Tag Archives: Terra Incognita

Nie wiedzy nam brakuje. Brak nam odwagi, by to, co wiemy, zrozumieć i wyciągnąć z tego wnioski

Wyprowadziłam się z Krakowa. Mam biblioteczkę o błękitnych ścianach, jeszcze niezabudowany kominek, słoneczny balkon i niewykończony taras, wokół którego w przyszłości zielenić się będą trawa, zioła, krzewy i owocowe drzewka (a może nawet jakieś warzywa, któż wie?). Z okna wspomnianej biblioteczki widzę wzgórza Jury Krakowsko-Częstochowskiej, w godzinach rannych i popołudniowych ukryte zazwyczaj za delikatną mgłą.
Do i z pracy jeżdżę pociągiem.
A w pociągu czytam książki. Dużo książek.

Ostatnio przeczytałam Wytępić całe to bydło Svena Lindqvista. I, choć zabrzmię banalnie, muszę to napisać: jest to książka niezwykła, nic podobnego dotychczas nie wpadło w moje ręce.

Narrator przemierza Algierię, poszukując śladów zbrodni, dokonywanych tam przez kolonizatorów, a jednocześnie prowadzi historyczne (i literackie) badania nad tezą, że Holocaust nie był wydarzeniem jedynym w swoim rodzaju, lecz – gatunkowo – tym samym, co miało miejsce w koloniach, tyle że przeniesionym do serca Europy, tj. prostą konsekwencją przekonania, które w XIX wieku podzielała większość Europejczyków, mianowicie: że istnieją rasy, narody niższe (należą do nich m.in. narody, nie posiadające własnego państwa), skazane na wymarcie, a „pomoc” w ich unicestwieniu jest wręcz darem łaski. Przekonanie to wspaniale obrazuje jedno zdanie – tytułowe wytępić całe to bydło – pojawiające się w Jądrze ciemności Conrada.

Sven Lindqvist przeplata opisy niewiarygodnie męczącej podróży po Algierii (bo upał, bo piasek, bo upał, bo kurz, bo upał, bo brak wody, bo upał) ze swoimi przemyśleniami, powstałymi na skutek lektury powieści Conrada i Wellsa, a także dziewiętnastowiecznych artykułów (popularno)naukowych i wspomnień / pamiętników, nie szczędzi też rozmaitych „ciekawostek” historycznych (zazwyczaj bardzo przykrych). Taka forma sprawia, że książkę czyta się jako coś bardzo osobistego – proces dochodzenia do stwierdzenia, że Europejczycy, pyszni, okrutni, niesprawiedliwi i ślepi na to, co dla nich niewygodne, mają na swoim sumieniu całe narody. Jednocześnie Lindqvist odtwarza nastroje epoki i „mutowanie” idei, która, jego zdaniem, była podstawę Holocaustu, a informacje, jakie podaje, zarówno historyczne, jak i literackie (np. jak zmieniało się zaludnienie Ameryk po przybyciu tam Europejczyków i co czytał Conrad, pisząc Jądro ciemności) są – przynajmniej dla mnie – bardzo ciekawe i stanowią interesujące wskazówki dla zrozumienia / tłumaczenia pewnych zjawisk.

Taka forma ma też swoje minusy. Cała ta „prywatność” książki sprawia, że czuję sympatię do autora-narratora, lecz jednocześnie pewną nieufność do informacji, które podaje. Ale, paradoksalnie, minus przekształca się w plus – Wytępić całe to bydło nie jest dla mnie po prostu źródłem informacji o świecie, z większymi lub mniejszymi walorami literackimi, ale książką-wskazówką – jeśli chcę zrozumieć, świat zrozumieć, to nad czym powinnam się zastanowić? po jakie dzieła sięgnąć? jakich informacji poszukać? W efekcie jestem niemalże zachwycona poświęceniem Lindqvista – zajął się bardzo bolesnymi dociekaniami po to, żebym ja zrozumiała coś więcej z otaczającego mnie świata.
I dlatego bardzo tę książkę polecam.

