Tag Archives: prawa człowieka

Teoria spokoju

Człowiek z natury swojej dąży do… spokoju. Tak to sobie wykoncypowałam. Nie do poznania – ani Poznania ;) – nie do przyjemności, ale właśnie do spokoju. No, można powiedzieć, że do przyjemności, jaką daje spokój. Taki wewnętrzny spokój, poczucie, że wszystko jest w porządku.
Przykładowo, takiego poczucia, że wszystko jest w porządku nie ma anorektyczka, przekonana, że jest zbyt gruba. Albo zakupoholiczka, która jeszcze nie nabyła drogą kupna kilku must have aktualnego sezonu. Albo backpacker, marzący o Tajlandii. Albo gość, który zazdrości sąsiadowi, że ten lansuje się w najnowszym modelu lancera. Albo wegetarianin. Albo członek Amnesty International. Albo ekolog z Greenpeace’u. Albo feministka. Innymi słowy ludzie, którzy zajmują się poprawianiem siebie (stanu swojej szafy, swojego garażu, swojej wiedzy) lub świata, bo coś im nie pasuje, coś zgrzyta, czegoś im brakuje.
Jeśli, Drogi Czytelniku wpisu tego, masz ochotę pomyśleć o feministce, gościu z AI, wegetarianinie lub ekologu jako świrze – nawet ciepło, nawet z wyrozumiałością, ale jednak jako o świrze – to właśnie sam, Drogi Czytelniku, wpadasz w pułapkę spokoju, łudzisz się, że wszystko na świecie jest OK. Nie chcesz przyznać, że coś może być na rzeczy, bo Twój spokój mógłby ulecieć nie wiadomo dokąd… i co by to wtedy było?

Ukułam sobie tę teorię, bo nie mogłam zrozumieć niektórych komentarzy pod artykułami w serwisach sportowych, poświęconych Korei Północnej (oczywiście a propos Korei Północnej, grającej na Mundialu), komentarzy, odnoszących się do wypowiedzi specjalistów od tamtego kawałka świata, komentarzy, które mówiły nic innego jak: „co ten gość bredzi, tam nie może być tak źle; może i jest tam tak źle, ale Koreańczycy sami są sobie winni, że nie uciekają”.

Przykłady „świrów”, którym w świecie zgrzyta, jakie podałam, są miłe memu sercu, nie będę tego ukrywać – ale równie dobrze do listy mogłabym dorzucić homeopatę, bezkompromisowego katolika, anarchistę, tropiciela światowych spisków czy kogokolwiek, kto z własnego wyboru odstaje od większości, uznając za ważne to, na co inni machają ręką i o czym w ogóle nie myślą… bo mogłoby to zburzyć ich spokój. Wygodniej powiedzieć, że coś jest niemożliwe lub głupie. Prawda?

PS Inna sprawa, że niektóre rzeczy po prostu są niemożliwe lub głupie. Ale skąd wiecie, które? Ot, zagwozdka.

Reklamy

O pewnej księdze

Wyobraźcie sobie kraj, w którym najważniejszym przedmiotem w szkołach jest ten, na którym naucza się o pewnej księdze. Kraj, w którym znajomość owej księgi jest warunkiem sine qua non niemalże wszystkiego. Kraj, w którym księdze tej buduje się pomniki, w którym na księgę tę się przysięga, w którym księga ta znajduje się w każdym pokoju hotelowym i leży na każdym biurku każdego prezentera telewizyjnego. Kraj, w którym o księdze tej nie można powiedzieć nic złego, by nie znaleźć się w więzieniu. Bo księgę tę napisał przywódca tego kraju.
A systemem politycznym w tym kraju jest, a jakże, republika prezydencka. A legalnie działająca partia jest tylko jedna.
I kraj ten ma duże złoża bogactwa naturalnego, lecz ludzie są bardzo biedni. Nie mają publicznej opieki zdrowotnej. Nie są wykształceni. Nie są wykształceni, bo szkoły uczą ich o jednym – o owej księdze, napisanej przez przywódcę tego kraju.
Więc przywódca tego kraju otacza się specjalistami z zagranicy.
A ponieważ kraj ten ma duże złoża bogactwa naturalnego, interesy chce z nim i w nim robić wiele korporacji. By kontrakt uzyskać, nadskakują przywódcy, jak mogą i tłumaczą wspomnianą księgę na narodowe swoje języki lub takie, na które księga przetłumaczoną dotąd nie została. I kontrakty dostają.
Brzmi trochę jak z Orwella? Tymczasem kraj ten istnieje naprawdę.
To Turkmenistan.

