Tag Archives: Wenecja

Jeszcze zima

Chociaż Kota gubi futro na potęgę, stanowczo zaprzeczam plotkom, jakoby w Krakowie czuć było dziś wiosnę. Nie. Nie-nie-nie. Owszem, w okolicach południa i mojego ulubionego ronda, przy którym od czasu do czasu w godzinach pracy zakupuję (po)południowy obwarzanek, temperatura wynosiła 14,6 stopnia C i słonko miło świeciło. Lecz żeby zaraz wiosna? Nie, stanowczo nie. A kto twierdzi inaczej, tego nos ma bujną wyobraźnię.

Mimo wszystko ładny dziś był dzień, a autobusy mpk przyjeżdżały zbyt wcześnie. Niby było to z ich strony miłe (dzisiejsza podróż do i z pracy zajęła mi mniej niż godzinę – rekord absolutny), lecz zarazem irytujące – musiałam przerywać lekturę Pigafetty Felicitas Hoppe w połowie strony.

Pigafettę wrzuciłam rankiem do swej torby przez przypadek. Skończyłam czytać Ugrofińską wampirzycę (bardzo ironiczne i bardzo zabawne, polecam w szczególności absolwentom studiów humanistycznych) i wciąż miałam ochotę na wydawnictwo Czarne, a Pigafetta stała akurat w zasięgu mej ręki. I tak to przez przypadek zaczęłam czytać książkę, która dokładnie odpowiada (albo wydaje się odpowiadać, gdyż doszłam zaledwie do strony 14) moim obecnym czytelniczym pragnieniom. Albowiem są w niej: a) podróż, b) morze, c) Wenecja. A tak się składa, że chwilowo w moim życiu podróże i morze są na topie.

O Oslo, z którego wróciłam wczoraj, łatwiej jest mi coś napisać niż o nieco tylko dawniejszej Wenecji. Wenecja jest zupełnie inna niż wyobrażenia o niej, ale każde miasto takie jest (dlatego najciekawsze są te miejsca, o których nasze wyobrażenia są najbardziej mętne…). Jednocześnie o Wenecji napisano mnóstwo zdań – więc co ja jeszcze mogłabym dorzucić? Jedźcie do Wenecji, przekonajcie się sami…
…Za to Oslo!

Przyleciałam do Norwegii wieczorem. Gdy samolot schodził do lądowania, gdzieś w dole widziałam mnóstwo bieli, gdzieniegdzie wśród niej – świetliste korytarze z przylegającymi doń pudełeczkami domów, a to wszystko otoczone mleczną watą, jak przypuszczałam, mgłą. Myliłam się – nie mgła to była, ale… śnieg.
I takie było moje pierwsze spojrzenie na Skandynawię.

Z lotniska Torp, na którym wylądowałam, do Oslo jest bodaj 140 km. Autobus – przestronny i przytulny – mknął autostradą przez krajobraz najzupełniej zgodny z powszechnym wyobrażeniem Norwegii: kraina śniegu, sopli, małych domków i dużych skał.

O samym Oslo już za bardzo wyobrażeń nie miałam (choć widziałam zdjęcia, robione przez K. podczas któregoś z jego wcześniejszych pobytów) – i bardzo dobrze, i to jest to, co podczas podróżowania lubię najbardziej. Konfrontowanie wyobrażeń z rzeczywistością jest o wiele mniej przyjemne niż poznawanie miejsc niemalże nieznanych (prawdziwie nieznanych miejsc, takich miejsc DO ODKRYCIA, pewnie już nie ma…).

Oslo – Oslo w lutym, żeby było jasne, zasypane śniegiem i ściśnięte mrozem – to miejsce jak z baśni Andersena, gdzie zobaczyć można przechadzającego się niedźwiedzia polarnego (co prawda kamiennego, lecz zawsze) lub zamyślonego mnicha, strzegącego ognia pokoju (mnich również z kamienia, ogień zaś rzeczywisty), gdzie w centrum miasta (no, mniej więcej) stoi igloo, a na obrzeżach (?) – „dom” dla statku polarnego. Budynki w Oslo są podobne do naszych, ale jednak inne, a ludzie noszą krasnoludzkie czapki.

Było zimno, bardzo zimno (do -14 stopni C), więc raczej mało spacerowaliśmy, za to odwiedziliśmy kilka muzeów. W ciągu tych dwu dni, które miałam przyjemność spędzić w Oslo, zwiedziliśmy – obok wspomnianego Frammuset – zamek Akershus, Muzeum Łodzi Wikingów i Muzeum Vigelanda. Lubię muzea, więc było to dla mnie bardzo przyjemne, a dodatkowo tysiącletnie łodzie wikingów i statek Fram, który był na obu biegunach, wspaniale pobudziły moją wyobraźnię.

Dlatego teraz o morzu i podróżach czytać mi się chce…

Reklamy

Niepiękna Wenecja

Bo Wenecja nie jest piękna! Jest klimatyczna.
Jest malownicza. Lecz nie piękna.

Ale co tam będę język (palce) strzępić… Sami popatrzcie: