Tag Archives: Kraków

Na drogach duszy…

Tak jakoś ostatnio się składa, że czytam dużo smętnych rzeczy – to non-fiction Lindqvista, Hatzfelda, Kurczab-Redlich, to nieprzyjemny Krótki sen Jakoba Vossa, to wreszcie specyficzne Żywoty zwierząt Coetzeego – więc smęcę tu, jeśli w ogóle coś tu piszę. Ale teraz, uwaga, będzie od tej reguły wyjątek.

Fotografie rzeźb Gustava Vigelanda z Muzeum Vigelanda w Oslo miałam pokazać już dawno temu – zresztą zdjęcia te pochodzą sprzed ładnych kilku miesięcy (od tamtego czasu zdążyłam być w Oslo ponownie, ale o tym, miejmy nadzieję, innym razem) – lecz oto dzieła Vigelanda znalazły się w Krakowie, w Muzeum Narodowym, na dodatek w towarzystwie rzeźb młodopolan. Wystawy jeszcze nie widziałam, ale zobaczę, z pewnością zobaczę – i bardzo wszystkich do tego zachęcam, bo rzeźby naprawdę godne są obejrzenia (doskonale pamiętam, jakie wrażenie zrobiły na mnie najpierw kamienne ciała z mistrzowsko oddaną każdą fałdką i każdym mięśniem, potem – emocje i uczucia, rysujące się na twarzach postaci, aż wreszcie zaczęłam się zastanawiać – dlaczego właśnie te uczucia i emocje, nie inne? do tej pory tego nie wiem).

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

The Vigeland museum

PS I ciekawostka – Muzeum Vigelanda na Facebooku ;)

Reklamy

Strefa wolnego czytania, czyli życie pełne jest niespodzianek

Słyszeliście o Strefie Wolnego Czytania? Nie? No to kliknijcie tu. Albo, jeśliście szczęśliwymi mieszkańcami / bywalcami miasta Krakowa, zwróćcie uwagę na reklamy, wyświetlane w telewizorkach autobusów komunikacji miejskiej. Byście poznali kontekst mojej krótkiej opowiastki.
Albowiem doświadczyłam dziś niesamowitej strefy wolnego czytania w autobusie nr 437.

Autobus nr 437 jest autobusem, którym zwykłam rano pokonywać połowę swojej drogi do pracy (no, chyba że się spóźnię – wtedy zaszczycam swą obecnością inny autobus, albo akurat praktykuję chodzenie piechotą). Przejażdżka owym środkiem komunikacji zajmuje mi zazwyczaj od 5 (przy wyjątkowo przychylnych wiatrach) do 20 (przy wyjątkowych korkach) minut. Dziś zajęła… półtorej godziny. Tak, 90 minut. DZIEWIĘĆDZIESIĄT. (Tu dodać należy, że na piechotę pokonuję tę trasę w minut 20, lecz spacer ma liczne minusy, jak doświadczanie hałasu, kurzu i smrodu spalin.)

Oburzenie, rozdrażnienie, irytacja, wściekłość, agresja i szewska pasja nie opanowały mnie tylko dlatego, że podróżowałam wspólnie z Serhijem. Żadanem. Anarchy in the UKR, no.
A Serhij Żadan – no dobra, narrator Anarchy in the UKR – też akurat podróżował. I tak sobie czytałam, zamknięta w autobusowym pudełku, które się niemalże nie poruszało, pośród podirytowanych i zmokniętych ludzi, o rozgrzanej, prowincjonalnej Ukrainie – i było mi całkiem fajnie.

I błogosławiłam swój zwyczaj noszenia z sobą książki zawsze i wszędzie. Bo wiecie, taka książka przy sobie każdemu opóźnieniu, brakowi prądu w pracy i innym nieplanowanym sytuacjom odbiera bezsens i czas, który jak nic poszedłby na zmarnowanie, zamienia w miłe niespodzianki, przyjemne, cudownie zyskane chwile.

Amen.

PS A jutro ma nas zalewać dalej. Hydropiekłowstąpienie jak nic.


