Tag Archives: rpg

Fantasy rulez, czyli że kręci mnie prawość, dobroć i szlachetność

I stało – zaczęłam grać, przepadłam na kilka dni, odkryłam na nowo uroki fantasy, fantasy i (c)RPG, a także rozmaniakowania się, wciągnięcia się w jakiś świat tak bardzo, że jest on ostatnim, o czym myśli się przed zaśnięciem i pierwszym, o czym myśli się po przebudzeniu.

Krótko mówiąc, kilka dni wypadło mi z życiorysu, bo grałam w Dragon Age. W samym świecie Dragon Age nie ma kompletnie nic oryginalnego, gra ma też kilka wad, ale za to: a) pozwala sobie stworzyć postać taką, że utożsamianie się z nią jest banalnie proste, oczywiście jeśli ma się na coś takiego ochotę (w końcu urok RPG polega też na tym, że można grać taką postacią, która jest od nas skrajnie odmienna i czerpać z tego wielką frajdę, chociaż skrajna odmienność to przecież też podobieństwo), b) istnieją w niej kompani, którzy nie tylko po prostu idą za nami, ale mają swoje przekonania, upodobania i nie zawsze można im ufać, c) wybory moralne są zazwyczaj bardziej subtelne niż „zabić czy oszczędzić”.

No właśnie, te wybory moralne. Do tej pory zastanawiam się, czy faktycznie wolności nie można ofiarować, inaczej jest to kolejna forma zniewolenia, zniewolony o wolność musi upomnieć się sam?
A także, że ja mimo wszystko wierzę w istnienie jakiegoś obiektywnego kryterium dobra i zła – choć jednocześnie jestem przekonana, że nie znajduje się ono w zasięgu człowieka (właściwie to nie znajduje się ono w niczyim zasięgu).
I że dobro – czy raczej: pragnienie czynienia dobra, postępowanie zgodnie z zasadami (nie chodzi mi tu oczywiście o wypełnianie zasad narzuconych z zewnątrz, kodeksy honorowe ani dekalogi, ale o zasady prywatnego systemu etycznego, jeśli można to tak ująć) – jest dla mnie bardziej pociągające niż zło (znowu w uproszczeniu – jako przeciwieństwo tego, co nazwałam dobrem)… bo jest po prostu trudniejsze.

Niby tylko gra, prawda? A ile przemyśleń… ;)

P.S. Dla ciekawych, którzy też grali – tak, tak, romansowałam z Alistairem, nawet się z nim zaręczyłam, nie zgodziłam się na rytuał Morrigan i Alistair zginął, pokonując potworę (uparł się, że on to zrobi, nie ja). Anora została królową, ja – bohaterką Fereldenu. Zevran zdradził, Morrigan odeszła, Oghren po wszystkim obiecał towarzyszyć mi w przyszłości, mam wiernego przyjaciela w swoim psie, Stena odesłałam, a reszty nie zwerbowałam (przy czym Wynne zabiłam). Grałam człowiekiem – kobietą – szlachcianką – łotrzykiem. Elfy mają się dobrze, takoż i krasnoludy pod władaniem Bhelena. Magów w wieży ocaliłam (ilu mogłam), ocaliłam też Connora, pozwalając poświęcić się Lady Izoldzie. Teraz z niecierpliwością czekam na Dragon Age 2. ;)