Przeczytałam właśnie książkę, inną książkę – choć w języku polskim Ruhnama, księga, o której piszę wyżej, również jest dostępna (dzięki uprzejmości PGNiG, podobno) – książkę Arto Halonena i Kevina Fraziera, twórców filmu, którego trailer powyżej, książkę o tym, o czym jest i film. Firmy z całego świata, również z tych krajów, gdzie, wydawałoby się, poszanowanie praw człowieka jest kwestią bezdyskusyjną, robią interesy z krajami / w krajach, gdzie prawa człowieka, jeśli istnieją, to tylko na papierze i w deklaracjach. Robią interesy, zapewniając, że prędzej czy później przyniesie to korzyści także mieszkańcom owych krajów, inwigilowanym, dyskryminowanym, zastraszanym, prześladowanym, torturowanym, mordowanym. Firmy zapewniają, lecz sytuacja w krajach nie poprawia się, co gorsza, firmy przejmują niektóre praktyki rządów tych krajów… Przykłady? Ja je sobie daruję, bez liku ich w W cieniu świętej księgi.

Oczywiście, żadna książka sama w sobie nie może być zła i Ruhnama też zła nie jest. Ale jej autor gnębił swój naród bardzo skutecznie, używając do tego również tej książki. Używam czasu przeszłego, ponieważ autor ów i prezydent już nie żyje, ale nie łudźcie się – z nowego też jest kawał skur…

To, o czym opowiadają Halonen i Frazier, z trudem mieści mi się w głowie (i dlatego nawet nie próbuję tego streszczać). Złych ludzi u władzy zapewne nigdy nie brakowało, nie brakuje też ludzi, gotowych dla pieniędzy zrobić wszystko; wielkie koncerny w dążeniu do zdobycia lukratywnego kontraktu „tylko” tłumaczyły Ruhnamę i zapewniały o dobru, jakie wypłynie z ich działalności w Turkmenistanie i na świecie (bo przełożywszy Ruhnamę na kolejny język, udostępniały ten kawałek turkmeńskiej kultury kolejnym czytelnikom), ale kontrakt otrzymawszy, w bardziej bezpośredni sposób wspierały dyktaturę, na przykład wykonując dla Turkmenistanu system do permanentnej inwigilacji obywateli (przypadek Siemensa). Najbardziej jednak zdumiewa mnie to, że firmy, które tak postępowały (postępują?), to nierzadko firmy, które z własnej, nieprzymuszonej woli przygotowały swoje kodeksy postępowania, a w nich pisały o prawach człowieka jako prawach najwyższych, wymagających poszanowania bez wyjątków, zapewniały o swojej dobrej woli i poczuciu obowiązku, i zobowiązały się nie tylko do przestrzegania prawa, ale postępowaniu moralnym również w sytuacjach, których prawo nie sięga. Zrobiły to wszystko – a gdy pomęczyć je pytaniami o ich interesy w Turkmenistanie, jak czynili to Halonen i Frazier, odpowiadały: przecież nie ma zakazu, nie ma embarga na Turkmenistan.
Pic na wodę fotomontaż.

Cóż, książka W cieniu świętej księgi nie jest lekturą przyjemną, podobnie jak wiele innych świetnych książek non-fiction, cóż, na pewno nie żyjemy na najlepszym ze światów, cóż, kto chce mieć spokój i czyste sumienie, niech po książkę Halonena i Fraziera na sięga.
Ja tymczasem spróbuję zdobyć ich film.

(Arto Halonen, Kevin Frazier, W cieniu świętej księgi, przeł. S. Musielak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010)