Tag Archives: szkoła

Jak pięknie jest żyć, jeżeli urodziłeś się tutaj

Umrzyj. Najlepiej zgiń jakoś tragicznie. Będą cię wielbić – gwarantuję.

Bycie poruszonym śmiercią osoby publicznej – piosenkarza, siatkarza, papieża, prezydenta – świadczy o byciu wrażliwym, uczuciowym, dobrym. Wzruszam się, więc jestem dobrym człowiekiem. Stąd – moim zdaniem, oczywiście – ten fenomen świeczek [‚], czyli publicznego przeżywania śmierci osoby publicznej. Ktoś umarł? Mogłam go nie znać, mogłam go nie lubić, ale wrzucę „świeczkę” w opis GG, żałobny obrazek na nk i stosownego demota, dołączę też do grupy na Facebooku i napiszę coś mądrego na jakimś forum / blipie / flakerze / Śledziku / Facebookowej tablicy. Coś mądrego, czyli Śpieszmy się kochać ludzi… Tak szybko odchodzą…, ewentualnie Niech spoczywają w pokoju.

Ja przeżywam, ja jestem lepsza niż ci, którzy zachowują dystans – cynicy, szydercy, chamy.
I nawet nie próbuj mnie krytykować!

Ludzie (uwaga, to uogólnienie!) z tej rozpaczy stali się bardzo refleksyjni, ale jest to refleksyjność płytka, powtórkowa, bezmyślna (ot, taki paradoks) – bo powtarzają utarte zwroty, wyświechtane cytaty, tak często w podobnych – ale przecież innych – sytuacjach przytaczane, że zatraciły swój sens, treść, znaczenie, a nierzadko w ogóle nijak nie pasują do tego zdarzenia. Jeśli spróbować je przeanalizować – a ja mam do całej tej niecodziennej sytuacji tak duży dystans, że analizuję – to są po prostu… głupie (żeby nie powiedzieć, że śmieszne).

Nie dziwię się, że banały mówią i piszą politycy (vide strona www Olechowskiego i blog Girzyńskiego); oni znali ludzi, którzy zginęli w katastrofie TU-154 w Smoleńsku, niektórych pewnie znali bardzo dobrze, niektórych pewnie bardzo szanowali, a zamiast niektórych sami mogli znaleźć się w samolocie – gdybym była na ich miejscu, pewnie byłabym w ciężkim szoku i naprawdę brakowałoby mi słów. Ale czemu ogłupieli zwykli ludzie, którzy często ofiary tej katastrofy znali jedynie z mediów, a nawet wyrażali się o nich nieszczególnie pochlebnie (delikatnie mówiąc)?

Nie uważam, aby ludzie (uwaga, wciąż uogólniam), publicznie przeżywając tę katastrofę, udawali swoje poruszenie. Jestem pewna, że naprawdę są w lekkim szoku. Na co dzień nie przyzwyczajeni do głębszej refleksji, swoją potrzebę bycia uduchowionym, wrażliwym, dobrym zaspokajali najprościej jak można – słuchaniem Feel, czytaniem Coelho (to nie mój pomysł – gdzieś kiedyś wyczytałam teorię, że Coelho ma takie powodzenie właśnie dlatego, że jest lekkostrawny, ale pozornie głęboki, dzięki czemu jego czytelnicy, czytając go, czują się lepszymi ludźmi) i wzruszaniem się na ckliwych filmach, nie mają przemyśleń o świecie i mocno zaskakuje ich zdarzenie, pokazujące (bądź sugerujące, jeśli się wierzy w osobowego Boga), że świat nie jest reżyserowany, a za zdarzeniami nie kryje się żadna logika i nawet najważniejsze osoby w państwie mogą umrzeć, na dodatek w drodze na obchody rocznicy jakiegoś ważnego dla kraju wydarzenia. Innymi słowy, śmierć „nie patrzy”, czy „nadchodząc” w tym a nie innym momencie zepsuje jakiś scenariusz.
(Jako mgr filozofii mam dużo różnych teorii, własnych lub zapożyczonych; mam też taką, według której ludzie w ogóle chętnie wierzą w osobowego Boga, bo osobę można przebłagać, by do czegoś nie dopuściła, coś uczyniła, w czymś pomogła i tym podobne, a z prawami natury trudno dyskutować.)

Ten ogólny niski poziom refleksyjności sprawia, że dorośli, inteligentni ludzie, odczuwając coś, nie potrafią tego zanalizować, określić, nazwać i wypisują takie bzdurki (a tu źródło):

To niewiarygodne, bez względu na to jakie są moje zapatrywania polityczne … rozpłakałam się. Usiadłam i zaczęłam się zastanawiać co jeszcze mnie czeka.
Nie ogarniam pewnych sytuacji.
Nie ma Jana Pawła II …
Nie ma Prezydenta …
Kto następny?
Co następne?
Polska się kruszy, rozpada … teraz tylko czekać kiedy wybuchnie.
Tym samolotem leciało 96 osób (na razie są sprzeczne informacje), ludzi, pojedynczych istot będących dla najbliższych całym światem. Każda tragedia mną wstrząsa, szczególnie lotnicza, bo panicznie boję się latać … ilu z nich też bało się latać? Ilu leciało, bo lecieć wypadało? Przecież byli w pracy. Ilu z nich krążąc czwarty raz nad smoleńskim lotniskiem wiedziało już, że ten lot zakończy się ich śmiercią?