Jeszcze zima

Chociaż Kota gubi futro na potęgę, stanowczo zaprzeczam plotkom, jakoby w Krakowie czuć było dziś wiosnę. Nie. Nie-nie-nie. Owszem, w okolicach południa i mojego ulubionego ronda, przy którym od czasu do czasu w godzinach pracy zakupuję (po)południowy obwarzanek, temperatura wynosiła 14,6 stopnia C i słonko miło świeciło. Lecz żeby zaraz wiosna? Nie, stanowczo nie. A kto twierdzi inaczej, tego nos ma bujną wyobraźnię.

Mimo wszystko ładny dziś był dzień, a autobusy mpk przyjeżdżały zbyt wcześnie. Niby było to z ich strony miłe (dzisiejsza podróż do i z pracy zajęła mi mniej niż godzinę – rekord absolutny), lecz zarazem irytujące – musiałam przerywać lekturę Pigafetty Felicitas Hoppe w połowie strony.

Pigafettę wrzuciłam rankiem do swej torby przez przypadek. Skończyłam czytać Ugrofińską wampirzycę (bardzo ironiczne i bardzo zabawne, polecam w szczególności absolwentom studiów humanistycznych) i wciąż miałam ochotę na wydawnictwo Czarne, a Pigafetta stała akurat w zasięgu mej ręki. I tak to przez przypadek zaczęłam czytać książkę, która dokładnie odpowiada (albo wydaje się odpowiadać, gdyż doszłam zaledwie do strony 14) moim obecnym czytelniczym pragnieniom. Albowiem są w niej: a) podróż, b) morze, c) Wenecja. A tak się składa, że chwilowo w moim życiu podróże i morze są na topie.

O Oslo, z którego wróciłam wczoraj, łatwiej jest mi coś napisać niż o nieco tylko dawniejszej Wenecji. Wenecja jest zupełnie inna niż wyobrażenia o niej, ale każde miasto takie jest (dlatego najciekawsze są te miejsca, o których nasze wyobrażenia są najbardziej mętne…). Jednocześnie o Wenecji napisano mnóstwo zdań – więc co ja jeszcze mogłabym dorzucić? Jedźcie do Wenecji, przekonajcie się sami…
…Za to Oslo!

Przyleciałam do Norwegii wieczorem. Gdy samolot schodził do lądowania, gdzieś w dole widziałam mnóstwo bieli, gdzieniegdzie wśród niej – świetliste korytarze z przylegającymi doń pudełeczkami domów, a to wszystko otoczone mleczną watą, jak przypuszczałam, mgłą. Myliłam się – nie mgła to była, ale… śnieg.
I takie było moje pierwsze spojrzenie na Skandynawię.

Z lotniska Torp, na którym wylądowałam, do Oslo jest bodaj 140 km. Autobus – przestronny i przytulny – mknął autostradą przez krajobraz najzupełniej zgodny z powszechnym wyobrażeniem Norwegii: kraina śniegu, sopli, małych domków i dużych skał.

O samym Oslo już za bardzo wyobrażeń nie miałam (choć widziałam zdjęcia, robione przez K. podczas któregoś z jego wcześniejszych pobytów) – i bardzo dobrze, i to jest to, co podczas podróżowania lubię najbardziej. Konfrontowanie wyobrażeń z rzeczywistością jest o wiele mniej przyjemne niż poznawanie miejsc niemalże nieznanych (prawdziwie nieznanych miejsc, takich miejsc DO ODKRYCIA, pewnie już nie ma…).

Oslo – Oslo w lutym, żeby było jasne, zasypane śniegiem i ściśnięte mrozem – to miejsce jak z baśni Andersena, gdzie zobaczyć można przechadzającego się niedźwiedzia polarnego (co prawda kamiennego, lecz zawsze) lub zamyślonego mnicha, strzegącego ognia pokoju (mnich również z kamienia, ogień zaś rzeczywisty), gdzie w centrum miasta (no, mniej więcej) stoi igloo, a na obrzeżach (?) – „dom” dla statku polarnego. Budynki w Oslo są podobne do naszych, ale jednak inne, a ludzie noszą krasnoludzkie czapki.

