Tag Archives: filozofowanie

A po koncercie…

Zatem byłam na koncercie Kroke i Mai Sikorowskiej.
Za pół ceny, bo żeśmy się z K. nie dogadali, na 2 dni przed koncertem nie mieliśmy jeszcze biletów i właśnie na 2 dni przed koncertem pojawiła się oferta biletów o połowę tańszych na, a jakże, Grouponie (korzystacie? mam nadzieję, że tak).

I podobało mi się, chociaż samo Kroke podoba mi się bardziej.

Bolała mnie głowa, w sali Kijów Centrum było duszno, fotel robił krzywdę moim plecom – nie miało to jednak żadnego znaczenia. W muzyce bywa coś magicznego…
Nie potrafię pisać o muzyce. Nie rozumiem muzyki. Nie pojmuję, jak to się dzieje, że dźwięki – uderzanie, szarpanie, śpiewanie – układają się w coś, co jakościowo się od tych dźwięków różni, chociaż jest niczym więcej niż te właśnie dźwięki. Wreszcie, niezmiennie dziwi mnie, jak muzyka potrafi na mnie oddziaływać – jeśli mi się nie podoba, nie jest muzyką, jest hałasem, irytującym; jeśli jest mi obojętna, nuży mnie lub jest dla mnie niemalże niesłyszalna; jeśli podoba mi się, czuję się nią otulona; jeśli podoba mi się bardzo bardzo bardzo, mam niesamowite odczucie, że przenika moje ciało, odczucie to jest bardzo fizyczne (czasami tu i ówdzie czuję łaskotki) i zawsze przypomina mi, że z atomów się składam, a w tych atomach między jądrem a elektronem znajduje się dużo… niczego. Przychodzą mi też na myśl Pitagorejczycy i muzyka sfer, i Husserl, który… coś tam, nie pamiętam już co.
Krótko mówiąc, siedzę i słucham (chłonę), a jednocześnie moja głowa kombinuje. Na koniec wykombinowała, że na co nam religie, jeśli w zjawiskach fizycznych – muzyka jest zjawiskiem fizycznym, prawda? – bywa tyle piękna!
A Kroke bisowało 3 razy.

Więc muzyka.
Z całej nowej płyty Kroke wciąż najbardziej podoba mi się To Fengari Kani Volta (Το φεγγάρι κάνει βόλτα):

Poza tym bardzo podobają mi się jeszcze 2 piosenki, z których jedną jest Antitheta Pia (Αντίθετα πια):

Ta – To diko mou paploma (Το δικό μου πάπλωμα) – podoba mi się mniej (ale jest milutka; szkoda, że teledysk badziewny), za to lepiej oddaje klimat większej części płyty:

I na koniec Kroke bez dodatków – Time – jeden z moich najulubieńszych kawałków:

PS Jeśli wrzucić w wyszukiwarkę YouTube owe greckie tytuły, znaleźć można bardziej greckie wykonania tych piosenek… Poszperałam trochę, ale zawsze najbardziej podobała mi się wersja Kroke i Mai Sikorowskiej. Cóż.

Reklamy

Fantasy rulez, czyli że kręci mnie prawość, dobroć i szlachetność

I stało – zaczęłam grać, przepadłam na kilka dni, odkryłam na nowo uroki fantasy, fantasy i (c)RPG, a także rozmaniakowania się, wciągnięcia się w jakiś świat tak bardzo, że jest on ostatnim, o czym myśli się przed zaśnięciem i pierwszym, o czym myśli się po przebudzeniu.

