Tag Archives: Keret

Dobrze

Dobrze jest czasem zaspać. Zmienić decyzję co do zakładanej spódnicy. Długo rozczesywać włosy. Tuż przed wyjściem pobiec jeszcze do toalety. Tam zaczytać się w Kerecie (uwaga, wstydliwe wyznanie – czytam w wc).

Najlepszym opowiadaniem z 8% z niczego jest opowiadanie ostatnie. Ale to o parze, obserwowanej przez telewizor, kota i drzwi, też niczego sobie.

Dzięki temu wszystkiemu, kurier zdołał mnie złapać w domu (a już zastanawiałam się, jak tłumaczyć, gdzie pracuję). Kurier z przesyłką. Przesyłką ze ssskarbkami. Moimi ssskarbkami.

Ssskarbki składają się z: czterech podręczniko-scenariuszy do rpg Zew Chtulhu, wypatrzonych na stronie Maga przez K., a zakupionych przeze mnie za kasę za fuchę (nie mylić z fuszerką) oraz dwóch książek bonusowych (no bo skoro robiłam już te zakupy…), pakistańsko-koreańskich, ergo nadających się do wyzwania. Mmm, moje ssskarbki…

A przy okazji, polecam ich.

Reklamy

Mała Syrenka


(źródło: FilmWeb)

Ona – niczym z Kereta. Jasna. Małomówna. Jeśli czegoś bardzo chciała, to to się wydarzało. No, z wyjątkiem baletu, o którym marzyła najbardziej.

On – jak u Pielewina. Budził się głośną muzyką i kawą, i szedł sprzedawać Księżyc. Wieczorami urządzał imprezy, wychodził z nich po angielsku, z butelką w dłoni, i pił. Czasami też skakał z mostu.

Kiedyś ona skoczyła za nim – i tak się poznali.

Ale nie, nigdy nie byli parą.

Nie wiem, kto w filmie jest ważniejszy – ona czy on? Ona jest tytułową bohaterką, ale jednocześnie jest taka nierealna… On jest realny, aż boli – i to pomimo tego, że naprawdę sprzedaje Księżyc.

A film? Film cudny. I skojarzenia z Małą Syrenką Andersena, jak się okazuje, nieprzypadkowe.

(Rusałka, reż. Anna Melikyan, Rosja 2007)


Pocztówka z Izraela

Miało być inaczej – z Kairu miałam udać się do Macedonii – ale… nie wyszło.
Zbłądziłam.
Trafiłam do Izreaela.


(Zdjęcie z: http://picasaweb.google.pl/autotrof/TelAviv)

Stamtąd pochodzi niejaki Etgar Keret – poeta, prozaik, felietonista, wykładowca – ostatnio bardzo u nas popularny. W języku polskim ukazały się cztery zbiory jego opowiadań. Ja przeczytałam Rury.

I co? I bomba!

Opowiadania są różne. Jedne śmieszne, inne smutne, jeszcze inne straszne. Jedne nudne, inne wciągające. Jedne dobre, inne słabe. A wszystkie krótkie. Bo, musicie wiedzieć, że Keret to „mistrz krótkiej formy”.

Mieszkańcy Izraela niczym nie różnią się od nas, zamieszkujących Europę Środkową. Też chadzają do szkół. Też obchodzą urodziny. Też się zakochują. Też się upijają z powodu rozstania. Też bywają powoływani do wojska, a w ich wojsku bywa równie absurdalnie jak w każdym innym. Ale… Wielu z ich bliskich bywa żołnierzami. Wielu ginie nagle. Wielu swe ukochane / swych ukochanych poznaje podczas służby (tak, tam także kobiety są do wojska powoływane).
Po lekturze Rur pozostało mi wrażenie, że większość opowiadań traktuje o wojsku właśnie i o miłości właśnie.

Oto jedno z nich – nie najlepsze i nie najgorsze, nie o miłości i nie o wojsku. Chociaż…

Jest takie miejsce, co nazywa się Hubeza, niedaleko Tel Awiwu. Mówiono mi, że ludzie w tej Hubezie ubierają się na czarno i że są zawsze, ale to zawsze szczęśliwi. – Nie wierzę w te wszystkie bzdury – powiedział mój najlepszy przyjaciel, a właściwie to chciał powiedzieć, że nie wierzy, że ludzie są szczęśliwi. Wielu ludzi nie wierzy. Wsiadłem więc do autobusu, co jedzie do Hubezy, i całą drogę słuchałem z mojego walkmana pieśni wojennych. Ludzie w Hubezie w ogóle nie giną na wojnach. W Hubezie ludzie nie idą do wojska. Wysiadłem z autobusu na głównym placu. Ludzie z Hubezy przyjęli mnie bardzo miło. Z bliska łatwo mi było dostrzec, że są naprawdę szczęśliwi. Dużo tańczą w tej Hubezie i czytają grube książki, i ja tam z nimi w Hubezie tańczyłem i grube książki też czytałem. I nosiłem tam w Hubezie te ubrania i spałem w ich łóżkach. I jadłem ich jedzenie i całowałem buzie ich niemowląt. Przez całe trzy tygodnie. Ale szczęście to nie jest rzecz zaraźliwa.

(Etgar Keret, Rury, przeł. A. Maciejowska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007)


W niedzielę

Wcześnie rano w niedzielę pociągami nie jeździ prawie nikt.
Konduktorzy przepraszają, że sprawdzają bilety.
Dworce wyglądają sympatycznie, malowniczo.

Koło dziewiątej wreszcie zasypiam.
Każdy postój mnie budzi, lecz po chwili śpię znowu.
W końcu sama już nie wiem, co jest jawą, co snem.

Może śni mi się pociąg?
A ja wciąż jestem w Krakowie.
Lub nigdy tam nie byłam, a wszystko, co z nim związane, przyśniło mi się tylko.

Banał.
Ale przestraszyłam się naprawdę.
(Coś podobnego już mi się kiedyś zdarzyło.)

A potem zaczęłam czytać Kereta
Lecz o tym w kolejnej notce.