Było zimno, bardzo zimno (do -14 stopni C), więc raczej mało spacerowaliśmy, za to odwiedziliśmy kilka muzeów. W ciągu tych dwu dni, które miałam przyjemność spędzić w Oslo, zwiedziliśmy – obok wspomnianego Frammuset – zamek Akershus, Muzeum Łodzi Wikingów i Muzeum Vigelanda. Lubię muzea, więc było to dla mnie bardzo przyjemne, a dodatkowo tysiącletnie łodzie wikingów i statek Fram, który był na obu biegunach, wspaniale pobudziły moją wyobraźnię.

Dlatego teraz o morzu i podróżach czytać mi się chce…


Summer in the city

Teraz siąpi deszcz, ale cofnijmy się o kilka dni wstecz.

Mały Rynek. Na środku rynku – ekran. Przed ekranem – dwa (długie, szerokie) rzędy krzeseł, pomiędzy nimi – namiocik z projektorem. Choć jest już po zmroku, to wciąż niemiłosiernie gorąco – ale to dobrze, bardzo dobrze, bo jeśli nie znalazło się wolnego krzesła, można przycupnąć na bruku, tuż przed ekranem. A krzesła nietrudno nie znaleźć – ludzi jest sporo. Obsiedli też ławki, murki i ogródki piwne.
Co ich tak przyciągnęło? Krakow Summer Animation Days.

I ja też tam byłam. Nie na wszystkim, nawet nie na połowie, bo żeby zaliczyć wszystko, trzeba byłoby być nie tylko maniakalnym maniakiem animacji, ale także posiadać umiejętność przebywania w dwu miejscach jednocześnie (na Placu Wszystkich Świętych też działy się ciekawe rzeczy).  I ja też rozmaniakowałam się w animacji. Trochę. Po tym wszystkim, co widziałam, trudno byłoby się nie rozmaniakować.

A widziałam:

* efekciarską nową Alicję po drugiej stronie lustra:

* sympatyczną animację ze Śmiercią w roli prawie głównej:

* zabawną opowieść o woli przetrwania dwóch ośmiornic (kałamarnic?):

* cudowną historyjkę o Japonce w Londynie:

* opowiastkę o zawziętej rywalizacji między dwoma klanami samurajów:

* filmik o leśnej orkiestrze:

* nowego Bagińskiego (aaach!), starego Bagińskiego (oooch!):

* i wiele innych świetnych filmików, których nie ma na JuTiub.

Co mogę powiedzieć? Kto nie był, niech żałuje. Kto sądzi, że animacje to takie tam bajeczki dla dzieci, tego jest mi żal.


Wiosna i wino, i książki

W którymś z lokali w Zaułku Niewiernego Tomasza mają pyszne grzane wino, mówi P. Ta P., która chodziła ze mną na francuski, a teraz także mieszka w Krakowie.
Ale sezon na grzane wino już się kończy.

Siedzimy w Nowej Prowincji, przy stoliku pod oknem, na którym stoi sztuczny czerwony kwiat. Jest gorąco i tłoczno. Wczesny poniedziałkowy wieczór. Miło.
Okazuje się, że podobieństw między mną a P. jest więcej: najpierw irytujące szukanie jakiejś pracy (choć P. jest po stosunkach międzynarodowych), a teraz trzymiesięczny staż, mniej lub bardziej wiążący się z PR-em.
Tak, dorosłe życie bywa trudne.

Gdy wracam, kontempluję urodę ul. Szewskiej. Wspominam nie mniej urokliwą Szewską toruńską. Spotykam trzy koty i dwóch pijaków.

W domu jestem późno. Ale dobrze jest czasem wrócić (z pracy!) dopiero o dwudziestej pierwszej.

Żeby jednak nie było tak różowo, wypady na grzane wino – tak jak i wypady na kawoherbatę – mają swoje minusy: znowu nie mieszczę książek na półce.
A oto winowajcy:


Muszę coś zrobić z włosami…

Od kilku dni chce mi się spać i słuchać All My Loving.
Bardziej jednak spać.
Cóż, weekendy w gościach bywają męczące.