Krótko mówiąc, kilka dni wypadło mi z życiorysu, bo grałam w Dragon Age. W samym świecie Dragon Age nie ma kompletnie nic oryginalnego, gra ma też kilka wad, ale za to: a) pozwala sobie stworzyć postać taką, że utożsamianie się z nią jest banalnie proste, oczywiście jeśli ma się na coś takiego ochotę (w końcu urok RPG polega też na tym, że można grać taką postacią, która jest od nas skrajnie odmienna i czerpać z tego wielką frajdę, chociaż skrajna odmienność to przecież też podobieństwo), b) istnieją w niej kompani, którzy nie tylko po prostu idą za nami, ale mają swoje przekonania, upodobania i nie zawsze można im ufać, c) wybory moralne są zazwyczaj bardziej subtelne niż „zabić czy oszczędzić”.

No właśnie, te wybory moralne. Do tej pory zastanawiam się, czy faktycznie wolności nie można ofiarować, inaczej jest to kolejna forma zniewolenia, zniewolony o wolność musi upomnieć się sam?
A także, że ja mimo wszystko wierzę w istnienie jakiegoś obiektywnego kryterium dobra i zła – choć jednocześnie jestem przekonana, że nie znajduje się ono w zasięgu człowieka (właściwie to nie znajduje się ono w niczyim zasięgu).
I że dobro – czy raczej: pragnienie czynienia dobra, postępowanie zgodnie z zasadami (nie chodzi mi tu oczywiście o wypełnianie zasad narzuconych z zewnątrz, kodeksy honorowe ani dekalogi, ale o zasady prywatnego systemu etycznego, jeśli można to tak ująć) – jest dla mnie bardziej pociągające niż zło (znowu w uproszczeniu – jako przeciwieństwo tego, co nazwałam dobrem)… bo jest po prostu trudniejsze.

Niby tylko gra, prawda? A ile przemyśleń… ;)

P.S. Dla ciekawych, którzy też grali – tak, tak, romansowałam z Alistairem, nawet się z nim zaręczyłam, nie zgodziłam się na rytuał Morrigan i Alistair zginął, pokonując potworę (uparł się, że on to zrobi, nie ja). Anora została królową, ja – bohaterką Fereldenu. Zevran zdradził, Morrigan odeszła, Oghren po wszystkim obiecał towarzyszyć mi w przyszłości, mam wiernego przyjaciela w swoim psie, Stena odesłałam, a reszty nie zwerbowałam (przy czym Wynne zabiłam). Grałam człowiekiem – kobietą – szlachcianką – łotrzykiem. Elfy mają się dobrze, takoż i krasnoludy pod władaniem Bhelena. Magów w wieży ocaliłam (ilu mogłam), ocaliłam też Connora, pozwalając poświęcić się Lady Izoldzie. Teraz z niecierpliwością czekam na Dragon Age 2. ;)


Shit happens

W piątek idę na pogrzeb.
Zmarła moja, powiedzmy, znajoma, koleżanka K. ze studiów.
Winien – rak. Taki z gatunku wrednych.
Znajomej, koleżanki już nie ma, co się nacierpiała, to jej. Ale jej mąż, że tak powiem, wciąż istnieje. Wyobrażacie sobie mieć 30 lat i być wdowcem?

A pamiętacie moją koleżankę? Moja koleżanka niecałe trzy miesiące temu (czyli mniej więcej wtedy, gdy dowiedzieliśmy się, że koleżanka K. ze studiów bywała w szpitalu nie z okazji chwilowej niedyspozycji z gatunku tych szpitala wymagających, ale z powodu poważnego, czyli raka, którego polskie lekarstwa nie ruszają i generalnie wesoło to nie jest) miała wypadek. Samochodowy. Też niewesoły – ona doznała poważnego urazu głowy, takiego, że w śpiączce leżała czas jakiś; kierowca, jej chłopak – żeby było jeszcze mniej wesoło, zarazem jej kum, w parze z nią chrzestny jej kilkumiesięcznej siostrzenicy – zginął.

Takich tragicznych historii znam więcej.
I zastanawiam się, kiedy coś takiego jest trudniejsze do przełknięcia – czy kiedy nie wierzy się w żadnego boga, a za to w to, że życie jest zbiorem mniej lub bardziej bezsensownych zdarzeń i coś podobnego może przytrafić się również jej, jemu, mnie; czy może kiedy w Boga – Tego Boga – się wierzy i nie może pojąć, dlaczego tak.

