temu był sobie chłopiec o imieniu Adaś

Pan, który pisze książki dla dorosłych o światach, których nie ma, napisał książkę dla dzieci o świecie, który był. Bohaterem uczynił małego chłopca, więc świat ów wygląda jak w lunaparkowym zwierciadle odbity – tak sobie wyobrażam, bo ja tego świata pamiętać nie mogę. Na szczęście.
Świat ten, który był, jak zły sen był. Jak odjechany koszmar, mogący przyśnić się jedynie choremu dziecku. Irracjonalny. Absurdalny. Tak sobie wyobrażam…

Z tego wszystkiego wyszła baśń. Piękna. Straszna. O małym, dzielnym chłopcu, który ratuje swojego tatę. O odwadze i nadziei-mimo-wszystko. O słabości, którą trzeba przezwyciężać i przebaczeniu dla tych, którzy tego uczynić nie potrafią. I przede wszystkim – o działaniu. Z happy endem, oczywiście, chociaż często wydawało mi się, że dobrego zakończenia być tu nie może. Ale to przecież książka dla dzieci…

Cóż ja poradzę na to, że lubię książki dla dzieci. A tę na dodatek napisał pan Dukaj!

Widział wyrastającą z centralnego placu wielką, betonową Wieżę Wrońca. Wieńczył ją szpic nad szpicami. Do niego muszą nadawać szpice wszystkich Szpicli. Od Wieży i do Wieży co chwila podlatywały Puchacze-Słuchacze. Wieża była szara jak wyschnięte błoto, a jeszcze większa szarość migotała w tysiącu jej okien. Wokół szczytu Wieży wirowały czarne spirale: stada kruków.

(Jacek Dukaj, Wroniec, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009)

Reklamy

Zimno i słodko

Gdy zimno, sny są dłuższe, obfitsze w detale.
Ruch koniem poprzez szachownicę kołdry
staje się żabim skokiem na chłodnym parkiecie.
I tym goręcej śni o ideale
ciało, wtulone w pościel nagim biodrem,
im srożej nad dachami szaleją zamiecie
– J. Brodski, przeł. S. Barańczak, cytat za Alexandersonem

Kawa z mlekiem, czekolada kokosowa, wiśniówka i… The Killers.
A w piątek – na narty, na narty goł goł goł.

I dalej czytam Dukaja. Tym razem Wrońca – z zimą komponuje się aż nadto dobrze.


Styczniowy wieczór

Bywa i tak, że śnieg leży wszędzie wokół jak jakiś cukier puder, a także, że wszystkie osoby posiadające magiczny kluczyk do firmy (i, w ramach pakietu, znajomość ściśle tajnego kodu alarmu) wychodzą z pracy przed szesnastą, więc cała reszta – w tym śpiochy i spóźniacze, którzy powinni zostać dłużej – wraz z ostatnim firmozamykaczem o tej szesnastej wychodzi. Wśród śpiochów i spóźniaczów oczywiście jestem też ja. I czuję się jak na studiach, gdy profesor (doktor, magister) spóźniał się na zajęcia akademicki kwadrans, i można było z czystym sumieniem pójść sobie w siną (białą, zieloną) dal, i jakoś pięknie zagospodarować ów cudownie podarowany czas (cóż z tego, że był on raczej pożyczonym…).

Co można zrobić z niespodziewanie wydłużonym wieczorem? Wiele, oczywiście: można obejrzeć film, podjadając doń karmelowy popcorn, można zrobić porządek w pokoju, można ugotować pasztet z soczewicy, można udać się do Galerii K. i kupić drugą parę kozaków, można pograć w Fable 2, można wreszcie przeczytać do końca Dukajową Córkę Łupieżcy.

A Dukaj, jak to Dukaj – zachwyca.

Tymczasem wraz z majem nadeszło lato, klimat śródziemnomorski i temperatury iberyjskie, Kraków opanowała półnaga młodzież, dziewczęta o jędrnych piersiach i muskularni, opaleni chłopcy; jak w większości miast UE i Ameryki, niełatwo było wypatrzeć ciało ponadczterdziestoletnie, zresztą nikt nie wypatrywał. Czwartkowymi popołudniami, ledwie zaczynał się weekend, Zuzanna i Kamil opuszczali miasto w białym BWM arafat Kamila. Pół godziny na autostradzie – i byli w innym świecie (…). Bardzo starzy, bardzo brzydcy ludzie siedzą zgarbieni na schodach sklepików, przed kościółkami, jest zbyt gorąco, nie rodzili się do takich upałów, takiego słońca (…).