Zapewne nie bez znaczenia w tak pozytywnym odbiorze książki jest dla mnie fakt, że wyniki badań Lindqvista, choć tak nieprzyjemne dla nas, Europejczyków (i naszych „potomków” we wszystkich dawnych koloniach), są miodem, lanym na moje serce. Dlaczego? Bo pokazuje mi, jak zmieniały się powszechne przekonania, „ideowe paradygmaty”, panujące w Europie – niegdyś rdzenny mieszkaniec Afryki, Australii, Ameryki był brakującym ogniwem między człowiekiem i zwierzęciem, a przez to, zgodnie z teorią ewolucji Darwina, istotą, podobnie jak np. orangutany, skazaną przez samą naturę na wyginięcie; dziś jednak ludzie, którzy tak uważają (i ośmielają się głośno to powiedzieć), to mniejszość. Jestem przekonana, że w przyszłości podobnie będzie ze stosunkiem do innych zwierząt (tzn. nie homo sapiens, wszak człowiek to też zwierzę) – dziś większość walkę o godne traktowanie zwierząt, o takich ideach jak wegetarianizm nie wspominając, traktuje jak coś śmiesznego, jeśli nie godnego potępienia (kto by tam przejmował się zwierzętami, gdy tyle dzieci głoduje), ale jestem pewna, że w przyszłości termin szowinizm gatunkowy będzie stał na równi z rasizmem, a szowiniści gatunkowi, tak jak dziś rasiści, znajdą się w mniejszości.

Ty już to wiesz. Ja również. Nie wiedzy nam brakuje. Brak nam odwagi, by to, co wiemy, zrozumieć i wyciągnąć z tego wnioski.

Amen.

(Sven Lindqvist, Wytępić całe to bydło, przeł. M. Haykowska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009)

Reklamy

Definicja tragedii

Dobre miejsce do umierania Wojciecha Jagielskiego – moja dwunasta książka w tym roku i zarazem książka, która ponosi winę za to, że mam tak wielki dystans do wiecie-jakiej-katastrofy.

Gruzja.

Na rogu chłopak się zatrzymał. Staliśmy przed spalonym parterowym domem.
– A tu mieszkali Ormianie, nasi sąsiedzi. Zabiliśmy ich.
Ogródek przed domem zarośnięty był chwastami, po podwórku walały się połamane krzesła, szmaty, pogięte metalowe rondle, wiadra.
– Nic przeciwko nim nie mieliśmy. Nawet im pomagaliśmy, bo bali się wychodzić na ulicę.
(…)
Wyszliśmy z ruin na podwórze. Przy płocie, na wysokich żerdziach pięła się winorośl. Od strony domu liście i łodygi były sczerniałe od ognia.
– To było pod koniec lipca. Wieczorem do miasta przyjechało kilkunastu chłopaków z Suchumi. Powiedzieli, że syn naszego sąsiada walczy po abchaskiej stronie. Wieczorem przyszli do ich domu. Wiedziałem, na co się zanosi, więc zawołałem kilku chłopaków z karabinami i weszliśmy na podwórko.
Kazaliśmy Ormianom wyjść na dwór. Było ich sześcioro – stary, jego żona, brat, dwie córki i młodszy syn. Chłopak miał może za dwadzieścia lat, a dziewczyny po piętnaście. Powiedzieliśmy, że są zdrajcami, bo ich syn walczy przeciwko Gruzji. Dwóch naszych chłopaków wzięło ich za chlew. Rozstrzelali ich. I tak by zginęli. Chcieliśmy im oszczędzić strasznej śmierci. W końcu to byli nasi sąsiedzi i nie zrobili nam nic złego.

Tragedia – kiedy sąsiedzi zabijają sąsiadów.

Takich i podobnych historii – dotyczących pojedynczych ludzi, rodzin bądź całych narodów – są w Dobrym miejscu do umierania dziesiątki. Jagielski to zwiększa, to zmniejsza zoom – to „obejmujemy wzrokiem” cały Kaukaz, to „patrzymy” na maleńką wioskę, o którą spierają się Inguszowie z Osetyjczykami. Te skoki wywołać mogą zawroty głowy – kto w końcu bije się z kim, gdzie, kiedy, o co?
Owo pomieszanie nic jednak książce nie umniejsza, raczej potęguje wrażenie tragicznego bałaganu, który rozpętał się na Kaukazie po upadku ZSRR. (Na który to bałagan czujnie spogląda Mateczka Rassija, ugrywając z niego jak najwięcej dla siebie.)