A jeśli już mowa o shit happensach, to z kolei ja jestem sobie na wypowiedzeniu, w pracy mojej pracuję jedynie do końca roku. Ale trudno traktować mi to w kategorii nieszczęścia, bo odczuwam coś w rodzaju ulgi, a poza tym punkty odniesienia mam takie, jakie mam. Co najwyżej maleńkim nieszczęśniątkiem owo wypowiedzienie mogłoby być. Ale i to nie – stała praca fajną jest, bo poczucie bezpieczeństwa daje, ludzie w mojej stałej pracy są fajni i nie sądzę, by przestali tacy być, ale jednak 8 godzin w biurze dziennie, codziennie (no dobrze, czasami 7, żeby potem 9), to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej, zwłaszcza jeśli podczas tych godzin 8 zajęcie ma się na 4 lub 3, a tak to bywało ostatnio.

To nic, albo nic to, jak Baśka W. mawiała. Żyć trzeba. Tak, jak się umie.


Teoria spokoju

Człowiek z natury swojej dąży do… spokoju. Tak to sobie wykoncypowałam. Nie do poznania – ani Poznania ;) – nie do przyjemności, ale właśnie do spokoju. No, można powiedzieć, że do przyjemności, jaką daje spokój. Taki wewnętrzny spokój, poczucie, że wszystko jest w porządku.
Przykładowo, takiego poczucia, że wszystko jest w porządku nie ma anorektyczka, przekonana, że jest zbyt gruba. Albo zakupoholiczka, która jeszcze nie nabyła drogą kupna kilku must have aktualnego sezonu. Albo backpacker, marzący o Tajlandii. Albo gość, który zazdrości sąsiadowi, że ten lansuje się w najnowszym modelu lancera. Albo wegetarianin. Albo członek Amnesty International. Albo ekolog z Greenpeace’u. Albo feministka. Innymi słowy ludzie, którzy zajmują się poprawianiem siebie (stanu swojej szafy, swojego garażu, swojej wiedzy) lub świata, bo coś im nie pasuje, coś zgrzyta, czegoś im brakuje.
Jeśli, Drogi Czytelniku wpisu tego, masz ochotę pomyśleć o feministce, gościu z AI, wegetarianinie lub ekologu jako świrze – nawet ciepło, nawet z wyrozumiałością, ale jednak jako o świrze – to właśnie sam, Drogi Czytelniku, wpadasz w pułapkę spokoju, łudzisz się, że wszystko na świecie jest OK. Nie chcesz przyznać, że coś może być na rzeczy, bo Twój spokój mógłby ulecieć nie wiadomo dokąd… i co by to wtedy było?

Ukułam sobie tę teorię, bo nie mogłam zrozumieć niektórych komentarzy pod artykułami w serwisach sportowych, poświęconych Korei Północnej (oczywiście a propos Korei Północnej, grającej na Mundialu), komentarzy, odnoszących się do wypowiedzi specjalistów od tamtego kawałka świata, komentarzy, które mówiły nic innego jak: „co ten gość bredzi, tam nie może być tak źle; może i jest tam tak źle, ale Koreańczycy sami są sobie winni, że nie uciekają”.

Przykłady „świrów”, którym w świecie zgrzyta, jakie podałam, są miłe memu sercu, nie będę tego ukrywać – ale równie dobrze do listy mogłabym dorzucić homeopatę, bezkompromisowego katolika, anarchistę, tropiciela światowych spisków czy kogokolwiek, kto z własnego wyboru odstaje od większości, uznając za ważne to, na co inni machają ręką i o czym w ogóle nie myślą… bo mogłoby to zburzyć ich spokój. Wygodniej powiedzieć, że coś jest niemożliwe lub głupie. Prawda?