Dokładnie 70 lat temu w lasach katyńskich rozstrzelano elitę intelektualną … dziś te lasy pochłonęły elitę polityczną naszego kraju, przedstawicieli rządu i Wojska Polskiego.
To przeklęte miejsce.
Miała być zwyczajna sobota, a 10 kwietnia 2010 r. przechodzi do historii Polski i Europy.
W lasach katyńskich modlą się właśnie za zmarłych 70 lat temu … i za zmarłych dziś rano.
W radiu muzyka bez słów.
W myślach czarno białe zdjęcie Pary Prezydenckiej.
Mnóstwo refleksji się nasuwa.
A łzy same napływają i kapią na śniadanie, które dziś spóźnione …

Poza żałobą narodową, nie ma związku między śmiercią Jana Pawła II i Lecha Kaczyńskiego. Śmierć ani jednego, ani drugiego nie może spowodować szkód w Polsce (gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że w przypadku tego drugiego należałoby raczej mówić o korzyściach). O wiele „łatwiej” zginąć podczas jazdy samochodem niż lotu samolotem (choć w przypadku TU-154 ta różnica jest nieco mniejsza), poza tym w tej akurat sytuacji, jak się wydaje, pilot przecenił swoje możliwości (albo ktoś przecenił jego). Że chodzi o Katyń – ot, tak się przydarzyło…
W całym tym długim tekście tylko jedno zdanie ma – znowu, oczywiście, moim zdaniem – sens, to o najbliższych ofiar. Ale królestwo za odpowiedź na pytanie, dlaczego współczucie dla rodzin ofiar tej katastrofy, a nie dla rodzin ofiar wypadków drogowych z ostatniego tygodnia?
Jestem pewna, że autorka, pisząc to, odczuwała dużo i intensywnie, być może nawet ciekawie dla postronnej osoby, ale ukryła to pod Mnóstwo refleksji się nasuwa.

Do tej niskiej refleksyjności dochodzi przekonanie, że Polska jest krajem-ofiarą, nieustannie doświadczanym rozmaitymi cierpieniami, tym nieszczęsnym Chrystusem narodów.

Zadziwiająca jest zbieżność okoliczności, dat, rocznic, powtarzalność historii i męczeński charakter naszych dziejów.

Jesteśmy Narodem Wybranym. Poza Żydami nie znam drugiego tak, tu brak mi słowa, metafizycznego narodu. Jakby jakaś cienka granica łączyła nas z innym światem. Te wszystkie prawidłowości, powtarzalność i w gruncie rzeczy niesamowita przewidywalność polskiego męczeństwa przerażą.

Przerażają nawet liczby.

Katastrofa określana słusznie mianem największej niewojennej tragedii Polski w historii miała miejsce dokładnie w siedemdziesiątą rocznicę największego zbiorowego mordu jakiego dokonano na polskiej elicie, dokładnie w tym samym miejscu.

11. listopada 1918 roku odzyskaliśmy niepodległość. W 20 lat i 10 miesięcy po tych wydarzeniach wybuchła II Wojna światowa. 20 lat i 10 miesięcy temu odbyły się w Polsce pierwsze demokratyczne wybory w powojennej historii. Z dokładnością niemal do jednego dnia.

5 lat temu zmarł Jan Paweł II. Zmarł dokładnie w sobotę poprzedzającą oktawę wielkanocną czyli w kalendarzu liturgicznym dokładnie 5 lat temu.

Jestem daleki od przesądów, staram się twardo stąpać po ziemi, ale czy taka zbieżność nie powinna zastanawiać?

(tutaj całość)

Ludzie uwielbiają symbolikę i dopatrują się jej gdzie tylko się da. Nic w tym dziwnego (czyt. zgadza się to z moją wcześniejszą teorią) – jest symbolika, jest więc jakiś sens, sens w tych wszystkich zdarzeniach, kryje się za nimi jakaś logika. Lepiej (przyjemniej) mieć poczucie, że żyje się w świecie logicznym, uporządkowanym, sensownym, niż w świecie przypadkowym, gdzie wszystko może się zdarzyć, gdzie może mnie dotknąć jakaś tragedia.

Łatwo wierzyć w miejsca przeklęte, symbolikę i mesjanizm polskiego narodu – tego nas uczą w szkole. Tak! Kończąc liceum, szczerze podzielałam tę wiarę – czytałam przecież Mickiewicza i Słowackiego, uczyłam się na historii o zaborach i powstaniach. Ale potem czytałam, czytałam i oglądałam – reportaże, powieści z „mniej popularnych” krajów europejskich, filmy różne a dziwne, zobaczyłam też to i owo, odwiedzając Słowację, Węgry, Rumunię… Historia Polski jest tragiczna, ale to samo o swojej historii mówią inne narody. I, jeśli o mnie chodzi, jestem skłonna przyznać, że kraje bałkańskie i kaukaskie dzierżą palmę „tragiczności”.
I stąd właśnie tytuł tej notki.