Reklamy

Schizofrenia

Kakita Yuka i Mirumoto Nakamura zostali wprowadzeni do największego namiotu w obozie, w którym już czekał na nich głównodowodzący Daidoji Ichiro. Obok niego stał brat, młody shugenja Daidoji Saburo i kilku innych Żurawi, których Kakita nie rozpoznawała. Dwoje z nich trzymało daisho Kakity i Mirumoto.
Mirumoto wciąż był bardzo słaby z powodu ran, odniesionych minionej nocy i z trudem stał o własnych siłach.
Daidoji Ichiro gestem nakazał oddać Kakicie i Mirumoto ich daisho, po czym rzekł:
– Szpiedzy Matsu! Macie coś na swoją obronę?
– Jak już mówiłam, nie jesteśmy szpiegami – odpowiedziała Kakita. – I swoim ostrzem mogę tego dowieść. Lecz tak wielu poddanych Cesarza zginęło tego ranka, że być może lepiej będzie, jeśli spróbujemy oczyścić się z zarzutów nie kataną, a opowieścią. Szczególnie, że część naszych słów będzie mógł potwierdzić Daidoji Saburo.
Ichiro prychnął:
– Saburo ma zbyt miękkie serce i łatwo ulega także tym ludziom, którzy nie są godni zaufania. – Na te słowa shugenja tylko niżej skłonił głowę. – Jednakże macie rację, że wiele krwi rozlano dzisiejszego dnia. Opowiadajcie więc.
– Jeśli pozwolisz, zacznę od początku. Odkąd podczas gempukku poznaliśmy się i zaprzyjaźniliśmy, przemierzamy Rokugan i doświadczamy różnorakich przygód. Tylko dlatego, że udało nam się rozwikłać kilka ciekawych spraw, ośmieliliśmy się udać na zamek Matsu, by samemu sprawdzić, czy śmierć Daidoji Jiro rzeczywiście była nieszczęśliwym wypadkiem. Na zamku Lwów zginął jedyny mieszkający tam Żuraw – to oczywiste, że pierwszym, co przychodziło na myśl, było morderstwo. Niestety, daliśmy się zwieść pysze. W momencie, gdy Daidoji Saburo złożył pierwszą wizytę na zamku z informacją o krwawej waśni i propozycją dla Matsu, wciąż nie mieliśmy dowodów na to, że Żuraw został zamordowany, choć zorientowaliśmy się już, że nie był lubiany przez nikogo, żadnego Lwa, z wyjątkiem szwagra, Funuke, zaiste, wyjątkowego jak na Matsu. Funuke jako jedyny skłonny był nam pomagać, reszta Lwów odnosiła się do nas bardzo niechętnie, wręcz wrogo. Właściwie nic w tym nic dziwnego…
Mimo braku chęci pomocy ze strony Lwów, odnaleźliśmy komnatę, ukrytą w piwnicach, do której z pewnością od wieków nie wchodził nikt. W komnacie znajdowały się dwa tajemnicze zwoje, o których więcej może rzec Saburo; przy okazji jego wizyty na zamku opowiedzieliśmy mu o komnacie, więcej, zaprowadziliśmy go tam. Czy to nie wystarczający dowód na to, że nie jesteśmy i nie byliśmy po stronie Matsu?
Tymczasem na zamku działy się… dziwne rzeczy. Nocami ginęli ludzie; pozostawała po nich tylko plama krwi. Pewnego razu zobaczyliśmy coś, ciemność – ducha? demona? nie wiem, jestem bushi, nie shugenja – to „coś” zaatakowało Smoka, przeżył tylko dzięki przychylności Fortun. Pomyśleliśmy, że owo „coś” musi mieć związek ze śmiercią Daidoji Jiro, ludzie zaczęli ginąć dopiero po niej. Saburo powiedział nam, że jeden ze zwojów, które znajdowały się w ukrytej komnacie, był zaszyfrowany szyfrem Daidoji i opisywał sposób wykonania niezwykłej katany…
Założyliśmy, że ową ciemność przyzwał, może stworzył ów Żuraw, o którym wolimy nie pamiętać, a który mieszkał niegdyś na zamku i do którego musiała należeć ukryta komnata. Kiedy w lesie, w pobliżu miejsca, gdzie zginął Daidoji Jiro, znaleźliśmy klatkę, w której swobodnie mieścił się dzik – a wszak dzik miał być sprawcą śmierci Jiro – zyskaliśmy pewność, że jego śmierć nie była wypadkiem, ktoś do niej doprowadził. Przypuszczaliśmy, że to morderstwo obudziło lub ponownie przyzwało ową „ciemność”. Być może „ciemność” miała jakiś związek z tą śmiercią? Byliśmy przekonani, że pokonanie jej pomoże we wskazaniu winnego śmierci Jiro. Byliśmy też pewni, że nie zwyciężymy „ciemności” zwyczajną kataną. Kiedy widziałeś mnie w obozie, przyszłam do Daidoji Saburo z prośbą o pomoc w wykonaniu nadzwyczajnego ostrza, o którym mówił zwój, znaleziony w komnacie. Saburo zaufał nam i pomógł. Dzięki niemu i miecznikowi Matsu ostatniej nocy pokonaliśmy tę „ciemność”. Walka nie była łatwa, jak widać, Smok znowuż bardzo ucierpiał…
Niestety, pokonanie „ciemności” nie pomogło nam odkryć mordercy Jiro i zapobiec waszemu atakowi na zamek. Oczywiście nie chcieliśmy stawać po stronie Lwów, ale jednocześnie uznaliśmy za niehonorowe walkę po waszej stronie, skoro Lwy zaufały nam na tyle, by nas w ogóle wpuścić na zamek. Zdecydowaliśmy więc, że nie włączymy się do walki, a podczas oblężenia zostaniemy w swoim pokoju. Zresztą Smok walczyć by nie mógł, a ja wierzyłam, że zrozumiecie nasze pobudki. Myliłam się?

Może tak będzie, a może inaczej, tego ja nie wiem, w tym świecie – w tym systemie – nie ja jestem Mistrzem Gry. Z pewnością bohaterowie przeżyją, bo szykuje się im grubsza kampania, ale fakt posądzenia o szpiegostwo jest dość bolesny, szczególnie dla tak honorowej postaci jak Kakita Yuka. Czyli, ekhm, ja.