PS Inna sprawa, że niektóre rzeczy po prostu są niemożliwe lub głupie. Ale skąd wiecie, które? Ot, zagwozdka.


Rzeczywistość ometkowana słowami

Przeczytałam Dla mnie to samo Agnieszki Drotkiewicz. Nie pamiętam recenzji tej książki, pamiętam za to recenzje innej – Paris London Dachau (nie czytałam, jeszcze), w których zarzucano autorce banał w opisie uczuć bohaterki, głęboko przeżywającej rozstanie z mężczyzną, banał, ponieważ posługiwała się dużą ilością cytatów, zaczerpniętych z piosenek, książek… W Dla mnie to samo Drotkiewicz także często gęsto używa cytatów z książek, sloganów reklamowych, piosenek – ale, na bogów, nie dlatego, że brakuje jej słów, by opisać uczucia, towarzyszące bohater(k)om książki, lecz dlatego, że to bohaterki / bohaterowie nie potrafią inaczej nazwać tego, co czują. Ba, to nawet nie o nazewnictwo chodzi…

Rzeczywistość jest ometkowana słowami, a większość naszego życia odbywa się w trybie przypuszczającym, przez pryzmat „byłbym” – żyjemy w zachwycających fototapetach. Rzeczywistość nie istnieje, jemy tekturę, a smak sobie wyobrażamy, na podstawie tego, co jest napisane na opakowaniu.

W jakimś hiszpańskim filmie, którego tytułu już nie pamiętam, padło stwierdzenie, że reżyser / scenarzysta / pisarz to (niepotrzebne skreślić, w filmie było chyba o reżyserze) to ktoś, kto potrafi z milionów zdarzeń wybrać te, które układają się w opowieść na dany temat. Bo w filmach (i książkach) opowieści mają swój początek i koniec, w życiu natomiast nigdy nie wiadomo, kiedy coś się zaczyna, kiedy kończy… Ładnie pięknie – ale czy ludzie przeżywają zdarzenia, które dzieją się w świecie? Czy przeżywają swoje uczucia?

Człowiek to ciało, ciało, które odczuwa – ciepło, zimno, przyśpieszone bicie serca, pot na skroniach, rozluźnienie mięśni, burczenie w brzuchu… Wiemy, co czujemy, bo ktoś nam kiedyś powiedział, że to a to nazywa się tak – burczenie w brzuchu to głód, przyśpieszone bicie serca to strach, rozluźnienie mięśni to spokój. Podobnie zdefiniowano nam gniew, szczęście, smutek, tęsknotę, troskę, wstyd, miłość – wszystko.

Człowiek nie doświadcza świata, co najwyżej swoich uczuć (wywoływanych przez świat, a jakże). Dodatkowo w głowach mieszają nam przeczytane książki i usłyszane piosenki, i filmy, i reklamy, i artykuły w gazetach, i programy telewizyjne. Co tu kryć, myślimy cytatami, myślimy sloganami, myślimy kwestiami z filmów i seriali. I to dzięki nim wiemy, co czujemy, nie dzięki nazwom, których nas kiedyś nauczono.

A los się musi odmienić, swoją drogą. Zresztą sama wezmę swój los w moje ręce. Wyleczę się kolorami, wywróżę sobie coś dobrego z kaszy gryczanej, być może nawet zarobię pierwszy milion.

A zatem, a zatem nie powiedziałabym – w przypadku Dla mnie to samo – że Agnieszka Drotkiewicz nadużywa cytatów-banałów, bo cytaty-banały są nieodłącznym składnikiem myślenia każdego z nas. Ale nie wiem, jak to jest z tym banałem w Paris London Dachau. Ale sprawdzę. Gdyż ponieważ albowiem Dla mnie to samo podobało mi się i to bardzo.