A więc takich i podobnych historii są w książce dziesiątki. Jagielski spotykał tych ludzi – tych, którzy zamordowali sąsiadów, tych, którzy stracili całą swoją rodzinę, tych, którzy bili się o swoje – ich zdaniem – ziemie, tych, którzy po prostu chcieli przetrwać i polityków, i urzędników, i nauczycieli, i żołnierzy, i Gruzinów, i Ormian, i Osetyjczyków, i Czeczenów, i Inguszów, i Azerów… Spotykał ich i w Dobrym miejscu do umierania opowiedział to, co opowiadali oni, i opisał to, co widział sam – zniszczone miasta i piękną przyrodę. Piękno kaukaskich krajobrazów w kontekście takich historii robi szczególne wrażenie – jak w takim miejscu mogło dojść (może dochodzić) do takich rzeczy?

Mimo wszystko Dobre miejsce do umierania jest książką bardzo… suchą, surową, nie-emocjonalną. Reportaże nie zawsze takie są – ba, często takie nie są – a może i szkoda. Bo ta suchość i surowość dodatkowo podkreśla tragedie, które miały (mają) miejsce na Kaukazie.

I może dlatego, że czytałam właśnie te książkę – suchy reportaż z Kaukazu – gdy zdarzyła się wiecie-jaka-katastrofa, i lekturę książki Jagielskiego przemieszałam z lekturą artykułów na portalach, te drugie tak bardzo mnie zawiodły? Rozemocjonowane, często pozbawione jakichkolwiek konkretnych informacji, za to pełne banałów… innymi słowy zupełnie nie takie, jakich wymagałabym w takiej chwili od dziennikarzy.

(Wojciech Jagielski, Dobre miejsce do umierania, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005)


Głową o mur

Sprawa Rosja vs. Gruzja wciąż gorąca i na, że tak powiem, topie. Wciąż coś się dzieje. Co? Przyznaję, nie bardzo rozumiem. Czytam Głową o mur Kremla Krystyny Kurczab-Redlich – aktualnie o sprawie czeczeńskiej, ale to nieistotne, bo ludzie dzierżący w Rosji władzę zdają się ciągle działać podobnie, ciągle stan własnego konta ma dla nich nieporównywalnie większe znaczenie niż życie jakichś tam ludzi i to nieważne, czy są to Gruzini, Czeczeńcy czy Rosjanie – i rozumiem jeszcze mniej. Albo tak mi się wydaje. Bo rację ma pani Kurczab-Redlich, gdy pisze:

Jakże jesteśmy leniwi! Z jaką łatwością przyjmujemy stereotypy, uproszczenia, fałsze, byleby nam się łatwo ułożyły w dotychczasowej świadomości, byleby nie wymagała ona od nas nadmiernej rewizji ocen! I jakże nas nużą tych stereotypów i fałszerstw sprostowania! Wymagają przewartościowania sądów. Skupienia… A to zabiera tyle energii! To zabiera czas… Niby interesuje nas prawda, ale pod warunkiem, że nie jest zbyt skomplikowana. (s. 240)

Prawda, tak – ale prosta i przyjemna, w żadnym wypadku nie przerażająca. A obraz Rosji, który się w mojej głowie tworzy pod wpływem lektury Głową o mur Kremla, a także jakiś czas temu obejrzanej (i, jak teraz sądzę, zupełnie nie zrozumianej – seans należałoby powtórzyć) Spawy Litwinienki jest straszny. Żadne tam Anny Kareniny, Wolandy ani Raskolnikowy, ale martwa, bo niewygodna Politkowska i martwy, bo niewygodny Litwinienko, Car gniewny: umrzem, rozweselim Cara, świetny film Ładunek 200 o rozkładającym się ZSRR (a może jednak chodzi o dzisiejszą Rosję?) i Putin, bardziej zły niż sam szatan (bo ten choć zła pragnie, to jednak dobro czyni). Łapię się na myśli, że wolę tego wszystkiego – Rosji, Gruzji, świata – nawet nie próbować zrozumieć.
Ale czytam Głową o mur Kremla dalej. Bo jednak fascynuje…

A oto co autorka – wieloletnia korespondentka z Rosji – napisała w swej książce (a jest ona sprzed roku) na temat Rosji i Gruzji:

Mówimy „Rosja”, najczęściej nie zdając sobie sprawy z jej przestrzeni ani z emocji w tej przestrzeni rozproszonych. Emocji, które po rozpadzie Związku Radzieckiego zamieniły różne części tego państwa w obszary krwawych zmagań narodowościowych. (…)
Kto (…) rzeczywiście liczył się z tym, że kolos (ZSRR) upadnie?
Upadł. Glina z jego nóg rozprysnęła się na cały Kaukaz. Zmieszała z krwią. Do wolności rwała się Gruzja. Odłączył ją od Kremla pierwszy demokratycznie wybrany prezydent Zwiad Gamsachurdia. Zdawało się wtedy, że jeden jego podpis pod hardym postanowieniem nowo wybranego parlamentu – do odłączenia – wystarczy. (…)
Gruzja wywalczyła suwerenność dopiero trzynaście lat później! Czeczenia dławi się do dziś. (…)
Gruzja to państwo wielonarodowościowe. W jego skład od wieków wchodzą między innymi Abchazja i Osetia Południowa. Zawsze chciała rozpostrzeć nad nimi parasol Moskwa, usiłująca zniweczyć wolnościowe, separatystyczne dążenia Gruzinów. Dla Kremla najprostszym rozwiązaniem zawsze jest wojna. Teraz okaże się przydatna w walce przeciw Tbilisi. I Moskwa dała Abchazom sygnał: ponieważ Gruzja uważa, że ma prawo wyrwać się z Rosji, to my wam dajemy prawo wyrwać się z Gruzji. Naprzód! (…)
I rosyjska machina wojenna obróciła się przeciw Gruzinom. Oczywiście nie wprost, lecz wykorzystując Abchazów i Osetyjczyków. „Rosyjscy wojskowi wyposażyli Abchazów i Osetyjczyków w strategiczne bazy przeciwlotnicze. Miejscowości Gauduata bronił rosyjski system Buk, Eszerę wyposażyliśmy w mobilne systemy Osa. Wojskowe magazyny też okazały Abchazom wszelką pomoc. Rozumie się, że takimi usługami oficjalnie się nie afiszowano, ale rosyjscy wojskowi na Kaukazie nie zaprzeczali, że z gruzińskimi siłami powietrznymi walczą właśnie oni” – pisze Michaił Zyrochow (generał lotnictwa radzieckiego) w specjalistycznym raporcie przeznaczonym dla armii. (…)
Mijają lata, a podżeganie i rozniecanie przez Moskwę konfliktów wewnętrznych w republikach nie ustaje. Zwłaszcza w tych, które ośmieliły się zdecydowanie przeciwstawić Kremlowi. Walka Moskwy z Tbilisi trwa. Po wielu latach zwycięża tam (w 2003 roku) „rewolucja róż”. Kreml po dziś dzień nie pogodził się z wywalczoną wtedy niepodległością Gruzji, z jej proamerykańską polityką. Nadal prowokuje do starć, wykorzystując do tego celu wasalne republiki. W 2006 roku już nie ma wszyscy obywatele Abchazji i leżącej nieopodal – również promoskiewskiej – Adżarii mają rosyjskie dowody osobiste i tworzą w Gruzji silne prokremlowskie enklawy. Rosyjskie bazy wojskowe wciąż w Gruzji istnieją. Rosyjski urząd celny nie przepuszcza gruzińskich win, co dla gruzińskich finansów jest uderzeniem w splot słoneczny. Za to rosyjscy biznesmeni na bardzo korzystnych warunkach współpracują z biznesmenami z Abchazji, Adżarii czy Osetii Południowej. (…)
Wojna między Rosją a Gruzją, z udziałem Abchazji, trwa. Wojna na słowa, na zbrojne prowokacje, na cła i bazy wojskowe. W lipcu 2006 roku gruziński parlament zażądał natychmiastowego wycofania rosyjskich sił pokojowych z Abchazji i Osetii Południowej.(…)
Uparci są obaj: wybrany w 2003 roku prezydent Gruzji Michaeil Saakaszwili i Władimir Putin. Saakaszwili chce do końca oderwać od imperium teoretycznie niepodległą Gruzję. Całą, wraz z nieuznanymi przez świat separatystycznymi republikami. Czy jest despotą? Byłby, gdyby Abchazji czy Osetii Południowej chodziło o niepodległość. Ale im idzie o podporządkowanie się, i to pełne, nieprzyjacielowi Gruzji – Kremlowi.
Gdy Saakaszwili ustąpi, zamiast oddziałów sił pokojowych będzie miał pod bokiem garnizony rosyjskiej armii, strzegące południowych granic Federacji Rosyjskiej przed wrogiem. Jak zwykle – amerykańskim.
Taki oto jest układ między Moskwą a republikami, które wywalczyły niepodległość. Wieczny układ między siecią a rybami. (rozdz. Raj mniej więcej, s. 95 – 103)

Polecam książkę, polecam. Niestety…

(Krystyna Kurczab-Redlich, Głową o mur Kremla, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007)