No tak, mam kilka imion, kilka fachów i w kilku światach żyję. Żadna książka nie rozmnaża tak ego (tak to nazwijmy, ok?) jak RPG. I tak nie wciąga. Bo od ostatniej sesji minął już tydzień, a ja wciąż zastanawiam się, co tu zrobić…

I (chyba) niczego tak nie żałuję jak tego, że nie skosztowałam RPG wcześniej, podczas studiów, przecież wiedziałam nawet, w którym pokoju trwają nocne sesje. Chociaż grywano tam pewnie w jakieś nawalanki, znacznie mniej ciekawe niż Zew Cthulhu i Legenda Pięciu Kręgów, nawet podzielone przez 2.

P.S. Frajdą jest też to, że dzięki grywaniu w ZC i L5K na dodatkowe 200% będę się smażyć w piekle. Dlaczego Zew Cthulhu, wiadomo – okultyzm i te sprawy, no, zło wcielone. A Legenda…? Bo kultura japońska jest źródłem zagrożenia.
Nie mogłam się powstrzymać ^^, ale więcej o piekle będzie innym razem.


Azjatyckie klimaty

Zaczęło się od tego, że…
Właściwie nie pamiętam, od czego się zaczęło.

Azja jest daleka, nieznana, obca, egzotyczna – więc i fascynująca. Podczas studiów mogłam chodzić na lektoraty japońskiego lub chińskiego; mogłam teoretycznie, bo rok w rok kłóciły się z moimi planami zajęć. Może gdybym chodziła, Azja zmieniłaby się w pasję?
Chętnie oglądam filmy Kurosawy, z przyjemnością czytam o Azji, nie pogardziłabym podróżą do Japonii, ale pasjonują mnie inne rzeczy. Choć zapytana o swój ulubiony film, żongluję w głowie kilkoma tytułami: koreańskiego filmu o mnichach buddyjskich i dwóch amerykańskich – akcja jednego z nich toczy się w Tokio, bohater drugiego grywa w go; choć uwielbiam anime; choć buddyzm to jedyna religia, która wydaje mi się interesująca (o ile w ogóle można nazwać go religią).

Jakoś tak wyszło, że grywamy w RPG. Po kilku miesiącach gry w Zew Cthulhu, zaczęliśmy wizytować jeszcze jeden świat – wzorowany na feudalnej Japonii Rokugan z Legendy Pięciu Kręgów. Topazowe Mistrzostwa zaliczone, ba!, wygrane, katana i wakizashi zawsze przy sobie, pojedynki jaijutsu, honor, honor, honor ponad wszystko, ceremonie parzenia herbaty, no i sake…
Lektura książki czy seans filmu to nic w porównaniu do sesji RPG.

Podoba mi się ten klimat.
Na pewno będę często korzystać z zestawu do Kung-Fu Cha.
I na pewno wrócę do Horai.


Kiedyś wszyscy oszalejemy

H.P. Lovecraft wciąż na tapecie. Stworzony przez niego świat ściśle przenika się z moim – przynajmniej raz w tygodniu grywamy w RPG Zew Cthulhu, a jako że ostatnio zostałam Mistrzem Gry, dodatkowo namiętnie czytam podręcznik i scenariusze przygód; jakiś czas temu zakończyłam lekturę zbioru opowiadań Sny o terrorze i śmierci; dziś natomiast obejrzałam film.

Ekranizacja prozy Samotnika z Providence wydaje się krokiem bardzo ryzykownym – zombies i wampiry zostały już przemielone przez kino, kogo zaś wystraszy istota, wyglądająca niczym kuzyn Latającego Potwora Spaghetti? Gdybym w scenarzystę bawiła się ja, w filmie nie byłoby ani potworów, ani krwi, jeno narastająca groza i szaleństwo – jak w najlepszych lovecraftowych opowiadaniach. Twórcy filmu Zew Cthulhu wpadli jednak na inny, równie dobry pomysł – stworzyli film czarno-biały i niemy, wypisz wymaluj, niczym z lat dwudziestych dwudziestego wieku, w których toczy się akcja licznych opowiadań Lovecrafta. I udało im się – ich dzieło, w przeciwieństwie do tak wielu kręconych dziś horrorów, nie jest śmieszne ani ohydne, ale straszne.

Lektura Snów o terrorze i śmierci tylko umocniła mnie w przekonaniu, że Lovecraft wielkim pisarzem nie był. Lecz co z tego, że pisał tak sobie, skoro wyobraźnię miał nie-sa-mo-wi-tą. Jego Wielcy Przedwieczni to istoty, które wydają mi się znajome – czy to nie one pojawiają się w koszmarach, które od czasu do czasu miewam? czy to nie ich bałam się, będąc dzieckiem?

Całe szczęście, że Mistrz Gry popada w obłęd jako ostatni…

P.S. Królestwo za Historię szaleństwa w dobie klasycyzmu!

(H.P. Lovecraft, Sny o terrorze i śmierci, przeł. R.P. Lipski, M. Kubiak, M. Kopacz, A. Ledwożyw, M. Wroczyński, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2008;
Zew Cthulhu, reż. A. Leman, USA 2005)