I odnoszę wrażenie, że na zaplątanie nas – ludzi – w język, w język sloganowo-piosenkowo-książkowo-serialowo-filmowo-czasopismowym szczególną uwagę zwracają pisarze z roczników ’80. Bo czy nie ma czegoś podobnego u Żulczyka? Nahacza? Masłowskiej?

Ale książka Drotkiewicz to nie tylko banalne cytaty i slogany, obijające się o wnętrza czaszek bohaterów, ani nie rozliczne uczucia i emocje, którym – te cytaty i slogany – nieodłącznie towarzyszą. To też rzeczywistość, nasza swojska, polska, doskonale opisana – cuchnący panowie w autobusach komunikacji miejskiej, toksyczne matki, z miłości sączące trucizny w swoje córki, córki te, zahukane, niepewne siebie trzydziestoletnie dziewice, zadymione bary, gdzie w łazience można stracić swoją znienawidzoną cnotę, mdłe bibliotekarki – stare panny, śliczne dwudziestokilkulatki, pragnące, by wszyscy uważali je za miłe i lubili, czternastolatki, zakochane w leczących je przystojnych lekarzach… No, długo by wymieniać.

I chociaż wszystkie te postacie bardziej przypominają typy niż indywidua, w moim odczuciu (ha!) książka Drotkiewicz dobrą książką jest – i tyle.

A teraz co? Kto? Czyja książka? Marty Dzido? Jacka Dehnela? Mikołaja Łozińskiego?

(Agnieszka Drotkiewicz, Dla mnie to samo, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2006)


Jak pięknie jest żyć, jeżeli urodziłeś się tutaj

Umrzyj. Najlepiej zgiń jakoś tragicznie. Będą cię wielbić – gwarantuję.

Bycie poruszonym śmiercią osoby publicznej – piosenkarza, siatkarza, papieża, prezydenta – świadczy o byciu wrażliwym, uczuciowym, dobrym. Wzruszam się, więc jestem dobrym człowiekiem. Stąd – moim zdaniem, oczywiście – ten fenomen świeczek [‚], czyli publicznego przeżywania śmierci osoby publicznej. Ktoś umarł? Mogłam go nie znać, mogłam go nie lubić, ale wrzucę „świeczkę” w opis GG, żałobny obrazek na nk i stosownego demota, dołączę też do grupy na Facebooku i napiszę coś mądrego na jakimś forum / blipie / flakerze / Śledziku / Facebookowej tablicy. Coś mądrego, czyli Śpieszmy się kochać ludzi… Tak szybko odchodzą…, ewentualnie Niech spoczywają w pokoju.

Ja przeżywam, ja jestem lepsza niż ci, którzy zachowują dystans – cynicy, szydercy, chamy.
I nawet nie próbuj mnie krytykować!

Ludzie (uwaga, to uogólnienie!) z tej rozpaczy stali się bardzo refleksyjni, ale jest to refleksyjność płytka, powtórkowa, bezmyślna (ot, taki paradoks) – bo powtarzają utarte zwroty, wyświechtane cytaty, tak często w podobnych – ale przecież innych – sytuacjach przytaczane, że zatraciły swój sens, treść, znaczenie, a nierzadko w ogóle nijak nie pasują do tego zdarzenia. Jeśli spróbować je przeanalizować – a ja mam do całej tej niecodziennej sytuacji tak duży dystans, że analizuję – to są po prostu… głupie (żeby nie powiedzieć, że śmieszne).

Nie dziwię się, że banały mówią i piszą politycy (vide strona www Olechowskiego i blog Girzyńskiego); oni znali ludzi, którzy zginęli w katastrofie TU-154 w Smoleńsku, niektórych pewnie znali bardzo dobrze, niektórych pewnie bardzo szanowali, a zamiast niektórych sami mogli znaleźć się w samolocie – gdybym była na ich miejscu, pewnie byłabym w ciężkim szoku i naprawdę brakowałoby mi słów. Ale czemu ogłupieli zwykli ludzie, którzy często ofiary tej katastrofy znali jedynie z mediów, a nawet wyrażali się o nich nieszczególnie pochlebnie (delikatnie mówiąc)?