Czas powieści to nie tak odległa przyszłość (dom dziadka Kamila, do którego bohaterowie jadą w odwiedziny, wybudowano „za Jaruzelskiego”). Rzeczywiście zwycięży młodość, młodość opanuje miasta, a starość i niedoskonałość będzie wegetować po wsiach, w których nic nie ma?
Książka Dukaja inspiruje do podobnych rozważań – i do wielu innych też – ale robi to jakby na marginesie, mimochodem; na pierwszym miejscu jest opowieść, którą narrator snuje.

Jeszcze przy okazji Avatara przyszła mi do głowy myśl, że filmy, książki i inne dzieła „ducha” bywają dwojakie – stawiają na fun (kryminały Agaty Christie czy filmy Tarantino) lub na głębię (traktaty filozoficzne). Chociaż… to nie do końca tak. Bo wiele książek i filmów łączy w sobie obie te cechy. Avatar jest przykładem utworu, który świetnie wygląda i dostarcza rozrywki, udaje jednak, że niesie z sobą głębsze treści (owe idee, o których pisałam w krótkiej notce poświęconej Avatarowi), udaje – i to jest złe. Podobnie złe są powieści czy filmy, tworzone wyłącznie dla morału, gdzie fabuła jest tylko pretekstem, by przedstawić określone poglądy. Za to Dukaj, Dukaj mistrzowsko łączy głębię z funem. Podobnie Pielewin i paru innych…

Dzisiaj wieczór należeć więc będzie do Dukaja (i fotela przy kaloryferze stojącego).


Znowu och i ach

Być może jestem mniej tolerancyjna / wyrozumiała / … (nieodpowiednie skreślić, odpowiedniejsze wpisać), niż mi się wydaje (niż chciałabym), skoro odczuwam coś w rodzaju współczucia (żeby nie powiedzieć: litości) wobec ludzi, którzy dzień w dzień oddają telewizji kilka godzin ze swego życia, niepotrzebnie ograniczają swoje możliwości z powodu niewykorzystywania komputera (internetu) na co dzień, zubażają swój żywot poprzez nieczytanie książek… lub odrzucają wszystko, co jest przypisane do gatunku „fantastyka”.

Bo fantastyka – ta dobra fantastyka – to nic innego jak filozofia, ale w ciekawszym (i strawniejszym?) wydaniu.

Oto kolejna powieść fantastyczna – cytowany w poprzedniej notce Stan wyczerpania Grega Egana – wprawiła mnie w zachwyt. Akcja toczy się w świecie XXII wieku, w którym króluje biotechnologia, dziennikarze swój sprzęt mają zamontowany w trzewiach, a fizycy teoretycy są już blisko sformułowania Teorii Wszystkiego. Ale akcja owa to tylko pretekst do zastanowienia się, co to znaczy, że coś jest „ludzkie”, czy takie pojęcia jak „dusza”, „religia”, „miłość” nie są jedynie ogłupiaczami, co by było, gdyby człowiek zrozumiał działanie całego wszechświata i miliona innych ważnych rzeczy.

I więcej nie napiszę; co najwyżej polecę tę recenzję Dukaja*.

* Mam też więcej autorytetów, niż mi się wydaje (niż chciałabym), bo sięgnę po każdego autora, którego Dukaj poleci.


Książki, książki, nowe książki

Po prawie dwóch miesiącach dzielnego powstrzymywania się, znowu kupiłam książki.

Wczoraj zamówiłam w Merlinie Dziennik Virginii Woolf (nareszcie!) i nowe wydanie jedynej książki Dukaja, jakiej jeszcze nie mam; dziś natomiast odwiedziłam Skład Tanich Książek na Grodzkiej w Krakowie i wyszłam stamtąd bogatsza o Szklaną hutę Daniela Odiji oraz… Mapy dla zagubionych kochanków Pakistańczyka Needema Aslama. Nigdy nie kupiłabym książki o takim tytule, gdyby nie TA recenzja.
W planach mam jeszcze złożenie zamówień w sklepach internetowych wydawnictw: Lampy i Iskry Bożej oraz Korporacji Ha!art. Tych drugich zamierzałam odwiedzić dziś realnie, ale nie udało mi się… bo wstąpiło mi się nie tam gdzie trzeba i kupiło przecenione spodnie – dokładnie takie spodnie, jakich szukałam z okazji naszego majowego wyjazdu.

Oczywiście, wszystkie książki – te już-kupione i te jeszcze-nie – przeczytam – jak bohater Svěrákowych Butelek zwrotnych – na emeryturze.
No, może ciut wcześniej…