Od wczoraj Polacy zbiorowo cierpią, a media atmosferę cierpienia podkręcają. Ludzie nie zastanawiają się, co naprawdę czują – powtarzają za innymi utarte frazesy. A co się naprawdę stało? W katastrofie lotniczej zginęło kilkadziesiąt osób. To się zdarza – nie codziennie, ale się zdarza. Wyjątkowe jest to, że były to osoby, zajmujące bardzo ważne stanowiska w kraju. Wyjątkowe – wyjątkowo głupie, jak się wydaje – były też okoliczności. Jeśli ktoś uważa, że ofiary były fachowcami w swoich dziedzinach, nie dziwię się, że rozpacza. Ale ja – i pewnie nie tylko ja – takiego przekonania nie podzielam.

Nie widzę powodów do rozpaczy. W Polsce jest całkiem dobrze, naprawdę – mamy własne niepodległe państwo, w przeciwieństwie do Czeczenów, nie ma u nas wojny, jak w krajach afrykańskich, nie rządzą nami fanatycy, jak w Iranie, nie ma u nas cenzury, jak w Chinach i nie musimy się obawiać innego kraju, który tylko czyha, by nas napaść, jak Gruzini. W konflikcie w Darfurze, ciągnącym się od 50 lat, codziennie ginęło więcej ludzi, niż zginęło wczoraj w Smoleńsku (oczywiście licząc średnio, a jako źródło posłużyła mi Wikipedia).

Fajnie, że ludzie chcą się czuć ludźmi dobrymi, ale szkoda, że ograniczają się do [‚] i współczucia od wielkiego dzwonu – mogą codziennie klikać w brzuszek Pajacyka, mogą wziąć zwierzaka ze schroniska, mogą wpłacić pieniądze na chore dziecko, mogą czytać i pomagać, mogą wziąć udział w akcji AI… Możliwości są miliony.
Ale niewielu się chce.

PS A Demotywatory rządzą ;)

Reklamy

Powroty są trudne

Przetransportowanie pięćdziesięciokilogramowego ciała z Krakowa do Torunia jest o wiele prostsze niż przestrojenie psychiki z opcji „beztroski pobyt u Lubego” do „obowiązki studentki ostatniego roku”. I to pomimo tego, że obowiązków studentka ma niezbyt wiele, ma natomiast wizje licznych studenckich rozrywek.

Tymczasem z trudem przypomniałam sobie, o której jutro mam wykład, a o której lekcje w szkole.
Nie mogłam przyzwyczaić się do obecności współlokatorki; irytowały mnie jej roztargnienie, generowany przez nią bałagan i nieustanny zadowolony szczebiot.
Rozbolała głowa.
Przeraziła myśl o konieczności spotykania się z ludźmi niezależnie od tego, czy mam na to ochotę, czy nie.
I – jak gdyby tych tragedyj było zbyt mało – padło GG.

Ale współlokatorka wyszła, ale jest rum do herbaty, ale mogę wziąć ciepły prysznic.

Nie potrafię marudzić zbyt długo.


Zmarnowałam podeszwy

Zmarnowałam podeszwy w całodziennych spieszeniach, lecz nie jestem słoneczna, siebie pewna i rada, jako że większość przedreptanych przeze mnie (kilo)metrów okazała się daremna, albowiem dziekanaty nie rozdają skierowań na praktyki (lecz przynajmniej udzielają pewnych informacji, a ponadto wręczają karty egzaminacyjne i numery indywidualnych kont, na które studenci bezpłatnych studiów dziennych uiszczają opłaty, niezbędne do wydania dyplomu, 60 zł, bagatela), profesorowie Wydziału Nauk Pedagogicznych nie przychodzą na konsultacje (w IF to nie do pomyślenia), a godziny dziekańskie skracają dyżury opiekunek specjalizacji. Cóż. Żivot nie zawsze je cudo.

Dzień uratowały moje praktyki. Zwizytowałam tylko jedną lekcję, lecz była to akurat etyka… Wciąż pozostaję pod wrażeniem. Ta jedna zwyczajna lekcja etyki, którą widziałam, była bardziej sensowna niż wszystkie lekcje religii, w których jako uczennica chcąc nie chcąc brałam udział. Taka lekcja naprawdę COŚ uczniom daje. I mnie (o dziwo?) również dała – kilka tematów do przemyśleń…

Teraz odpoczywam. I powoli dociera do mnie – nareszcie! – że za kilka dni będę daleko, za górami i lasami (dosłownie), będę słyszeć obcy język i oglądać obcy kraj. Wyjątkowo przyjemne uczucie.

Więc te całodzienne spieszenia coś jednak dają – może nie padnę już w pierwszym dniu zwiedzania Klużu.