Nie uważam, aby ludzie (uwaga, wciąż uogólniam), publicznie przeżywając tę katastrofę, udawali swoje poruszenie. Jestem pewna, że naprawdę są w lekkim szoku. Na co dzień nie przyzwyczajeni do głębszej refleksji, swoją potrzebę bycia uduchowionym, wrażliwym, dobrym zaspokajali najprościej jak można – słuchaniem Feel, czytaniem Coelho (to nie mój pomysł – gdzieś kiedyś wyczytałam teorię, że Coelho ma takie powodzenie właśnie dlatego, że jest lekkostrawny, ale pozornie głęboki, dzięki czemu jego czytelnicy, czytając go, czują się lepszymi ludźmi) i wzruszaniem się na ckliwych filmach, nie mają przemyśleń o świecie i mocno zaskakuje ich zdarzenie, pokazujące (bądź sugerujące, jeśli się wierzy w osobowego Boga), że świat nie jest reżyserowany, a za zdarzeniami nie kryje się żadna logika i nawet najważniejsze osoby w państwie mogą umrzeć, na dodatek w drodze na obchody rocznicy jakiegoś ważnego dla kraju wydarzenia. Innymi słowy, śmierć „nie patrzy”, czy „nadchodząc” w tym a nie innym momencie zepsuje jakiś scenariusz.
(Jako mgr filozofii mam dużo różnych teorii, własnych lub zapożyczonych; mam też taką, według której ludzie w ogóle chętnie wierzą w osobowego Boga, bo osobę można przebłagać, by do czegoś nie dopuściła, coś uczyniła, w czymś pomogła i tym podobne, a z prawami natury trudno dyskutować.)

Ten ogólny niski poziom refleksyjności sprawia, że dorośli, inteligentni ludzie, odczuwając coś, nie potrafią tego zanalizować, określić, nazwać i wypisują takie bzdurki (a tu źródło):

To niewiarygodne, bez względu na to jakie są moje zapatrywania polityczne … rozpłakałam się. Usiadłam i zaczęłam się zastanawiać co jeszcze mnie czeka.
Nie ogarniam pewnych sytuacji.
Nie ma Jana Pawła II …
Nie ma Prezydenta …
Kto następny?
Co następne?
Polska się kruszy, rozpada … teraz tylko czekać kiedy wybuchnie.
Tym samolotem leciało 96 osób (na razie są sprzeczne informacje), ludzi, pojedynczych istot będących dla najbliższych całym światem. Każda tragedia mną wstrząsa, szczególnie lotnicza, bo panicznie boję się latać … ilu z nich też bało się latać? Ilu leciało, bo lecieć wypadało? Przecież byli w pracy. Ilu z nich krążąc czwarty raz nad smoleńskim lotniskiem wiedziało już, że ten lot zakończy się ich śmiercią?

Dokładnie 70 lat temu w lasach katyńskich rozstrzelano elitę intelektualną … dziś te lasy pochłonęły elitę polityczną naszego kraju, przedstawicieli rządu i Wojska Polskiego.
To przeklęte miejsce.
Miała być zwyczajna sobota, a 10 kwietnia 2010 r. przechodzi do historii Polski i Europy.
W lasach katyńskich modlą się właśnie za zmarłych 70 lat temu … i za zmarłych dziś rano.
W radiu muzyka bez słów.
W myślach czarno białe zdjęcie Pary Prezydenckiej.
Mnóstwo refleksji się nasuwa.
A łzy same napływają i kapią na śniadanie, które dziś spóźnione …