W Krakowie przedwiośnie – trochę słońca, trochę gradu i dużo kałuż. Autobusy się spóźniają; czekając na nie na przystankach, czytam Córkę bajarza. W domu zamieniam ją na tak zwaną lekturę branżową. O dziwo (a może nie?), podoba mi się bardziej niż książka Sairy Shah.

Miewam dużo pomysłów na wpisy, z wszystkich jednak w końcu rezygnuję.

Planuję, na co wydam pierwszą wypłatę.
Fryzjer? Bo muszę coś zrobić z włosami, bo tak mi jakoś
Może zrobię TO.


Wszystko jest rzeczywistością

Kraków jest cudowny! Ma kin więcej niż dwa (tyle w tej chwili ostało się w Toruniu po likwidacji mojego ulubionego Orła; to i tak więcej niż w prawie dwukrotnie odeń większej Bydgoszczy – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę) i nie tylko na wielkie amerykańskie hity nie trzeba czekać miesiącami.

Zaś szczególnie cudowne w Krakowie jest kino Ars (jako się już niegdyś rzekło), gdyż ponieważ albowiem choć cuchnie nieco popcornem, to umożliwia zakup biletów przez Internet. A ja lubię robić różne dziwne rzeczy via sieć.

I wczoraj, właśnie w Arsie, miałam przyjemność obejrzeć najnowszy film Petra Zelenki, czyli Braci Karamazow.

Z mości Zelenką znamy się (jednostronnie, oczywiście) od, zdaje się, przypadkowo oglądniętego Roku diabła (jeśli nie liczyć Samotnych, do których popełnił scenariusz, lecz których nie reżyserował). I od tamtego czasu lubimy się mocno. Ale Bracia Karamazow to och i ach, i w ogóle: nie wiem, co rzec.

Nie jest to komediodramat jak Opowieści o zwyczajnym szaleństwie lub Samotni (lub tyle innych czeskich filmów, które miałam przyjemność obejrzeć). Znowu bohaterami są swego rodzaju dziwacy, znowu fabuła ociera się o sprawy szalenie trudne, tym razem jednak poskąpiono nam, widzom, tej atmosfery lekkości, tego optymizmu, tego – jak to coś ładnie nazwać? Nie wychodzimy z kina pokrzepieni, a film zostaje przypisany pod kategorie dramat i psychologiczny.
Bo Bracia Karamazow to opowieść smutna i przejmująca. Niewesołą atmosferę pogłębia muzyka niejakiego Jana A.P. Kaczmarka (aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest ona zbędna; czy film bez muzyki, surowszy, nie byłby jeszcze bardziej dramatyczny?).

(Oba zdjęcia, jak zwykle, zapożyczone z FilmWeba.)

Fabuła ma się tak:
Do Krakowa przyjeżdża grupa teatralna z Pragi, która w ramach projektu finansowego z UE ma wystawić w hucie na Nowej Hucie sztukę Bracia Karamazow na podstawie wiadomego dzieła pana Dostojewskiego. Grupa przeprowadza próby, które my, widzowie filmu, oglądamy – i tak zostajemy wciągnięci w świat Dostojewskiego. To jedna warstwa filmu.
Drugą jest to, co na zewnątrz sztuki – tarcia w zespole i osobista tragedia jednego z pracowników huty. Ów człowiek w godzinach pracy ma możliwość oglądania aktorów podczas próby, z czego skwapliwie korzysta – i bierze spektakl tak bardzo do siebie, że zaczyna żywić przekonanie, iż jest on wystawiany specjalnie dla niego.
Szczęśliwego zakończenia nie ma.

Jakie wnioski? Pierwszy, który mi się rzucił do głowy: że sztuka nie jest mniej rzeczywista niż rzeczywistość. Nieustannie obracam temat w głowie, więc przychodzą i wnioski dalsze, ten pierwszy jednak mnie samej spodobał się najbardziej, więc to nim się dzielę.

(Bracia Karamazow, reż. Petr Zelenka, Czechy – Polska 2008)