Tag Archives: Węgry

I <3 Węgry

Na początku był chaos. A potem odkrycie, że dobre wino nie jest złe (ktoś temu zaprzeczy?).
I przyszedł czas na kilka podstawowych (s)twierdzeń:
1) Jednym z miejsc, gdzie robi się (na pewno dobre) wino, są całkiem bliskie (no, od Krakowa), ciepłe i klimatyczne Węgry.
2) Jednym z węgierskich miast, które słynie z wina, jest nieduży, prześliczny Eger.
3) Jednym z najbardziej znanych egerskich win jest Egri Bikavér (coupage, czyli mieszanka, win czerwonych /a tak właściwie to win z różnych odmian winogron/; ostatnio – po degustacji win z Górnej Adygi* – zaczęłam wierzyć, iż nie masz wina nad wino białe, ale co Egri Bikavér, to Egri Bikavér, nie?).
4) W lipcu, na św. Donata, w Egerze odbywa się Święto Egri Bikavéra.
I właśnie dlatego, gdy G&K (nie mylić z G. ani z K.), wybierający się na tegoroczne Święto Egri Bikavéra, zaproponowali nam współudział w wyprawie, długo się nie wahaliśmy (no, ja się nie wahałam właśnie z tych powodów, za K. pisać nie będę, ale i on obiekcji nie miał).

I oto spędziliśmy w Egerze jeden z lipcowych upalnych weekendów. I było… ech, długo by opowiadać.

Samo Święto Egri Bikavéra – znaczy się, impreza na Dobó Tér, czyli egerskim rynku – okazało się nie być niczym nadzwyczajnym, ot, takie trochę bardziej wypasione krakowskie Dni Węgrzyna, z nieco lepszą muzyką, większym wyborem win i przede wszystkim piciem z kieliszków (z okazjonalnym nadrukiem), nie z plastikowych kubeczków (a fuj!). No, ale niezależnie od święta, trzeba było odwiedzić Dolinę Pięknej Pani, gdzie piwniczek jak mrówków, win do wyboru, do koloru, od bardzo niesmacznych do przepysznych, a ceny miłe portfelowi (wino w butelkach plastikowych kosztowało 400 forintów za litr, podczas gdy 1000 forintów = 15 zł; wino „normalne”, w szklanych butelkach, kosztuje oczywiście więcej, ale do polskich cen wciąż jest im bardzo daleko). Dodatkowo winiarze, w nadziei, że uda się coś sprzedać, chętnie dają win próbować… w efekcie czego bardzo łatwo wstawić się za friko (przy czym panuje zasada, że im piwniczka mniej elegancka, tym chętniej lejący wino winiarz, a w tych najbardziej klimatycznych trzeba w końcu od winiarza uciekać :)).

Odwiedziliśmy naście piwniczek (a może dziesiąt?). Upał był ponad trzydziestostopniowy, a Muskately z pierwszej piwniczki, do której wpadliśmy, piwniczki #2, wspaniale gasił pragnienie, więc Muskately kupiliśmy (w plastiku). W Chateau Wanda nabyliśmy Egri Bikavéra, bo jak to tak wrócić ze Święta Egri Bikavéra bez butelki Egri Bikavéra? W piwniczce Tótha Ferenca, pamiętanego przez nas z jednej z degustacji krakowskich, odbywającej się właśnie z okazji wspomnianych Dni Węgrzyna, była wspaniała promocja Dobrej Córki, Édes Lányom, więc kupiliśmy dwie butelki. W jeszcze innej piwniczce młody sommelier chętnie częstował nas winami, z których najsmaczniejsze było wino węgierskie o nazwie nie do zapamiętania; wzięliśmy litr, bo skoro smaczne, to czemu nie brać? Ale wszystkie piwniczki i wszystkich winiarzy przebił starszy pan z piwniczki #23, który mówił dużo po niemiecku i trochę po włosku, częstował winem bez opamiętania, winem smacznym, słodkim, jak powiedział – lodowym; gdy postanowiliśmy je kupić, dał je nam w szklanych butelkach, ale bez etykiet. I jeszcze wszystkie butelki, które jak dotąd nosiliśmy w reklamówkach, zapakował nam do kartonu. No mamma mia, naprawdę, powiadam Wam, Dolina Pięknej Pani i piwniczka #23 to obowiązkowe miejsce wizyty podczas pobytu w Egerze.

Co przywieźliśmy w plastikach, to już skonsumowaliśmy. Ale owo wino ponoć lodowe jeszcze stoi w naszym barku. Podobnie Egri Bikavér i jedna butelka Dobrej Córki (druga poszła na prezent). Czekają na jakąś wspaniałą okazję – miłą wizytę, parapetówkę albo po prostu jakiś przyjemny, ciepły wieczór na podkrakowskiej wsi (bo w dwa tygodnie po egerskiej wyprawie porzuciliśmy Kraków i wprowadziliśmy się DO DOMU, który wreszcie nam wyrósł kilka kilometrów od Krakowa, ale to temat na zupełnie inną notkę).

Bardzo lubię Dolinę Pięknej Pani, Eger i w ogóle Węgry – z ich piękną pogodą, winem, kwiatami, słodkimi owocowymi chłodnikami i mieszkańcami, którzy mówią w językach, których kompletnie nie rozumiem (bo z niemieckiego kumam niewiele więcej niż z węgierskiego), ale którzy obdarowują na ulicy śliwkami (autentyk!) i wprowadzają na egerskie baseny nieoficjalnym wejściem przez kuchnię jakowegoś baru (też autentyk! drugiego dnia pobytu w Egerze spaliłam sobie plecy na tamtejszych odkrytych basenach, za jedyne 500 forintów zamiast 1600). O winiarzu z piwniczki #23 nie wspominając. :)

* Bywając w Krakowie, raz na jakiś czas można wbić się na darmowe degustacje win, organizowane przez Collegium Vini (wystarczy uważnie śledzić ich stronę www). Po kilku degustacjach nawet tacy zatwardziali „pijacy” jak K. i ja („pijak” jako ktoś, kto wino wypija, w odróżnieniu od tego, kto tylko smakuje i wypluwa do kubełka – tak naprawdę degustuje się właśnie w ten, bezpieczny dla głowy i wątroby, sposób, no ale przecież żal tyle wina marnować! zwłaszcza, gdy jest dobre) zaczynają kumać, jak wino wąchać, rozróżniają szczepy, a przede wszystkim odkrywają, jakie wina im smakują bardziej, a jakie mniej.

Reklamy

To już maj

W piątek zmoknęliśmy podczas zwiedzania Sigiszoary. W sobotę deszcz przegonił nas z ogródka do wnętrza restauracji w Oradei. W niedzielę padało, gdy wyjeżdżaliśmy z Tokaju, padało, gdy jechaliśmy przez Słowację i padało, gdy dojeżdżaliśmy do Krakowa.

Tymczasem dziś jest pięknie. Słonecznie. Ciepło.
Nie mogę wyjść z podziwu.

Wygrzewam się siedząc przy oknie, niczym kot. Nawet tak pięknej pogodzie nie dam się skusić na spacer. Dzisiaj odpoczywam.

A jutro wyciągam K. do kina, gdyż mamy spore filmowe zaległości…