Poza żałobą narodową, nie ma związku między śmiercią Jana Pawła II i Lecha Kaczyńskiego. Śmierć ani jednego, ani drugiego nie może spowodować szkód w Polsce (gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że w przypadku tego drugiego należałoby raczej mówić o korzyściach). O wiele „łatwiej” zginąć podczas jazdy samochodem niż lotu samolotem (choć w przypadku TU-154 ta różnica jest nieco mniejsza), poza tym w tej akurat sytuacji, jak się wydaje, pilot przecenił swoje możliwości (albo ktoś przecenił jego). Że chodzi o Katyń – ot, tak się przydarzyło…
W całym tym długim tekście tylko jedno zdanie ma – znowu, oczywiście, moim zdaniem – sens, to o najbliższych ofiar. Ale królestwo za odpowiedź na pytanie, dlaczego współczucie dla rodzin ofiar tej katastrofy, a nie dla rodzin ofiar wypadków drogowych z ostatniego tygodnia?
Jestem pewna, że autorka, pisząc to, odczuwała dużo i intensywnie, być może nawet ciekawie dla postronnej osoby, ale ukryła to pod Mnóstwo refleksji się nasuwa.

Do tej niskiej refleksyjności dochodzi przekonanie, że Polska jest krajem-ofiarą, nieustannie doświadczanym rozmaitymi cierpieniami, tym nieszczęsnym Chrystusem narodów.

Zadziwiająca jest zbieżność okoliczności, dat, rocznic, powtarzalność historii i męczeński charakter naszych dziejów.

Jesteśmy Narodem Wybranym. Poza Żydami nie znam drugiego tak, tu brak mi słowa, metafizycznego narodu. Jakby jakaś cienka granica łączyła nas z innym światem. Te wszystkie prawidłowości, powtarzalność i w gruncie rzeczy niesamowita przewidywalność polskiego męczeństwa przerażą.

Przerażają nawet liczby.

Katastrofa określana słusznie mianem największej niewojennej tragedii Polski w historii miała miejsce dokładnie w siedemdziesiątą rocznicę największego zbiorowego mordu jakiego dokonano na polskiej elicie, dokładnie w tym samym miejscu.

11. listopada 1918 roku odzyskaliśmy niepodległość. W 20 lat i 10 miesięcy po tych wydarzeniach wybuchła II Wojna światowa. 20 lat i 10 miesięcy temu odbyły się w Polsce pierwsze demokratyczne wybory w powojennej historii. Z dokładnością niemal do jednego dnia.

5 lat temu zmarł Jan Paweł II. Zmarł dokładnie w sobotę poprzedzającą oktawę wielkanocną czyli w kalendarzu liturgicznym dokładnie 5 lat temu.

Jestem daleki od przesądów, staram się twardo stąpać po ziemi, ale czy taka zbieżność nie powinna zastanawiać?

(tutaj całość)

Ludzie uwielbiają symbolikę i dopatrują się jej gdzie tylko się da. Nic w tym dziwnego (czyt. zgadza się to z moją wcześniejszą teorią) – jest symbolika, jest więc jakiś sens, sens w tych wszystkich zdarzeniach, kryje się za nimi jakaś logika. Lepiej (przyjemniej) mieć poczucie, że żyje się w świecie logicznym, uporządkowanym, sensownym, niż w świecie przypadkowym, gdzie wszystko może się zdarzyć, gdzie może mnie dotknąć jakaś tragedia.

Łatwo wierzyć w miejsca przeklęte, symbolikę i mesjanizm polskiego narodu – tego nas uczą w szkole. Tak! Kończąc liceum, szczerze podzielałam tę wiarę – czytałam przecież Mickiewicza i Słowackiego, uczyłam się na historii o zaborach i powstaniach. Ale potem czytałam, czytałam i oglądałam – reportaże, powieści z „mniej popularnych” krajów europejskich, filmy różne a dziwne, zobaczyłam też to i owo, odwiedzając Słowację, Węgry, Rumunię… Historia Polski jest tragiczna, ale to samo o swojej historii mówią inne narody. I, jeśli o mnie chodzi, jestem skłonna przyznać, że kraje bałkańskie i kaukaskie dzierżą palmę „tragiczności”.
I stąd właśnie tytuł tej notki.

Od wczoraj Polacy zbiorowo cierpią, a media atmosferę cierpienia podkręcają. Ludzie nie zastanawiają się, co naprawdę czują – powtarzają za innymi utarte frazesy. A co się naprawdę stało? W katastrofie lotniczej zginęło kilkadziesiąt osób. To się zdarza – nie codziennie, ale się zdarza. Wyjątkowe jest to, że były to osoby, zajmujące bardzo ważne stanowiska w kraju. Wyjątkowe – wyjątkowo głupie, jak się wydaje – były też okoliczności. Jeśli ktoś uważa, że ofiary były fachowcami w swoich dziedzinach, nie dziwię się, że rozpacza. Ale ja – i pewnie nie tylko ja – takiego przekonania nie podzielam.

Nie widzę powodów do rozpaczy. W Polsce jest całkiem dobrze, naprawdę – mamy własne niepodległe państwo, w przeciwieństwie do Czeczenów, nie ma u nas wojny, jak w krajach afrykańskich, nie rządzą nami fanatycy, jak w Iranie, nie ma u nas cenzury, jak w Chinach i nie musimy się obawiać innego kraju, który tylko czyha, by nas napaść, jak Gruzini. W konflikcie w Darfurze, ciągnącym się od 50 lat, codziennie ginęło więcej ludzi, niż zginęło wczoraj w Smoleńsku (oczywiście licząc średnio, a jako źródło posłużyła mi Wikipedia).

Fajnie, że ludzie chcą się czuć ludźmi dobrymi, ale szkoda, że ograniczają się do [‚] i współczucia od wielkiego dzwonu – mogą codziennie klikać w brzuszek Pajacyka, mogą wziąć zwierzaka ze schroniska, mogą wpłacić pieniądze na chore dziecko, mogą czytać i pomagać, mogą wziąć udział w akcji AI… Możliwości są miliony.
Ale niewielu się chce.

PS A Demotywatory rządzą ;)


Wszystko co oryginalne jest lepsze

Skończyło się rumakowanie; z 20 dni tegorocznego urlopu zostało mi 18, z czego 15 mam już rozplanowane. Tak jakoś wyszło.

Jakby mało mi było podróżowania – tego, które już się przydarzyło i tego, które mam nadzieję, nastąpi – oglądam filmy i czytam książki, utrzymujące mnie w temacie. To też tak jakoś po prostu wychodzi.

I tak jakoś wyszło, że obejrzałam Spotkania na krańcach świata.
I zachwyciłam się.

I teraz chcę na biegun!

Antarktyda zaczęła mi się jawić jako miejsce nie dość, że piękne i fascynujące, to jeszcze takie, do którego nie trafiają przypadkowi ludzie. Nie ma tam turystów, są jedynie maniakalni poznawacze świata: naukowcy, podróżnicy… i świry różnej maści. Innymi słowy, ludzie oryginalni, a jak wiadomo, wszystko co oryginalne jest lepsze: dżinsy, kompakty…

W Spotkaniach na krańcach świata znalazłam też swojego nowego idola:

Film jest taki, jakie lubię najbardziej, poetycki, ale bez przesady, a Werner Herzog, reżyser, scenarzysta i narrator w jednym, przedstawia swoich bohaterów – ludzi żyjących w bazie na Antarktydzie – ciepło; zresztą sam wydaje się być podobnie oryginalny jak oni.

Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy obejrzawszy już film, zachwycona do granic możliwości, przeczytałam tę recenzję! Cóż, interpretacje bywają różne, podobnie jak postrzeganie świata.

Antarktyda nie jawi mi się jako koniec końców. Jawi mi się jako obok – obok świata, w którym tkwi większość z nas. Tkwi – i zamyka się na inność, na różnorodność, a tym samym fałszuje w sobie obraz świata prawdziwego.
Mniej więcej tak.